RSS

Spacer przez miasto z kotem w wiaderku. „King City”.

Ten komiks mógłby spokojnie zaczynać się od cytatu z Marka Twaina: ktokolwiek będzie próbował doszukać się tu fabuły, powinien zostać rozstrzelany. „King City” rozdarte jest gdzieś pomiędzy science fiction, komedią i obyczajówką, ale tak naprawdę historia płynie sobie spokojnie w najprzeróżniejsze strony. Główna oś wydaje się prezentować następująco: Joe trenował wraz ze swoim kotem przez dwa lata, aby móc w przyszłości stawić czoła wszelkim przeciwnościom losu. Teraz wraca do swojego miasta rodzinnego. Głównie za pracą, ponieważ Joe jest szpiegiem i złodziejem. No i ma tego kota, którego nie zawaha się użyć.

Komiks zaczął swój żywot jeszcze w 2007 roku w amerykańskim wydawnictwie mangowym, TokyoPop. “King City” to efekt połączenia tych japońskich wpływów z amerykańskim komiksem niezależnym. Rezultat jest, trzeba to podkreślić, bardzo dziwny i niespodziewany. Brandon Graham łączy te dwa style na swój sposób. Z jednej strony historia rozwija się bardzo powoli, pewne mangowe klisze co jakiś czas się lekko naznaczają, kadrowanie jest bardzo japońskie i oszczędne, a i sam rysunek pod wieloma względami również. Jednak kiedy przychodzi co do czego, to okazuje się, że główny bohater nie dąży do zostania najlepszym kocimistrzem na świecie. Raczej snuje się bez celu, wykonuje różne prace na boku i marzy o utraconej dziewczynie. Innymi słowy, nasze zachodnie indie/hipsterstwo w pełnej krasie.

Ale co z tym kotem w wiaderku? Otóż jest to mała fabularna deus ex machina. Joker który bije wszystkie karty przeciwników. Główny bohater nie może zostać zapędzony w kozi róg, bo wystarczy, że wstrzyknie swojemu kotu ‚juice’ i kot będzie zdolny do wszystkiego. Stanie się bezwzględną maszyną do pokonywania przeciwników, schowkiem na mózgi i klucze, matematycznym geniuszem czy, co jest jednym z najgłupszych, ale jednocześnie najzabawniejszych pomysłów w komiksie, kocim peryskopem.

Ogólnie, humoru jest tu bardzo dużo i inspirowany jest w największym stopniu „Dr Slumpem”. Podobnie do autora tej mangi, Graham lubi bawić się grami słownymi i wymyślać najdziwniejsze futurystyczne gadżety. Charakteryzuje się też podobną sympatią do skatologii. Ale nie w ten niesmaczny sposób, tylko w podobnie uroczy jak w „Slumpie”. Nie śmiałem się może zbyt dużo, ale uśmiech pojawiał się na mojej twarzy nie raz.

Ciekawe jest też to, że Brandon Graham, czyli autor całości, zaczynał swoją komiksową karierę od rysowania pornografii. Nie widać tego jednak przesadnie wyraźnie w jego kresce. Oczywiście, jego kobiety prezentowane są w osobliwy sposób, chociażby usta mają dość duże, ale gdyby porównać je z mainstreamem amerykańskim czy japońskim, to wypadają całkiem przyzwoicie. Przynajmniej się normalnie ubierają. Już bardziej przeszkadza to, że wszystkie oddelegowane są do schematycznych ról: femme fatale, dream girl i damsel in distress. To jednak też zanadto nie uwiera, ponieważ postacie męskie również głębią nie grzeszą. Także specyficzne równouprawnienie jest w komiksie utrzymane. Wszystkie postaci są po prostu dość dwuwymiarowe, chociaż bardzo sympatyczne.

Wizualnie „King City” jest w większym stopniu zróżnicowane i trafia w mój gust idealnie. Autor pisze w posłowiu, że rysował to na co miał akurat ochotę danego dnia, i to widać. Przemoc pojawia się może w dwóch scenach, jakaś dynamiczniejsza akcja może w trzech. Zbłąkane piersi i członki natomiast przewijają się tylko przez parę plakatów na mieście. I to właśnie miasto jest tutaj głównym bohaterem, i z jego rysowania Graham wyraźnie czerpał największą przyjemność. Kiedy tylko pojawia się ono w kadrze to kreska staje się nagle bardziej szczegółowa. Momentami nawet przywołuje na myśl klasyków japońskiego science fiction. Wielka futurystyczna metropolia, jaką jest King City, żyje własnym życiem. Autor realizuje się poza głównym wątkiem fabularnym i tam właśnie upycha większość swoich szalonych pomysłów, a że wyobraźnię ma sporą, to jest na co popatrzeć.

Samo wydanie Image Comics jest fantastyczne. Komiks ma 424 strony i miękką okładkę ze skrzydełkami. Format jest odrobinę większy od amerykańskich standardów – szerszy od zwykłych wydań zbiorczych. Główna historia natomiast jest czarno-biała, ale w środku komiksu znajduje się też dwadzieścia stron w kolorze. Głównie są to dodatki, których jest po prostu cała masa. Część z nich to różnego rodzaju głupotki, typu gra planszowa, historyjki napisane dla żartu lub przez znajomych rysowników. Ogólnie, rzeczy bez których można by się obejść. Jednak doceniam to, że są. Od całości bije życie i ta szczególna wesołość tworzenia. Różne rysunki znajdują się nawet na skrzydełkach. To nie jest korporacyjny produkt, a autorowi zależy na czytelniku i to się czuje. Ten komiks mnie kocha i chce być kochanym! Podobne odczucia miałem czytając zbiorcze „Osiedle swoboda”. Do tego cena okładkowa jest bardzo niska ($20), biorąc pod uwagę obszerność i zawartość tego dziełka.

„King City” to, według mnie, bardzo ciekawy komiks. Historia wciąga, mimo że nie wywołuje szybszego bicia serca. Przyjemnie napędzana jest przez bogaty świat i ciekawy drugi plan. Dziwacy spacerujący po King City często zwracają najwięcej naszej uwagi. Chociaż głupie pomysły jak wykorzystanie kota jako środka destrukcji, również bawią. Należy jednak pamiętać i zaakceptować to, że na końcu zło nie zostanie pokonane. Głównych bohaterów ono niezbyt zajmuje, sam autor też nie jest zainteresowany. Niech ktoś inny ratuje świat. Mało to (super)bohaterów gdzie indziej?

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Marzec 31, 2012 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , ,

Naćpany nietoperz przeciwko szatanowi i Davidowi Bowiemu. „Batman: R.I.P.”

[Tekst pierwotnie ukazał się na stronie Kolorowych Zeszytów]

„Batman R.I.P.” to komiks z czasów kiedy Grant Morrison złamał internet na pół. W 2008, amerykańskie fora komiksowe uginały się od fanów wykrzykujących swoją nienawiść względem autora. On morduje moje dzieciństwo! Czemu nie chce zabić Batmana? Czemu go zabija? To jakiś narkotykowy bełkot! I klasyczne w kontekście tego autora – nic nie rozumiem.

W wypadku „R.I.P.” wynika to z trzech powodów. Po pierwsze, wbrew temu jak DC pierwotnie reklamowało tę historię nie jest to opowieść o śmierci Batmana. Wręcz przeciwnie, mimo tego co go spotyka, bez przerwy i bez wytchnienia prze on naprzód pokonując przeciwności. Po drugie, nie jest to historia samodzielna, a zwieńczenie pierwszego aktu w wielkiej nietoperzowej powieści, którą od pięciu lat pisze Morrison. Pojawia się tu wiele wątków i postaci z poprzednich tomów, czyli „Batman and Son” oraz „Black Glove”. Wiele z nich zostaje także później bardziej rozwinięte w akcie drugim – „Batman and Robin”, a niektóre też i w trzecim – „Batman, Inc”. Ponadto, Morrison ma specyficzny hiperaktywny styl, który zmusza czytelnika do szybkiego czytania, ale zarazem jego komiksy trzeba czytać wolno, żeby nie przegapić jakichś ważnych elementów fabuły. Na pewno więc jest to komiks, która nagradza ponowne lektury i irytuje jakiś, być może większy, procent komiksowego czytelnictwa.

Koniec końców jednak, „R.I.P.” to bardzo prosta opowieść. U podstaw, jest to taka wariacja na temat „Knightfall”, zrobiona na mniejszą skalę. Przeciwnik wie kim jest Bruce Wayne i wykorzystuje to żeby go złamać i zniszczyć. Robią to psychologicznie, fizycznie, ale też medialnie oczerniając nazwisko Wayne na łamach gazet. W rezultacie, pokonany i omamiony narkotykami Batman, podróżuje przez Gotham, przygotowując swój kontratak i jednocześnie walcząc z dręczącymi go halucynacjami. Rozmawia z gargulcami zdobiącymi budynki, wdaje się w dyskusje z Batmite’m, oraz wyszywa sobie ze znalezionych szmat nowy jaskrawy strój.

Morrison realizuje też tutaj dwa ze swoich większych konceptów, pod których znakiem stał jego drugi rok pisania człowieka nietoperza. Mianowicie, łączy całą historię Batmana – „wszystko się wydarzyło” – oraz przedstawia powiązaną z tym teorię o transformacjach Jokera. Dlatego często w samym „R.I.P.” wspominany jest Black Casebook, notatniki Batmana w których na bieżąco zapisywał on wszystkie swoje detektywistyczne sprawy. To na tych kartkach ukryte są najbardziej szalone historie z Silver Age. Batman czytając je nie jest pewien czy to mu się naprawdę przydarzyło czy to tylko jakieś fantazje będące efektem jego ćwiczeń i eksperymentów nad swoim umysłem.

Co do Jokera, to Morrison przedstawił swój pogląd na niego w Batman #663 (z „Batman and Son”). Według tej wizji, Joker zawsze dostosowuje się do sytuacji – do swojego Batmana. Kiedy nietoperz był mroczniejszy, to i Joker stawał się bardziej morderczy, a kiedy Batman przechodził swoje weselsze lata, to ta pocieszność udzielała się również Jokerowi. Stąd też klaun Morrisona to szalony psychopata wykazujący się zaskakującym spokojem niczym Hannibal Lecter, i wizualnie przypominający Marilyna Mansona i Davida Bowiego. Potwór dwudziestego pierwszego wieku uzbrojony w brzytwy.

Na końcu tomu znajduje się jeszcze dwuczęściowa historia „The Butler Did It”, która rozgrywa się parę dni po zakończeniu „R.I.P.”, w trakcie wielkiego komiksowego eventu „Final Crisis”. W tomie jednak nie jest to w żaden sposób oznaczone. I to naumyślnie. Walka toczy się w głowie Bruce’a Wayne’a i dlatego czytelnik powinien czuć się tak samo zagubiony jak i bohater. Jest to taki ekspresowy przegląd historii Batmana, inspirowany „Identity Crisis” Milligana. Czyta się to cudownie, z naprawdę szerokim uśmiechem, a opowieść ta stanowi świetne, i moim zdaniem satysfakcjonujące, zwieńczenie tomu.

Jeśli chodzi o rysunki, to jest trochę nierówno. Niektóre obrazy zapadają w pamięć, niekiedy układ stron zaprojektowany przez Morrisona jest bardzo ciekawy i filmowy, ale bywa też przeciętnie. Kreska Tony’ego Daniela w dużym stopniu przypomina rysunki Jima Lee. Radzi więc on sobie doskonale z pozującymi postaciami. Akcja z resztą też prezentuje się zwykle bardzo dobrze. Daniel wpada jednak w podobne pułapki jak i Lee. Zróżnicowanie twarzy stanowi dla niego kłopot. Szczególnie jest to widocznie w jednej scenie, w której Tim Drake bez kostiumu wygląda identycznie jak Bruce. Z drugiej strony, w komiksie nie ma wielu takich wpadek, a sama mimika twarzy jest często świetnie przedstawiona. Ogólnie rzecz biorąc, Daniel nie zawsze estetycznie trafia do mojego gustu – nad niektórymi stronami wyraźnie spędził więcej czasu niż nad innymi. Ostatecznie jednak, w swoim pseudo-realistycznym stylu jest na pewno ponadprzeciętnym rzemieślnikiem. I lubię jego Jokera.

Druga historia narysowana została przez Lee Garbetta, który reprezentuje dość zwyczajną nieefekciarską superbohaterską kreskę. O dziwo, jednak radzi sobie z materiałem bezbłędnie. Żadnych potknięć, Batman z każdej epoki wygląda inaczej, postaci przypominają siebie, a zabójcze tempo historii podkreślane jest dynamicznym kadrowaniem. Te rysunki raczej nikomu nie zapadną w pamięć, ale służą opowiadanej historii doskonale. Do tomiku dodane są jeszcze okładki poszczególnych zeszytów malowane przez Alexa Rossa. Piękne i ikoniczne, każda bez wyjątku. Ta chyba najlepsza.

Kiedy „R.I.P.” wychodził w 2008 w formie zeszytów, DC reklamowało go jako historię w której Batman zginie. Jak na złość jednak, Batman tutaj tryumfuje. Człowiek nietoperz Morrisona to półbóg u szczytu ludzkich możliwości. Nie każdemu to odpowiada. Nie każdemu też opowiada jego styl, setki odniesień, i zupełnie niemainstreamowe pisanie mainstreamu. Dla mnie natomiast „R.I.P.” to jak wchodzenie do sklepu z zabawkami jako pięciolatek. Totalna ekstaza. Obiektywnie, wszystko zależy od tego czy czytelnik, chce brać udział w tej grze, która wymaga od niego aktywnego udziału. Jeśli nie, to Scott Snyder od jakiegoś już czasu pisze bardziej klasycznego Batmana. Jeśli tak, to początek trasy tej kolejki górskiej znajduje się przy „Batman and Son” i pędzi ona przez setki, setki stron.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Marzec 20, 2012 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

Thriller ze schizofrenikiem w roli głównej. Znowu? „Echoes”.

Co tam, że znowu. Ważne, że tak samo dobry jak te inne. Przez inne mam oczywiście na myśli choćby „Psychozę” Hitchcocka czy „Czarnego łabędzia” Aronofskiego. Dokonuję też tego porównania z pełną premedytacją. Różne media w tym wypadku nie mają znaczenia. Trzyaktowa, bardzo zwięzła struktura z niewielką ilością postaci, powoduje, że takie porównania narzucają się same. Najważniejsze, że efekt końcowy jest też równie ciekawy.

Sama historia opowiada o Brianie Cohnie, który na pierwszych stronach komiksu, żegna swojego ojca. Ten leżąc na łóżku szpitalnym, do którego przywiązany jest przez późne stadium choroby Alzheimera, wyjawia swojemu synowi sekret. Treść sekretu wskazuje bardzo wyraźnie, że tata może być zamieszany w jakieś zabójstwa lub po prostu jest psychopatycznym mordercą. To co następuje później, to droga ku szaleństwu, w której Brian powoli traci kontrolę nad swoją schizofrenią. Dalej natomiast sytuacja już się tylko pogarsza.

Fabuła według mnie jest bardzo wciągająca, a do tego świetnie napisana. Mimo pewnych oczywistości, w które w tym wypadku łatwo byłoby wpaść, scenarzysta Joshua Hale Fialkov, sprytnie omija wszelkie płycizny. Co prawda, gdzieś tak w 3/5 historii łatwo domyślić się co tak naprawdę się dzieje i dokąd historia zmierza, to jednak nie straciłem zainteresowania ani na chwilę.  Wszystkie wyjaśnienia były logiczne, bohater budzący sympatię a zło jak najbardziej rzeczywiste.

Właśnie dlatego jest to thriller a nie horror. Nie ma tutaj żadnych paranormalnych zjawisk czy demonów. Jest tylko przerażająca laleczka z okładki, która prześladuje głównego bohatera w towarzyszących mu omamach. Odbija się to też na czytelniku bo geneza tej laleczki, to materiał z którego zbudowane są koszmary. Co jednak warto podkreślić, to fakt, że nie ma w tym komiksie za dużo dosłowności. Przemoc jest cały czas w domyśle lub w pobieżnych opisach. Krew nie wylewa się z kartek, a gnieździ się w naszej własnej wyobraźni. Jest to zabieg, który bardzo doceniam i idealnie się tu sprawdza.

Duża rolę odgrywa w tym rysownik, Rahsan Ekedal. „Echoes” to komiks czarno-biały co już samo w sobie kreuje odpowiedni klimat. Jednak Ekedal swoim stylem jeszcze go potęguje. Używa on bardzo dużo cieniowania i często zamiast wykorzystywać głębokie czernie, woli on topić swoje strony w szarościach. Jego rysunki idealnie pasują do horrorów i thrillerów lub też innych historii rozgrywających się na mniejszą skalę. Ekedal mógłby być świetnym zamiennikiem dla Charliego Adlarda rysującego serię „Żywe Trupy”. Ich styl jest bardzo podobny.

Jest tutaj jedno dość ciekawe komiksowe rozwiązanie. Każdy rozdział zaczyna się w ten sam sposób pod względem rozkładu kadrów. Na pierwszej stronie trzy, a na dwóch kolejnych dwadzieścia cztery. Jest to bardzo ciekawa zagrywka, ponieważ ten początek służy właśnie najczęściej przywołaniu różnych wspomnień przez bohaterów. Czytelnik jest więc natychmiast wrzucany w wir wydarzeń, jako że również zachodzi w jego umyśle podobna reakcja. Czy ja już czegoś podobnego nie widziałem? Tak to wygląda.

Wydanie jest dość dziwne. Z jednej strony komiks ma twardą oprawę, z drugiej zmniejszony format. Być może wydawnictwo celowało w fanów mangi. Jednak cena okładkowa $20 nie do końca w tym wypadku się sprawdza. Jest za drogo. Tak więc „Echoes” to był mój kolejny eksperyment z komiksem digitalnym. Kosztował mnie $5, a wewnątrz miał wszystko to samo co wersja drukowana, czyli wstęp Steve’a Niles’a, posłowie Fialkova, komentarz i szkice z pierwszego zeszytu. Ponadto Top Cow, to najbardziej progresywne ze wszystkich większych amerykańskich wydawnictw pod względem digitalnym. Także „Echoes” można nawet zakupić w formacie pdf lub cbr i trzymać u siebie na komputerze w bezpiecznym miejscu.

Moje porównania filmowe ze wstępu, to w jakimś stopniu hiperbola. „Echoes” to nie arcydzieło gatunku tak jak „Psychoza”, ani wizualna uczta tak jak „Czarny łabędź”. Jednak jest to nadal bardzo dobry komiks, świetnie napisany i z porządnymi rysunkami. Joshua Hale Fialkov nawet od niedawna pracuje dla DC Comics, także jego starania na poletku komiksu niezależnego doprowadziły go do pracy w korporacji. Ma też coraz więcej projektów i nadal zbierają one pozytywne recenzje. Innymi słowy, trzeba uważać na jego nazwisko, może jeszcze narobić szumu. „Echoes” wyraźnie wskazuje, że ma do tego możliwości.

 
1 komentarz

Opublikował/a w dniu Marzec 11, 2012 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , ,

Moebius nie żyje.


Jeden z najważniejszych twórców komiksowych, który kiedykolwiek żył.
Mistrz kreski, posiadacz nieograniczonej wyobraźni.
Przekraczał wszystkie granice rysunkowego artyzmu, swoją kreatywnością przewyższał możliwości ludzkiego umysłu. Projekty Girauda czyniły przeciętne filmy, cudownymi. Każdy jego komiks to arcydzieło. Wpływ Moebiusa na medium jest niepoliczalny. Legion naśladowców wciąż podąża jego śladami. Inspirował w latach siedemdziesiątych, równie mocno inspiruje dziś jak i będzie inspirował za setki lat.
Narysował „Incal”, „Feralnego majora”, „Arzach”, „Blueberry” i „Świat Edeny”.
Pomagał przy „Obcym”, „Otchłani” i „Piątym elemencie”.
Jego imię nigdy nie zostanie zapomniane.
Jeśli komiks możemy nazywać dziś sztuką, to on jest za to współodpowiedzialny.

Jean Giraud dziękuję za wszystko,
spoczywaj w pokoju.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Marzec 10, 2012 w Uncategorized

 

Tesla miał robota, Edison wrócił zza grobu, a Lovecraftowi potwór wyrósł z głowy. „Atomic Robo, tomy 1, 3 i 4”.

Atomic Robo! Kiedyś skosztowałem go trochę czytając historie z Dnia Darmowego Komiksu i byłem zauroczony. To jest komiks w dawnym tego słowa znaczeniu. Miła i szybka przygoda, którą można konsumować gdziekolwiek i kiedykolwiek. Jest dobry na chandrę i jest dobry na miłe popołudnie. Ogólnie, Robo to coś jakby połączenie Indiany Jonesa z Hellboyem. Głównie pod względem fantastycznego humoru. Aczkolwiek bicie nazistów po twarzach również wchodzi tutaj w grę.

Oczywiście, galeria łotrów jest dużo bardziej rozbudowana. Jednak i reszta: wampiry, roboty, dinozaur, duchy, potwory, piramidy, jest równie mocno przeżarta przez popkulturę. Dla komiksu ważne jest tylko to, żeby nie było żadnych moralnych przesłanek, ku temu aby ich nie wysadzać w powietrze. Także jest to prosty komiks, bez przesłania i bez przydługich przerw na myślenie. Robo nadrabia jednak dużym urokiem osobistym. Plus nic tutaj nie jest na serio, autorzy zachowują ogromny dystans do swojego tworu, co przekłada się bezpośrednio na kosmiczną wręcz przyjemność wynikająca z czytania. Swoje oczekiwania należy więc odpowiednio dostosować. Coś będzie wybuchało co zeszyt, postaci będą rozgadane niczym w komiksach Bendisa, a zło zostanie zgniecione pod ciężkim butem sprawiedliwości. To twórcy solennie przysięgają.

Sama historia natomiast przedstawia się następująco: W 1923 Nikola Tesla powołał do życia pierwszego na świecie robota. Robot, jak to robot, szybko znalazł sobie cel w życiu, zakasał rękawy i założył grupę do zwalczania problemów paranormalnych. Potem przejął też korporację swojego twórcy – Tesladyne – i niczym Hellboy od kilku dekad eliminuje wszelkie dziwadła, kreatury i inne mutanty. Jednak Robo na pewno nie stoi, ani nie ma zamiaru stać na tym samym poziomie co twór Mike’a Mignoli. Nie ma tu za dużo mroku – ani w kwestii kreski, ani fabuły. Robo to luźna komedia przygodowa.

Najlepiej to widać w tomie czwartym, czyli „Atomic Robo and Other Strangenss”. Zawiera on w sobie mini-serię składająca się z 4 samodzielnych i bardzo różnych historii. Tutaj wprowadzeni są ci bardziej oryginalni i ciekawsi łotrzy, jak wygadany i szczerze nienawidzący parszywych ssaków, Dr Dinozaur oraz wyglądający na dystyngowanego kuzyna LeChucka, Nieumarły Edison. W pierwszym zeszycie mamy jeszcze do czynienia z inwazją wampirów z innego wymiaru, a w drugim z parodią Power Rangers i Godzilli. Przez to, że ta mini-seria jest dość krótka stanowi świetne wprowadzenie do „Atomic Robo”. Jednak równocześnie brakuje jej jakieś składności, dzięki której mogłaby bronić się jako całość. Nie ma tu żadnego wątku przewijającego się przez cały tom. Po prostu zaprezentowany jest zwykły dzień z życia Robo. Przyjemnie zakręcony i wypełniony dużą ilością świetnych dialogów, ale pozbawiony wyraźnego finału.

Warto też zaznaczyć, że pierwszy tom, czyli „Atomic Robo and the Fightin’ Scientists of Tesladyne”, to stanowczo nie jest rzecz od której powinno się zaczynać. Bardzo wyraźnie widać, że scenarzysta jeszcze się wtedy rozkręcał i szlifował warsztat. Tom jest po prostu nierówny. Co prawda wstęp jest całkiem dobry, a zeszyt numer cztery, w którym Robo podróżuje na Marsa jest po prostu świetny, to jednak reszta już jest odrobinę przeciętna. To tu, to tam zdarzają się nadal ciekawe lub zabawne dialogi, ale całość nie sprawia aż tak dobrego wrażenia jak choćby te darmowe zeszyty podlinkowane we wstępie. Przeciwnikami bohatera są naziści, gigantyczne mrówki, ruchoma piramida strzelająca laserami śmierci i armia robotów morderców. Innymi słowy nudno być nie powinno, ale schematycznie już tak. Poza tym niektóre historie są ze sobą powiązane, inne nie. Najciekawszy okazuje się wspomniany zeszyt ze spokojną wycieczką promem bezzałogowym na Marsa, w którym jest kilka fantastycznych występów gościnnych prawdziwych postaci. Jako całość, tom jest jednak słabszy.

Ogólnie, więc jest to coś do przeczytania później, jeśli postać i sam komiks przypadnie nam do gust. Poza tym po zawodzie jaki mi sprawił „Fightin’ Scientists of Tesladyne”, pominąłem tom drugi, który rozgrywa się w czasie II Wojny Światowej. W tomie pierwszym się to kiepsko sprawdziło, wątpię żeby w drugim było lepiej. Trzeciego tomu darować sobie jednak nie mogłem – stoi w końcu pod znakiem Lovecrafta! Zdecydowanie jest też moim faworytem wśród tego co przeczytałem.

„Atomic Robo: Shadow from Beyond Time” spokojnie przewyższa jakością swoich poprzedników. Przede wszystkim fabuła bawiąca się trochę mitologią Lovecrafta, trochę horrorem, jest naprawdę wciągająca i pewnie zmierza ku zakończeniu, które rewelacyjnie związuje wszystkie wątki. Mamy tutaj cztery historie, cztery spotkania z przypominającą Cthulhu miedzywymiarową istotą, która bardzo znielubiła Robo. Jest też w tym tomie sporo komiksowej pseudonauki. Czas i przestrzeń stają się polem do wysnuwania szalonych teorii, w których nie ma miejsca dla Einsteina. Jednak gdzie indziej jak poza naszym pojmowaniem mogłyby się znajdować koszmarne twory Lovecrafta? Bardzo mi się spodobała ta interpretacja, a i miło się te wywody czytało. Poza tym realizmu nikt tu nie obiecywał. Jest to historia alternatywna z wielkim ośmiornico-podobnym stworem terroryzującym Nowy Jork w latach dwudziestych, któremu z nosa wystaje Lovecraft – to też się pewnie nie wydarzyło.

Rysunki Scotta Wegenera we wszystkich trzech tomach trzymają ten sam niezły poziom. Ilustracje są miłe dla oka, a jego styl można by określić jako kreskówkowy. Postaci bywają kanciaste, ale rysownik świetnie kontroluje ich ekspresję i ruchy. Wyciąga całą gamę emocji nawet z robota, którego twarz składa się w zasadzie z dwóch niebieskich żarówek. Wegener ma też doskonałe wyczucie sedna żartów. Jest tu sporo humoru sytuacyjnego i bardziej realistycznie rysujący artysta mógłby spalić niektóre dowcipy. Jedyna słabość tego rysownika to tła. Potrafi on rysować miłe dla oka krajobrazy i zawsze dba o to, żeby akcja w kadrach była przejrzysta, jednak czasami po prostu nie wypełnia kadrów do końca. Nie jest to nic utrudniającego bądź uprzykrzającego czytanie, ale pewna słabość na pewno.

Nie wiem za bardzo jak wyglądają wersje fizyczne tych wydań zbiorczych, ale wiem że są za drogie. Red 5 to niszowe wydawnictwo, więc ciężko się czepiać. Jednak, moim zdaniem „Atomic Robo” to idealny zakup digitalny. Każdy zeszyt kosztuje niecały dolar, a pierwszy jest za darmo. Innymi słowy, cały pierwszy tom wyniósł mnie około 16 złotych, trzeci też, a czwarty 13. Wersję papierową miałbym trzy razy drożej i pewnie doszłaby za tydzień albo dwa. Z resztą Robo to nie jest komiks, który trzeba mieć na półce i napawać się jego widokiem, więc akurat taka forma połączona z niską ceną bardzo mi pasowały.
Stosunek cena/jakość jest optymalny.

„Atomic Robo” jest niepoważny, odrobinę szalony i momentami dziecinny. Zgraja jego łotrów najchętniej nic by nie robiła tylko wygłaszała bez przerwy cudownie rozwiązłe monologi. Jemu natomiast brakuje czasami cierpliwości, żeby ich zabijać. Angielskie słowo ‘awesome’ powstało tylko po to, żeby można było nim dosadnie i dokładnie opisać „Atomic Robo”. W słowniku dumnie widnieje on pod tym hasłem. Naprawdę! Tuż obok „Scotta Pilgrima”.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Marzec 3, 2012 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Flaki z olejem w polewce z przeciętności. „Bloodrayne”.

Unikam produkcji filmowych Uwe Bolla jak ognia. Marnowanie godzin z życia na jego nakręcone na kolanie projekty, to naprawdę coś czego nie potrzeba mi do szczęścia. Co mnie jednak zaintrygowało w Bloodrayne to przypadkowo znaleziona wypowiedź scenarzystki. Otóż, podobno w trakcie kręcenia filmu dostała telefon od jednego z producentów, który poinformował ją, że film może odrobinę różnić się od jej wyobrażeń. Uwe Boll w zasadzie nie mówi po angielsku i stąd może być ona trochę zaskoczona efektem końcowym. Jej reakcja?

Podczas premiery filmu, pani scenarzystka śmiała się do rozpuku. Oczywiście, jak to w wypadku produkcji Uwe Bolla była jedyną osobą, która okazywała jakiekolwiek pozytywne emocje w trakcie projekcji. Chociaż wyobrażam sobie, że sam Uwe siedział dumny jak paw, niczym Ed Wood, kontemplując swoją wspaniałość. W każdym razie, uznałem, że może warto spróbować. Może film będzie tak zły, że aż dobry.
Czasami ludzka naiwność nie zna granic…

Czuję jednak pewną sympatię do „Bloodrayne”. Znam i swego czasu, dość ostro zagrywałem się w grę komputerową o tym samym tytule. Bardzo brutalna zręcznościówka, z przyjemnym sterowaniem. Biega się tam w zwolnionym tempie i rozczłonkowuje nazistów. Niekoniecznie więc była to ambitna produkcja, ale nie można jej było odmówić pewnego uroku. Do tego była porządnie wykonana i grywalna. Przyjemność płynąca z grania była naprawdę znaczna. Ogólnie, był to taki „Matrix” w wersji komputerowej, oblany kubłami krwi i z latającymi kończynami w roli głównej.

Niestety ekranizacjom gier komputerowych zawsze brakuje jakiejkolwiek jakości. U podstaw kładzie się znaną markę i na niej buduje wieżę z plastiku i kiepskiego aktorstwa. Historię z gry, natomiast, przerabia się nieudolnie w taki sposób, żeby nadać jej Hollywoodzką strukturę. W rezultacie, film przestaje przypominać to co miał naśladować. Bloodrayne w grze walczyła z nazistami, a tutaj z jakimiś wieśniakami i wampirami przebranymi za wieśniaków. Tam było niesmaczne gore, a tutaj śladowe ilości krwi. Do tego Uwe Boll jest reżyserem… Także mierny efekt końcowy chyba od razu był zawarty w kontrakcie.

Co do opowieści jaką snuje reżyser, to opisywanie jej tutaj mijałoby się z celem. Żeby wspomnieć o każdym absurdzie zawartym w filmie, potrzeba by kosmicznych ilości zdań, które i tak donikąd by nas nie doprowadziły. Logiki tam nie ma. Półwampirzyca trzymana w niewoli, ucieka. Trafia do losowego kościoła w którym znajduje potężny artefakt. Potem, spotyka łowców wampirów i przekonuje ich, że jest OK. Z nieznanych nikomu powodów, uprawia z jednym z nich seks na kratach więziennych. Wszystko aby zabić swojego tatę, bo zabił mamę. A Boll po prostu kręcił to, i sklejał tak, żeby wszystko wyglądało o tyle, o ile.

Chociaż nie do końca. Jeden aspekt może się bardzo podobać. Mianowicie, kostiumy i lokacje. Stroje są porządnie wyszyte i wyglądają jak coś w czym można by chodzić mimo, że nie zawsze pasują do realiów filmu. Wszystkie sceny kręcone na świeżym powietrzu również wyglądają często całkiem nieźle, a zamki całkiem sympatycznie. Jednak sztuczność wkrada się do filmu z każdej strony, bo rekwizyty są miernej jakości. Rzuca to się w oczy na przykład, kiedy na końcu filmu Rayne przechodzi przez salę pełną trupów i zasiada na wampirzym tronie. Wydaje mi się, że miało być spektakularnie, a jest po prostu komicznie. Tron wygląda jak drewniane krzesło, niespecjalnie duże i wyraźnie niewygodne. W domu mam lepsze. A aktorstwo Kristiny Loken nie przekazuje zupełnie nic.

Poza tym, tak, gra tu kilka bardziej znanych Hollywoodzkich gwiazd jak Michael Madsen czy Michelle Rodriguez, a nawet Ben Kingsley! Widać, że reżyser wyciąga z aktorów wszystko co najgorsze. Każde z nich jednakowo beznamiętnie wypowiada swoje kwestie i macha plastikowymi mieczami obleczonymi sreberkiem od czekoladek. Madsen jest szczególnie bezpłciowy i wyraźnie liczy na to, że nikt tego filmu nie będzie oglądać. Kiedy go już zabijają to wygląda to jakby umierał z nudów i był mocno poirytowany, że zajęło to tak długo. Wspomniana Kristina Loken, grająca tytułową rolę, też jest przeciętna, ale to chyba akurat zgodnie z jej możliwościami. Idealnie nadawała się do „Terminatora 3” – dysponuje ona jedną miną i porusza się bardzo nienaturalnie w czasie wszelkich scen akcji. Czyli jest zupełną przeciwnością Michelle Rodriguez, która oprócz tego, że jest jedyną aktorką w filmie która potrafi walczyć mieczem, to jeszcze gra całkiem przekonująco. Sama jednak „Bloodrayne nie uratuje.

Najbardziej w filmie uderzyły mnie te wszystkie sceny akcji. Jak łatwo jest zapomnieć, że stoi za nimi zwykle armia kaskaderów i choreografów! Boll wydaje mi się, że nie miał ani jednego, ani drugiego, ani w sumie niczego. Kiedy Loken próbuje wykonać firmowy ruch Bloodrayne czyli naskok na przeciwnika z opleceniem nogami jego korpusu wygląda to po prostu dziwnie. Jak dzieci na podwórku nieudolnie naśladujące ciosy z filmów kung fu. Tutaj jednak punkt dla filmu, bo wywołał u mnie jakąś reakcję. Zrobiło mi się bardzo przykro, że biorę udział w tym widowisku.

Słabe filmy stają się zwykle kultowe, z tego względu, że potrafią widowni coś zaoferować w zamian za swój brak jakości. Dostarczają frajdę dzięki swojej nieudolności. Mają elementy które potrafią zauroczyć. Nie nudzą, a ciekawią. I tu jest największy problem „Bloodrayne”. Film jest przeszywająco wręcz nużący. Musiałem podchodzić do niego trzy razy. Dotrwałem do końca tylko dlatego, że przeczytałem, że gdzieś tam w jednej ze scen wystąpi Meatloaf otoczony przez prawdziwe rumuńskie prostytutki. Ot, następna ciekawostka, których jest dużo za mało, żeby powstrzymać się przed ziewaniem i przewijaniem.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 12, 2012 w Tragicznie Słaby Horror

 

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

Piekielnie dobra antologia. „Vertigo Resurrected” #1

W poprzednim roku DC Comics wpadło na dość ciekawy pomysł reedycji mniej popularnych komiksów w formie stu stronicowych zeszytów. Vertigo także dostało swój odpowiednik tej linii, którą nazwano Vertigo Resurrected, ponieważ pierwotnie miała zawierać niewydane wcześniej, z tego lub innego powodu, komiksy. Dzięki zmianie na pozycji redaktora naczelnego DC, wszystko miało być możliwe. Fani spekulowali, że zobaczymy „Lobo” Alana Granta i Franka Quietely’ego i spotkanie Swamp Thinga z Jezusem. Dostaliśmy jednak jedynie ocenzurowany wcześniej zeszyt „Hellblazera” Ellisa. Potem wydano kilka wznowień starych komiksów i projekt, wydaje się umarł, cichą śmiercią.

Wróćmy jednak do pierwszego „Vertigo Resurrected” i nacieszmy się tym co mimo wszystko trafiło na rynek. Jest to w zasadzie antologia, różnych krótszych historii wielkich twórców pracujących w różnych latach dla Vertigo. Lista nazwisk jest naprawdę imponująca, tak pod względem rysowników jak i scenarzystów, a i historie praktycznie wszystkie stoją na bardzo wysokim poziomie. Znane nazwiska stanowczo przekładają się w tym wypadku na jakość. Nie ma tutaj jednak nic nowego. Wszystkie opowiadania zostały powyciągane z różnych dawnych antologii jak „Weird War Tales” czy „Strange Adventures”. Pomimo tego, dla czytelnika, który nie miał z tymi wydawnictwami styczności jest to nie lada gratka.

Jedyny ‚ożywiony’ komiks w tej kolekcji to Hellblazer #144 Warrena Ellisa i Phila Jimeneza. Komiks nie ukazał się pierwotnie dlatego, bo traktuje on o szkolnych strzelaninach, a chwilę po tym jak Jimenez skończył go rysować, doszło do strzelaniny w liceum Columbine. Stąd DC nie wydało tego zeszytu w 2000, bo bało się negatywnych reakcji prasy. Ellis natomiast zdenerwował się cenzurą i rzucił pracę dla DC w diabły, uciekając do Marvela. „Shoot” bo tak brzmi tytuł komiksu, oczywiście bardziej wykorzystuje tego typu wydarzenia do komentarzu społecznego, którego było pełno w komiksach Anglików wywodzących się z klasy robotniczej niż dla szokowania czytelnika. Realistyczne rysunki Jimeneza miło się ogląda, teoretycznie mała rola Constantine’a w komiksie nie przeszkadza i można ją odebrać jako ciekawe nawiązanie do „Sandmana”. Ogólnie są to bardzo dobre 22 strony i komiks idealnie pasowałby do „Setting Sun”, czyli tam gdzie pierwotnie miał trafić.

Następna historia w antologii to „The Kapas” Briana Bollanda i jest to raczej kiepska rzecz. Osobiście uważam, że mimo niesamowitej kreski jest on słabym scenarzystą. Tutaj nie ma Moore’a który prowadziłby rękę Bollanda tak jak w „Zabójczym żarcie”. Stąd rysunki w tej historii są bardzo statyczne, a do tego wszystko opowiedziane jest za pomocą podpisów. Nie ma żadnych dymków dialogowych i ogólnie wylewa się z tego komiksu totalny brak warsztatu scenariuszowego. To jest stanowczo najsłabszy punkt całej antologii. Inna trochę słabsza historia to „Nosh and Barry and Eddie and Joe” autorstwa Gartha Ennisa i Jima Lee. Samo opowiadanie jest ciekawe. Jak to u Ennisa bywa, jest jednak prawie w stu procentach oparte na dialogach. Tytułowych czterech bohaterów jedzie samochodem i prowadzi dyskusję. W rękach stałego współpracownika Ennisa czyli Dillona byłaby to zapewne perełka. Ale Jim Lee? Szanuję go dlatego, że wychowałem się na jego X-Men i Wild Cats. Jednak bądźmy szczerzy, wszystkie jego postaci mają takie same twarze i tak samo zbudowane ciała. Pozująca armia mężczyzn w trykotach – tego nikt lepiej niż Lee nie zilustruje. Czterech żołnierzy w samochodzie? Do dziś nie wiem który to był Nosh, który Eddie, a który Barry. Inny kolor włosów czy wąsy u jednego z nich tu nie pomogły. Także rysunki mocno obniżyły przyjemność z odbioru tego dość mocnego opowiadania.

Dalej mamy dwie historie, które zapewne nazwać możnaby romantycznymi i są to popisowe prace rysowników. „Diagnosis” Stevena Seagle’a i Tima Sale’a opowiada o pewnym chirurgu który ciągle zastanawia się, które „wnętrze” swojej ukochanej kocha bardziej. Sale niesamowicie tutaj szaleje, bawiąc się kompozycją i kolorem, a także nawiązując do pop-artu. Mistrzowsko zilustrowana mroczna historia. Z resztą tak samo jak i „Death of a Romantic” Petera Milligana i Eduardo Risso. Jak i w „Diagnosis” jest tutaj romans potraktowany z innej strony i historia ma kilka cudownych zwrotów akcji. Ale pierwsze skrzypce gra znowu rysownik. Risso znany z wydanych i u nas „100 naboi” bezbłędnie kadruje komiks i prowadzi historię w taki sposób aby wszystkie wydarzenia były opowiedziane równie dobrze za pomocą rysunku jak i słów. Obraz współgra z treścią i nawzajem się uzupełnia. Risso nie bawi się formą tak jak Sale, ale rezultat jest równie doskonały.

Również i horror ma swoje przedstawicielstwo w „Vertigo Resurrected”. Historia Berniego Wrightsona i Bruce’a Jonesa to bardzo klasyczny gotycki horror z wielką willą, zombie i sekretem rodzinnym. Klasyczny nie znaczy zły i opowiadanie to sprawia sporo frajdy. Dwaj legendarni twórcy komiksowego horroru wyraźnie są tutaj w swoim żywiole. Dziełko Briana Azzarello i Esada Ribica pod tytułem „Native Tongue” to już bardziej współczesna rzecz opowiadająca o powiązaniach pomiędzy kosmitami i seryjnymi mordercami. Malowane obrazy Ribica mogą przerażać, a sama historia również jeży włos na plecach. Horror najwyższej próby, który trzyma w niepewności do ostatniego kadru.

Dalej mamy jeszcze sympatyczną historię Billa Willinghama, „It Takes a Village”, która bardzo wyraźnie stanowi prototyp „Baśni” tego autora. Przewija się tutaj bardzo wiele pomysłów które rozwinął on później w tej właśnie serii. Jednak sama historia samodzielnie również funkcjonuje bardzo dobrze i posiada zabawną puentę oraz rysunki, w których na każdym planie coś się dzieje. Tego samego jednak nie można powiedzieć o „New Toys” Granta Morrisona i Franka Quitely’ego. Jest to duet komiksowy, który wręcz wielbię i ubóstwiam, ale Quitely nie daje z siebie w tym wypadku wszystkiego i bardzo oszczędza na rysowaniu drugiego planu. Sama historia to taka trochę moralizatorska opowieść o zabawkach z zakończeniem bardzo w stylu „Invisibles”, które trochę ratuje ten komiks. Ogólnie jako fan, cieszę się, że to przeczytałem, ale nie jest to tak wysoki poziom jak niektórych innych opowiadań z tej antologii, że już nie wspomnę o innych dziełach tego duetu.

Podsumowując, jako Polski komiksiarz i kolekcjoner wydań zbiorczych, czytałem te historie po raz pierwszy mimo, że w większości są to przedruki. Dlatego po stokroć uważam, że warto mieć tę komiksową antologię. Cena okładkowa to tylko osiem dolarów, reklam w środku jest na szczęście bardzo mało, a zawartość jest fantastyczna. Do tego komiks został wydrukowany na papierze kredowym, co jest rzadkością w wydaniach zbiorczych z Vertigo, gdzie zwykle szarzejąco-żółknący cienki papier słabo odzwierciedlający kolory to norma.
Ogólnie, warto? Warto!

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 6, 2012 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,