RSS

Archiwa miesięczne: Sierpień 2011

Dzieci i duchy głosu nie mają. „Kręgosłup diabła”.

Plakat. Taki sobie.Przeszukując internet w poszukiwaniu czegoś wartego obejrzenia, trafiłem na „50 najwyżej ocenianych horrorów według Rotten Tomatoes”. Żeby nie marnować czasu, od razu przeskoczyłem do pierwszych miejsc na liście. Są tam bardzo bardzo dobre filmy – pierwsza jest „Psychoza” Hitchcocka, trzeci „Wysyp Żywych Trupów” Wrighta, czwarte „Dziecko Rosemary” Polańskiego. Natomiast, na piątym miejscu znajduje się film Guillermo del Toro, reżysera którego cenię za stronę wizualną jego filmów, a także fantastyczny klimat który w nich wytwarza. Zawsze dba on o to aby potwory wyglądały wyjątkowo i zapadały w pamięć. Del Toro unika przeciętności. Bardzo dobra cecha u twórcy horrorów. Kocham oba jego „Hellboye” i „Labirynt Fauna”, a nawet „Blade 2”. Jednakże na tym piątym miejscu listy Rotten Tomatoes znajduje się inny film – „Kręgosłup diabła”.

Jest to produkcja z 2001 roku, czyli jeszcze z czasów kiedy del Toro nie pracował dla Hollywood. Wiąże się to z niższym niż zwykle budżetem. Jednak to prawie nigdy nie stanowi problemu w horrorach. Nie jest inaczej i tutaj. Film jest cudowny, trochę baśniowy, trochę poetycki, a jednocześnie brutalny. Czy jest też straszny? Nie powiedziałbym, ale nie to jest siłą del Toro. Jego siłą jest to, że daje filmom serce i duszę.

„Kręgosłup diabła” rozgrywa się w czasie wojny domowej w Hiszpanii w latach trzydziestych a w głównej roli są dzieci. Naprawdę dobrze grające dzieci. Innymi słowy, są tu pewne podobieństwa do „Labiryntu Fauna”. Zagrożenie jest jednak bardziej realne, nie ma tu takiego wymieszania ze snem i fantazją jak w „Labiryncie”. Sam del Toro nazywa oba te filmy rodzeństwem, „Kręgosłup” jest chłopcem, a „Labirynt” dziewczynką.

Fabuła filmu wydaje się na początku przewidywalna i ograna. Chłopiec trafia do sierocińca. Inne dzieci go nie lubią, jeden się nad nim znęca. Jednak chłopiec wykazuje się dużą odwagą i zdobywa szacunek kolegów. To jest na szczęście tylko pierwszy akt. Del Toro buduje swoje postaci, które w drugiej części filmu spotkają wyzwania, którym nie każda z nich będzie w stanie sprostać. W tym powolnym wstępie nadal pojawiają się ciekawe pomysły – bomba która „żyje” i specyficzny sposób pędzenia rumu przez jednego z głównych bohaterów. Dzięki temu łatwiej jest wytrzymać do momentu kiedy del Toro odkrywa wszystkie karty i mistrzowsko rozwija swoją historię.

W przeciwieństwie do innych filmów Guillermo, nie ma tu żadnych potworów. To ludzie grają tu główną rolę i oni są źródłem zła. Jedynym elementem fantastycznym jest duch, którego obrazek znajduje się powyżej. Moim zdaniem wygląda naprawdę dobrze. Widać inspiracje japońskimi horrorami, ale bardzo dobrze wpasowuje się on także i do tej hiszpańskiej produkcji.

Film „Kręgosłup diabła” ma bardzo satysfakcjonujące zakończenie, historia opowiedziana w filmie oferuje też wiele niespodzianek. Aktorstwo stoi na wysokim poziomie, tak u dorosłych aktorów, jak i tych dziecięcych. Warto, warto, warto obejrzeć.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Sierpień 17, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , ,

Dystopijne piątki #3 – Seks i przemoc w przeludnionym Los Angeles. „Hard Boiled”.

Mistrzowie Komiksu - Hard BoiledPrzyszłość będzie brutalna. Bardzo brutalna. Nikogo to jednak nie będzie obchodzić. Wszyscy będą zajęci seksem albo narkotykami. Geof Darrow ukazuje w „Hard Boiled” wyjątkowo smutny obraz przyszłości. Rysuje on przeludnione Los Angeles z niewyobrażalną dbałością o szczegóły. Każda z setek postaci, przewijających się na kadrach komiksu, ma własną twarz, własny styl ubioru i zajęta jest własnymi sprawami. To co ich łączy to apatia.

Zacznijmy jednak od początku. Komiks opowiada historię pewnego cyborga, który nie chce zaakceptować tego, że jest cyborgiem. Pisząc więcej opowiedział bym całą historię. Oś fabularna jest bardzo krótka i w rzeczywistości drugo- lub trzecioplanowa. Najważniejsze są tu rysunki. One są centrum historii. Dlatego też mimo że na okładce jak byk stoi że komiks jest autorstwa Geofa Darrowa i Franka Millera, wkład tego drugiego jest tu raczej niewielki. Sama historia jest bardzo luźno oparta na opowiadaniu „Elektryczna mrówka” Philipa K. Dicka, a dialogi ograniczają się do minimum. „- Eh! – Uf! – Ah!” – to jedna z wymian zdań pomiędzy bohaterami. Nie chodzi mi tu o atakowanie Millera, bo wielkim pisarzem był on. Jednak „Hard Boiled” to wyraźnie w 90% owoc pracy Geofa Darrowa i jako taki go traktuję.

Kreska Darrowa jest w dużym stopniu realistyczna, a dwie rzeczy które lubi on rysować najbardziej to roboty/części mechaniczne i przemoc. „Hard Boiled” to właśnie rezultat tego połączenia. Być może z tego wynika ta nieczułość postaci występujących w komiksie. W przyszłości albo będziemy robotami albo będziemy się jak one zachowywać.

Dystopii tej wizualnie najbliżej chyba do japońskiego „Ghost in the Shell”, chociaż największe inspiracje pod względem kreski wyraźnie wywarli na Darrowie europejscy twórcy Moebius i Hegré. W tym ponad stustronicowym albumie rzadko kiedy trafiają się strony z więcej niż trzema kadrami. Rysownik woli duże obrazki, gdzie w pełni realizuje swoją nerwicę natręctw i wypełnia stronę najdrobniejszymi szczegółami. Dzięki temu przy czytaniu i przeglądaniu czuje się ogrom Los Angeles. Tym bardziej, że komiks wydrukowany jest w formacie odrobinę większym niż A4.

Strona 44 i widok na zakorkowaną ulicę.„Hard Boiled” wyraźnie igra z tradycją amerykańskiej popkultury. W USA przemoc jest okej. Dużo łatwiej akceptowana jest ona w fikcyjnych tworach – w telewizji, kinie czy komiksie – niż seks. Chociaż może seks to zbyt duże słowo. Zwykły damski sutek to już obraz który może totalnie zdeprawować niepełnoletniego! Dlatego właśnie ciekawie jest spojrzeć na „Hard Boiled” z tej perspektywy. Na pierwszym planie jest tu przemoc, doprowadzona do ekstremy, a wręcz do absurdu. Nasz główny bohater bez wytchnienia jest bity, rozszarpywany bądź w inny sposób okaleczany, a jego przeciwnicy kończą jeszcze gorzej. Natomiast na drugim i trzecim planie jest dziki zdeprawowany seks. Te małe postaci w tle uprawiają go na ulicy, na chodniku, na stojąco, leżąco, z gadżetami i bez uwagi na płeć.

Co więcej, Darrow wyraźnie przedstawia wszystkie postaci w komiksie jako nie zaskoczone przemocą i jawnie ją ignorujące. Nawet jeśli jakieś szalone rzeczy odbywają się kilka metrów obok. Na przykład nikt nie reaguje jak czołgający się z odpadającymi kawałkami skóry cyborg strzela do starszej pani z dzieckiem na ręku. Hedonizm rządzi, a przemoc jest zwyczajna i nudna.

Jerzy Szyłak pisał w swojej recenzji na Gildii komiksu, że każdy może zobaczyć w „Hard Boiled” co tylko zechce. Ja widzę społeczeństwo amerykańskie, które zblazowało się do granic możliwości. I tak wszystkim rządzą korporacje, i tak jest nas za dużo, więc umierajmy i rozmnażajmy się. Jedyny cel życia.

Ciekawym jest również to że gdzieś w tle przewija się dom głównego bohatera – najbardziej fałszywe miejsce w całym świecie tego komiksu. Okolica wygląda jakby na żywo wyjęta z USA w latach 50tych. Jest spokojnie i zielono, a także pusto. W domu czeka żona, dzieci i psy. Żona bohatera to najprawdopodobniej wynajęta aktorka, a dzieci i psy to roboty które mają kontrolować stan psychiczny naszego głównego cyborga. To jest to miejsce, ten ideał, który pozwala głównemu bohaterowi nie przyjmować do wiadomości, że jest cyborgiem i nie martwić się otaczającą go śmiercią. Idea domu z ogródkiem i żony z dwójką dzieci jest dla niego tak ważna i oddziałuje na na niego tak silnie, że jest gotów zrobić wszystko, aby ją zatrzymać. Tutaj prawda nie ma znaczenia, a ważne jest jednostkowe szczęście. Dlatego Hollywoodzki happy end na którym komiks się kończy jest tak pusty i wymowny. W tej dystopii każdy jest zamknięty we własnym świecie, którego reguły ustalamy sami.
Dlatego Geof Darrow wypełnia „Hard Boiled” śrubkami i przemocą.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu Sierpień 12, 2011 w Dystopijne Piątki, Komiks!

 

Tagi: , , , , ,

Dystopijne piątki #2 – Uwięzieni w latach pięćdziesiątych. „Harrison Bergeron”.

Plakat "Harrison Bergerona"

Kurt Vonnegut jest świetnym pisarzem, ale bardzo ciężko byłoby zekranizować któreś z jego dzieł. Nie tylko z powodu specyficznego humoru, ale też dlatego że trzyma się on z dala od realizmu. Jego historie są często przepełnione absurdalnymi wydarzeniami, które w żadnym innym medium nie sprawdziły by się tak dobrze jak w formie książkowej. Jednak nie przeszkodziło to reżyserom w ciągłym dobieraniu się do dość krótkiego opowiadania z 1961, pod tytułem „Harrison Bergeron”. Skąd to zainteresowanie i czy przekłada się ono na interesujące rezultaty?

Jest rok 2081, a w USA wiele się zmieniło od 1961. Do konstytucji wprowadzono ponad 200 poprawek, a te kilka ostatnich doprowadziło do osiągnięcia całkowitego równouprawnienia – każdy we wszystkim ma takie same możliwości. Utopia? Oczywiście, że nie. Tę cudowną równość osiągnięto poprzez przytemperowanie tych wszystkich obrzydliwych ludzi wywyższających się ponad przeciętność. Odpowiednie ograniczniki zostały przypisane do każdego aby nikt nie mógł się wybijać przed szereg – ani intelektem ani cechami fizycznymi. Syn państwa Bergeron, Harrison, był jednak zbyt wyjątkowy. Ciągle trzeba było dodawać mu nowe ograniczenia, był zbyt silny, zbyt mądry, praktycznie boski. A miał dopiero 14 lat. Stąd państwo zareagowało pozbywając się jednostki która miała problemy z przestrzeganiem prawa. Wrzucono go do więzienia aby nie irytował innych praworządnych i równych obywateli.

Teoretycznie tak zaczyna się opowiadanie, a tuż później się kończy. Nie ma za wiele materiału z którym można pracować. Za to jest bardzo ciekawa historia na temat wyrównywania szans jednostek w społeczeństwie. Filmowcy zostali postawieni przed wyborem – opowiedzieć to dokładnie tak samo w krótkometrażowej formie, albo rozbudować tą historię aby mogła wypełnić półtoragodzinny film. W wypadku „Harrisona Bergerona” oba podejścia zostały wypróbowane z zaskakującym rezultatem.

Sean Astin jako Harrison BergeronNapiszę to od razu – film telewizyjny z 1995 jest świetny. Czerpie ile się da z opowiadania i rozszerza je w sposób fantastyczny. Przynajmniej przez pierwsze pół godziny. Wtedy ukazane są nam wszystkie te małe pomysły na które twórcy wpadli, które z humorem uzupełniają treść opowiadania. Sama idea, żeby umieścić akcję w permanentnych latach pięćdziesiątych Ameryki jest natchniona. Jedna z postaci tłumaczy to tym, że po prostu wtedy ludzie byli najbardziej zadowoleni i ten okres wspominają z największą nostalgią. Dlatego władze zdecydowały się utrwalić rozwój społeczeństwa i technologii w tym okresie. Należy też zauważyć, że ten czas jest współcześnie postrzegany jako okres nudnej stagnacji – wszystko co było ‚inne’ należało tępić i ograniczać. Dlatego też lata 60. w USA były takim wybuchem na płaszczyźnie społecznej – rewolucja seksualna, narkotyki, hipisi. Wracając jednak do filmu, jest w nim też sporo innych smaczków, których próżno szukać w historii Vonneguta – najbardziej pożądana ocena w szkole to 3, prezydent jest idiotą rzucającym na lewo i prawo przekleństwami, stworzono nawet intelektualne domy publiczne, gdzie panie oferują możliwość rozegrania partyjki w szachy albo poprowadzeniem poważnej dyskusji na tematy naukowe.

Niestety schody zaczynają się w drugiej półgodzinie filmu. Tutaj dodatki scenarzystów nie sprawdzają się już tak dobrze i nie współgrają z duchem Vonnegutowskim. Zmiany względem oryginału okazują się dużo drastyczniejsze niż wcześniej można by podejrzewać. Film wchodzi na wszystkie dystopijne klisze, sięgające „Roku 1984” Orwella. Przede wszystkim nagle okazuje się że władze dążą do równości żeby zapobiec wojnom i przemocy. Powód to dość naiwny i ograny. Vonnegutowi chodziło raczej o równość jako klucz do lepszego życia i zadowolenia. Twórcy filmowi zeszli trochę z tego tematu i weszli na terytorium totalitaryzmu/autorytaryzmu i tych tajnych społeczeństw którym żyje się lepiej kiedy szarzy obywatele cierpią. Mamy nawet postać Wielkiego Brata, przywódcy który jest jak wszyscy inni fikcyjni autorytarni przywódcy – wydaje się płaski. Na szczęście z czasem okazuje się że ma trochę więcej wymiarów. Niestety nie można tego samego powiedzieć o głównej postaci kobiecej. Mimo że zagrana jest ona bardzo dobrze, to jednak rola jest bardzo słaba – całkowicie podporządkowana rozwojowi Harrisona. Szczególnie rzuca się to w oczy w końcówce.

Te ostatnie półgodziny właśnie, momentami się dłuży i pojawia się w nim kilka dziur fabularnych. Jednak twórcy są w stanie przepięknie wyciągnąć się z tego dołka – dwie ostatnie sceny są idealne i w bardzo logiczny sposób zamykają wszystkie wątki.

Film więc mimo pewnych problemów jest wart obejrzenia i ma do zaoferowania dużo dobrego. Bardzo luźno traktuje inspiracje opowiadaniem. Widać to już z resztą na pierwszy rzut oka, jako że Sean Astin, który gra główną rolę w filmie, nie wygląda na 14 letniego Adonisa, którego mamy w opowiadaniu. Najważniejsze jednak, że twórcy próbowali zrobić coś ciekawego, nie wszystko się udaje, ale jak pisałem, rezultat jest bardzo ciekawy. Zupełne przeciwieństwo dokładnej interpretacji jaką jest „2081”.

Harrison Bergeron w "2081"Ten film krótkometrażowy z 2009, wydaje się bardzo wierną adaptacją opowiadania Vonneguta. Pierwsze sceny są wręcz doskonałe pod każdym względem. Gra aktorska stoi na bardzo wysokim poziomie, a sami aktorzy zostali wybrani z niesamowitą dbałością – po przeczytaniu opowiadania, dokładnie tak wyobrażałem sobie państwa Bergeron. Co więcej, scenariusz cytuje opowiadanie słowo w słowo przez większość filmu. Modyfikacje wprowadzając jedynie z rzadka. Niestety, kiedy Harrison Bergeron wchodzi na scenę, zaczyna gadać i gadać i gadać. Zamiast prostoty i humoru Vonneguta – „Jam jest cesarzem! Kto chce być moją cesarzową!?”, mamy ideologiczną nadbudówkę. Harrison tłumaczy nam jak to się biedny męczył w niewoli i do tego straszy ludzi bombą. Tu jest największy problem tego filmu. Jest on w stu procentach poważny. Nie twierdzę, że nie dałoby się tego zrobić w sposób dramatyczny, szczególnie że muzyka w filmie jest cudowna. Bardzo klimatyczne orkiestralne utwory świetnie potęgują klimat. Niestety wystąpienie Harrisona nie wydaje się szczere, a rozwiązanie konfliktu, mimo pewnych podobieństw do książki jest dużo słabsze i znowu mamy bzdurnie poprowadzoną rolę kobiecą. Za to ograniczniki i ogólnie kostiumy są bardzo porządne i właśnie ze względów wizualnych myślę że warto poświecić te pół godziny na ten film. Co prawda reżyseria jest nieszczególna i widać, że reżyser bardziej starał się ukryć niski budżet niż zadziwić widza ciekawymi ujęciami, ale „2081” stanowi dobre uzupełnienie „Harrisona Bergerona”. Inne podejście, inne rezultaty, ale ten trochę absurdalny Vonnegutowski klimat udało się zachować w połowie scen dziejących się w mieszkaniu państwa Bergeron. Dla nich można to obejrzeć – link.

Podsumowując, Kurt Vonnegut wielkim pisarzem jest, jego opowiadanie sprzed dokładnie pięćdziesięciu lat nadal jest świetne i nie postarzało się ani trochę. Vonnegut patrzy z przekąsem na socjalistyczne dążenia do wyrównywania szans. Każdy z nas rodzi się równym, ale nie takim samym. Jeśli pozwolimy systemowi zajść za daleko w próbach równania nas wszystkich do jednego poziomu może dojść do tragedii. Vonnegut jednak patrzy na to z charakterystycznym sobie dystansem, przez co jego wiadomość jest bardziej efektywna. Filmy nie radzą sobie z tym tak dobrze, niepotrzebnie przegadując przesłanie. Nie zmienia to faktu, że w wersji z 1995 zbudowano kompletny świat i społeczeństwo, dzięki czemu film w oddzieleniu od opowiadania trzyma się również bardzo silnie, jest po prostu ciekawą dystopią.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Sierpień 4, 2011 w Dystopijne Piątki

 

Tagi: , , , , , ,