RSS

Archiwa miesięczne: Listopad 2011

Mniej gadania, więcej akcji. „Mesmo Delivery”.

Rafael Grampa to rysownik, który nadal ma dość mały dorobek na poletku komiksowym. Zrobił kilka okładek dla Marvela, kilka dla DC Vertigo oraz po jednej krótkiej historii dla obu wydawnictw. Jednak ta pozornie niewielka ilość, przekłada się na dość wysoką jakość każdego z jego dzieł. Grampa jest rysownikiem kompletnym, świadomym każdego ruchu ołówka.
„Mesmo Delivery” to natomiast jego pełnometrażowy debiut komiksowy.

„Mesmo” to czysta rozrywka, nie niesie ze sobą głębszych treści, ani nie porusza poważnych tematów. Grampa koncentruje się na formie i kreuje swój mały komiksowy odcinek „Strefy Mroku”. Historia opowiada o dwóch kierowcach ciężarówki podróżujących ku bliżej nieokreślonemu miejscu z bliżej nieokreślonym towarem. Gdzieś tam w tle przewija się szatan i krwawe interesy, a kruk śledzi każdy ruch naszych bohaterów.

Strona wizualna w tym komiksie to wszystko, więc obu truckerów jest zaprojektowanych z dużą dbałością o szczegóły. Rufo to wielki niezbyt inteligentny osiłek o naiwności dziecka. Natomiast drugi trucker, Sangreco, szczupły sobowtór Elvisa, ma w sobie coś z Wolverine’a. Przykładowe strony dają pewne wyobrażenie o komiksie i ukazują głównych bohaterów. Jednak zwykłe jpgi nie odwzorowują wystarczająco jakości komiksu. Na papierze, kolory są jeszcze bardziej nasycone, a zamysł kompozycyjny Grampy staje się wyraźniejszy.

Wracając do fabuły, to jak widać na wcześniej podlinkowanych stronach, rozwija się ona dość ospale. Jednak podczas postoju na odludnej stacji benzynowej Rufo wychodzi napić się mleka do pobliskiego baru. Tam, szybko i bez zbędnych ceregieli dochodzi do bójki, która przeradza się w rzeź. I tutaj Grampa rozwija swoje skrzydła. Ciągle zmienia ujęcia i perspektywę. Prowadzi akcję bardzo filmowo i nadaje jej niesamowity dynamizm. Tak rozmieszcza kadry, i dba o szczegóły każdej z postaci, aby ostatecznie wprawiać te płaskie obrazki w ruch. Gdyby wyciąć z komiksu wszystkie dialogi nadal możnaby bez najmniejszego problemu śledzić rozwój akcji. „Mesmo Delivery” to zdecydowanie nie jest komiks robiony w 30 dni do ostrych amerykańskich deadlajnów.

Każdy recenzent na zachodnich stronach komiksowych jednym tchem wymienia artystów, których wpływy widać w kresce Grampy. Trochę Geoffa Darrowa, odrobina Moebiusa, szczypta Paula Pope’a, Franka Quitely’ego i szaleństwo godne Simona Bisleya. Doprawdy, doborowe towarzystwo. Jednak liczba porównań świadczy o tym, że styl Grampy jest wyjątkowy. Inspiracje są widoczne, ale nie da się go pomylić z żadnym innym rysownikiem.

Ogólnie rzecz biorąc, historia w „Mesmo Delivery” to tylko pretekst do ukazania kreatywnej przemocy w jak największych ilościach. W zasadzie, ledwie poznajemy główne postaci. To przemoc tworzy spektakl. Najefektowniejsze strony to te, na których Sangrecco wchodzi do akcji, ściskając swoje noże i śpiewając „A Little Less Conversation” Elvisa. Ten zwinny trucker poruszając się błyskawicznie, rozczłonkowuje swoich przeciwników, kiedy płynące leniwie w powietrzu słowa piosenki oplatają go dookoła. Wygląda to fantastycznie. Jednak też zdecydowanie momentami niesmaczne. Mimo, że przedstawiona przemoc jest rysunkowa/przerysowana to stanowczo bliżej jej do „Lobo” Bisleya niż do „Królika Bugsa”. Kwestia preferencji. Mi to bardzo odpowiada.

„Mesmo Delivery” może wydawać się szybką lekturą, główna historia ma około 50 stron. Resztę tomiku, czyli pozostałe 30 stron, wypełniają szkice i kilka pin-upów od znajomych Grampy (a że znajomości ma świetne to pin-upy są autorstwa Risso, Allreda, Craiga Thompsona i Fabio Moona). Jednak, tak jak sugeruje w swoim króciutkim wstępie do komiksu, Brian Azzarello, po skończeniu lektury wracamy do pierwszej strony i czytamy go znowu i znowu i jeszcze raz. „Mesmo Delivery” wciąga, a te okładkowe $10 to nie jest jakaś przerażająca cena. Papier kredowy, okładka ze skrzydełkami i kosmicznie piękna, nieludzko brutalna zawartość, aż proszą się o to, żeby wylądować na centralnym miejscu na półce z komiksami.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 29, 2011 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , ,

Gościnne występy i inne takie.

Wbrew pozorom, trochę się ostatnio na moim względnie ospałym blogu działo.

Po pierwsze, wydawnictwo Hanami podlinkowało moją recenzję pierwszego tomu „Pluto” na swojej stronie na Facebooku, dzięki czemu słupki odwiedzin mi znacznie podskoczyły. Bardzo mi z tego powodu miło. 😀

Po drugie, jeden z moich tekstów jest też od piątku dostępny na blogu Kopiec Kreta. Czyli jednym z ciekawszych i milszych miejsc w komiksowej blogosferze. Na pewno warto je odwiedzić. Chociażby, żeby zerknąć na recenzję komiksu „Uzumaki” Junjiego Ito. Świetny horror i równie dobra recenzja.

W temacie występów gościnnych, wspomnę też może o moich dwóch gwiezdnowojennych recenzjach na Alei Komiksu: tutaj i tu. Tym sposobem może nie zaginą w odmętach internetu. Poza tym, „Rycerze starej republiki” to stanowczo mój ulubiony komiks przygodowy z serii Star Wars.

Po trzecie, żeby rozruszać trochę swój własny blog i umysł, zdecydowałem się zrobić sobie Komiksowy Tydzień. W końcu każdy dzień jest dobry, żeby czytać dobre komiksy.

Zrecenzuję cztery, które wyjątkowo lubię. Zaczynam we wtorek. Plan jest następujący:

Wtorek: Rafael Grampa, „Mesmo Delivery”.
Czwartek: Grant Morrison, Philip Bond, „Kill Your Boyfriend”.
Piątek: Yukito Kishiro, „Battle Angel Alita”.
Sobota: Jiro Taniguchi, „Księga wiatru”.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 28, 2011 w Inne

 

Oldskulowe bieganie z nożem za nastolatkami. „Halloween” (1978).

John Carpenter stworzył w 1978 nowy gatunek Horroru. Ofiarami stały się, prawie ekskluzywnie, nastolatki, a głównym „bohaterem” demon obleczony ludzką skórą, który wybitnie lubi je sztyletować. Najczęściej raz do roku z jakiejś szczególnej okazji. Czy to piątek trzynastego czy też właśnie trzydziesty pierwszy października, święto Halloween.

Noc, której ON wrócił do domu!

Ogólnie schematów fabularnych jest więcej. Praktycznie każdą scenę z „Halloween” można znaleźć skopiowaną w innych Horrorach. Jednak, oczywiście, Carpenter nie był tu pionierem, a czerpał pełnymi garściami ze schedy jaką zostawił po sobie Hitchcock. Stąd liczne głuche telefony i sceny kręcone z punktu widzenia podglądacza oraz powolne budowanie napięcia, aż do finalnej sekwencji pościgu z mordercą.

Ten seryjny morderca to też najważniejsza i najbardziej interesująca postać w filmie. Mike to killer bardzo konserwatywny. To, co go szczególnie rozjusza to seks przedmałżeński. Jeśli nastolatki dopuszczą się tego grzechu i zaczną oddawać się nagiej niepohamowanej żądzy to pewnym jest, że morderca ich zabije. W „Halloween” jest to szczególnie widoczne, jako że tylko główna bohaterka-dziewica jest w stanie przeżyć masakrę. Natomiast jej koleżanki, które ze swoimi chłopcami do łóżka chadzały, zostają wybite co do nogi.

Także seks i przemoc są absolutnie w centrum filmu. Co ciekawe jednak, nie powiedziałbym że to produkcja dla dorosłych. Wręcz przeciwnie. Po przekroczeniu osiemnastego roku życia, a i czasami nawet wcześniej, „Halloween” może nużyć. Dla dzisiejszego widza Horroru, film nie ma wiele do zaoferowania. Krwi jest w gruncie rzeczy niewiele, a nagich piersi tyle co kot napłakał.

Fabuła też nie zaskakuje, bo przerabialiśmy już te sceny po tysiąc razy w nowszych filmach. Oczywiście, nadal możemy podziwiać kunszt Carpentera, jako że film jest bardzo sprawnie wyreżyserowany. Jednak trudniej mu trzymać widza w napięciu. Wiemy co się wydarzy. Dlatego właśnie jest to, moim zdaniem Horror dla młodszego mniej wyrobionego widza. Tak jak dzieci w filmie oglądają „The Thing” i inne stare czarno-białe klasyki Horroru, tak współczesny nastolatek spokojnie odnalazłby się w „Halloween”.

Weźmy jednak jeszcze pod uwagę kilka rzeczy, które wciąż bronią film Carpentera i oddziałują na widza równie mocno jak dawniej. Przede wszystkim muzyka! Temat przewodni niesamowicie wpada w ucho i tworzy fantastyczny klimat, pomimo a może dzięki swojej prostocie. Po drugie, Mike Myers to cudownie przerażający antagonista. Niby poznajemy go jeszcze w młodości, kiedy zabija swoją pierwszą ofiarę, to jednak Carpenter nie podaje nam na talerzu źródła jego zła. Żadnego bicia/picia w rodzinie czy innych patologii. Mike to czyste zło w ludzkiej postaci. Nie widzimy też jego twarzy po tym jak dorasta, ponieważ zawsze skrywa ją pod maską. Młody Myers wyrasta na prawdziwego dźgającego antychrysta.

Nie chcę też żeby wyszło na to, że film mi się nie podobał. Wydaje mi się, iż ma on specyficzny magnetyzm. Jednak bardzo ważne jest jak się coś opowiada. Carpenter potrafi wciągnąć w ten świat i całkowicie zahipnotyzować widza opowieścią. Do tego powiedziałbym, że zakończenie jednocześnie satysfakcjonuje i nadal pozostawia widza głodnym. Koniecznie chce się obejrzeć też część drugą. Najlepiej od razu!

„Halloween” to bez dwóch zdań klasyk Horroru. John Carpenter wychodził ścieżkę dla Slasherów, którą podążyli potem twórcy Jasona i Freddy’ego. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, „Krzyk” i „Straszny film” nabijały się ze schematów, w które tenże Slasher Horror popadł. Jednak nie były one w stanie go zatrzymać. Mike i Jason powrócili w ciągu ostatnich kilku lat, z wygnania, prosto na ekrany kin w nowiutkich lśniących remake’ach. Nawet jeśli są one całkiem dobre, to wszak to nie jest to samo. Warto odkurzyć pierwowzory i zobaczyć młodziutką Jamie Lee Curtis uciekającą przed Mike’m Myers’em po raz pierwszy, te 33 lata temu…

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 20, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , , ,