RSS

Archiwa miesięczne: Grudzień 2011

Rob Zombie i morze przemocy. „Dom 1000 trupów” oraz „Bękarty diabła”.

Nie śledzę muzycznej twórczości Roba Zombie. Słyszałem kilka piosenek. Sympatyczne, ale nie porywające. Podobnie opinię miałem o jego filmach. W zasadzie wcześniej widziałem tylko jego remake „Halloween” z 2007 roku, który nie zrobił na mnie większego wrażenia. Poprawnie nakręcony i zagrany, nie oferował nic ponadto. Dlatego też nie garnąłem się specjalnie do obejrzenia jego wcześniejszych dokonań reżyserskich. Jak się okazało był to błąd.

Niekoniecznie błąd śmiertelny, ale głupi na pewno. Debiut Roba Zombie jako filmowca z 2003 – „Dom 1000 trupów” – to fantastyczny film. Pełen barwnych, ale też i strasznych postaci, a do tego nakręcony z dużą werwą. Niedoskonały, jednak na tyle świadomy tego co robi, że nie da się go nie lubić. Natomiast, sequel – „Bękarty diabła” – chociaż bardziej poukładany i znacznie brutalniejszy, to już trochę nie to samo. Teoretycznie Zombie poprawia wszystkie potknięcia poprzedniczki, ale w tracie, gdzieś po drodze, gubi większość frajdy jaką dawała część pierwsza.

Właściwie ta część pierwsza, czyli „Dom 1000 trupów” może wydawać się mało oryginalna. W końcu to horror w stylu „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Paczka nastolatków podróżuje przez południe Stanów Zjednoczonych i nadziewa się dosłownie i w przenośni na zgraję psychopatów. Co więcej, Rob Zombie nie stara się tu nawet wprowadzać jakichś większych urozmaiceń. Nie łamie zasad tego typu horroru, a postępuje według przyjętych reguł gry. Przynajmniej tak jest w przypadku fabuły filmu.

Wizualnie jest ciekawiej. Mamy krótkie scenki nagrane słabszej jakości kamerą, albo w czerni i bieli, albo w kompletnie psychodelicznych kolorach. Takie małe momenty, które powodują, że film wygląda taniej. Niczym produkcja telewizyjna. Kiczowato, ale w sposób pozytywny. Co więcej, w filmie jest też jedna scena gdzie w sposób genialny, Zombie kontrastuje przemoc na ekranie ze skoczną country. Bardzo tarantinowsko. Reszta filmu nakręcona jest poprawnie. Nie ma tam żadnych potknięć, których być może, można by się spodziewać, po muzyku, który zdecydował się zostać reżyserem. Ogólnie, film ma żywy rytm, ciągle coś się dzieje, a te wspomniane dziwne wstawki nadają mu dodatkowego uroku.

„Domowi” brakuje natomiast skupienia. Przez pierwszą część filmu nie wiadomo właściwie kto tu jest głównym bohaterem. W filmie występuje cała masa postaci i mniej znanych aktorów – mamy Rainna Wilsona z „The Office” i Waltona Gogginsa z „The Shield”. Jednak pozytywne postaci są nudne i niesympatyczne. Właściwie, są tylko jednowymiarowym tłem dla galerii degeneratów. Oni właśnie, te czarne charaktery, są najważniejsi w tym filmie. Chociaż, wydawać by się mogło, że taki kapitan Spaulding, grany przez Sida Haiga jest niepotrzebny dla fabuły. Jako że bez niego w historii zmieniłoby się niewiele. To jednak jaka byłaby to strata dla widzów! Gdybym miewał koszmary z klaunami, to każdy z nich miałby żółtozębą twarz Haiga.

Kolejną postacią, która dominuje w każdej scenie w jakiej występuje, to Otis, grany przez Billa Moseleya. Szaleństwo w oczach, charakterystyczny głos i wygląd niczym ghul. Do tego Otis bez przerwy wpada w dłuższe pokręcone monologi, gdzie tłumaczy swoje szaleństwo buntem przeciwko kulturze i chęcią uwolnienia swojej artystycznej duszy. Po prostu, uwielbiam tę postać. Dla równowagi, tak jak w każdym filmie Roba Zombie, występuje tu też jego żona, Sheri Moon. Jej gra aktorska momentami jest trochę sztuczna, ale widać że rola została dość dobrze dopasowana do jej osobowości. Słodka wariatka w stylu Harley Quinn.

Na końcu filmu dostajemy jeszcze Doktora Satana i jego pomagiera. Scenka z nimi jest krótka, ale makabryczna i w jakimś stopniu przyczyniła się do statusu kultowości „Domu 1000 trupów”. Doktora było jednak za mało. Każdej postaci było za mało! Aż się prosiło o więcej. I Rob Zombie rzeczywiście dał nam więcej. W drugiej części w głównej roli występuje jego żona, Otis oraz Kapitan. Idealne trio. Żal, że zabrakło Dr. Satana, ale mimo wszystko zapowiadało się świetnie.

„Bękarty diabła” zaczynają się również bardzo ciekawie. Zombie rozprawia się w końcu w realistyczny sposób z rodzinką psychopatów. Nasyła na nich policję, dobrze uzbrojoną i w dużej ilości. Czego efektem jest rozbicie ich domu 1000 trupów i zmuszenie głównych postaci do wyruszenia w drogę. Zmienia się więc otoczenie, a także klimat. Z dusznego domu, przenosimy się na słoneczne i pustynne drogi.

Transformacja zachodzi też w postaciach. O ile Baby, grana przez Sheri Moon Zombie, jest tą samą postacią co wcześniej, to Otis już niestety nie. W pierwszej części szalony i gadatliwy, w drugiej cichnie. Zombie przerabia go na Charlesa Mansona. Tym bardziej, że po zapuszczeniu brody, Moseley wygląda łudząco podobnie do tego psychopatycznego mordercy. Z resztą nawet wkrótce będzie go grał w innym filmie. Dla „Bękartów diabła” jednak ta przemiana jest bardzo negatywna. Otis wydaje się zmęczony i dostaje tylko jedną dobrą scenę, kiedy w „Domie” miał ich na pęczki. To samo, moim zdaniem, tyczy się Kapitana Spauldinga. Tutaj na szczęście postać pozostała niezmieniona. Kapitana jest też więcej, ale sceny może poza dwiema, to nie to samo co w poprzedniej części.

W zamian dostajemy jednak nową postać. Szeryfa Wydella, granego przez Williama Forsytha. Teraz to on dostaje wszystkie najlepsze teksty i występuje w najlepszych scenach. Przerabia sławną rozmowę z lustrem z „Taksówkarza” i kłóci się z krytykiem filmowym na temat braci Marx. Ogólnie, mimo że koncentracja filmu zostaje przesunięta na czarne charaktery, to właśnie Wydell jest najciekawszą postacią w „Bękartach diabła”. Jest on też godnym przeciwnikiem dla bękartów i powoduje, że w filmie pojawia się jakieś napięcie. Być może ci wariaci nie mogą już czuć się bezpiecznie?

Jak wspomniałem, w „Bękartach diabła” świata reflektorów przesuwają się na zgraje psychopatów. Z nimi w centrum, obraz zyskuje na brutalności trzykrotnie. Scena w motelu, podobnie do tej z „Od zmierzchu do świtu” może mrozić krew w żyłach. Jako że reżyser przesadnie znęca się nad niewinnymi ofiarami, które, oczywiście, są kobietami. Różnica pomiędzy filmami jest taka, że „Dom” pokazywał przemoc przerysowaną, momentami zahaczającą o gore. Zawsze gdzieś w tej przemocy był humor, czarny bo czarny ale jednak. Wizualnie leje się dużo krwi, ale wszystko jest wyraźnie fikcją. Tymczasem w „Bękartach” przemoc staje się bardziej realna. Mansonopodobny Otis i seksualna przemoc oraz psychologiczne znęcanie się w motelu raczej mierżą niż bawią. Film popada w torture porn. Na szczęście jednak, w drugiej części z powrotem odzyskuje swoje szaleństwo. W dużej mierze staje się tak dzięki pojawieniu się Danny’ego Trejo (Machete!) oraz Michaela Berrymana. Chociaż znowu, postaci jakie grają, otrzymują za mało scen. Mimo to, zakończenie jest przepięknie, i wyciąga ten film ponad przeciętność.

Warto wspomnieć też o reżyserii, która została ugrzeczniona i dopasowana do Hollywoodzkich standardów. Film ogląda się tak jak inne współczesne horrory. Metaliczne kolory i pomarańcze królują. Żadnych wstawek z inną kamerą, poza jedną na początku filmu, która jest tu chyba tylko jako gest pożegnalny dla starej stylistyki. Za to w „Bękartach” znajduje się dużo więcej scen z kontrastującą muzyką. One akurat trzymają poziom, szczególnie scena finałowa z „Freebird” Lynyrd Skynyrd.

Podsumowując, mamy tutaj do czynienia z dwoma brutalnymi horrorami. Co do tego nie można mieć wątpliwości. Pierwszy, „Dom 1000 trupów”, to film pełen pomysłów, z wieloma dobrymi, krwawymi i zapadającymi w pamięć scenami. Wart polecenia. Drugi, „Bękarty diabła” jest moim zdaniem słabszy, nadal ma jednak sporo do zaoferowania. W końcu jest to kontynuacja, która rozwija historię i zapewnia jej zakończenie. Po obejrzeniu „Domu”, tak naprawdę, ciężko sobie odmówić sprawdzenia „Bękartów”.
Na 2012 rok, Rob Zombie zapowiada kolejną niezależną produkcję spod znaku horroru, pod tytułem „The Lords of Salem”. Liczę na powrót do stylistyki „Domu 1000 trupów”. Nic nie wskazuje na to, żebym się przeliczył :]

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Grudzień 19, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

Samuraje ponad wszystko. „Księga wiatru”.

Hanami wydało już u nas wiele komiksów Jiro Taniguchiego. Trudno się temu dziwić, jako że jest to wybitny i bardzo płodny mangaka. Zwykle jednak tworzy on historie osadzone we współczesności, realistyczne, opowiadające o życiu codziennym i o naszej koegzystencją z naturą. „Księga wiatru” to z kolei komiks trochę inny. Bardziej historyczny jako że opowiada o samurajach i wypełniony większą ilością akcji.

Akcja mangi rozgrywa się w XVII wieku w Japonii. Obserwujemy organizację i wybuch buntu przeciwko Szogunatowi z perspektywy Yagyu Jubee, mistrza miecza, walczącego o zachowanie status quo. Ogólnie intryga budowana w komiksie jest znacznie szersza, pada wiele nazwisk, a my przenosząc się z miejsca na miejsce, jesteśmy informowani o rozwoju wydarzeń. Mimo to stanowczo najważniejszy jest tu Jubee i jego konflikt z innym wojownikiem – Yashamaro – pracującym na zgubę istniejącego systemu. To wokół niego zbudowane jest największe napięcie oraz skierowane są nasze emocje.

Scenarzysta Kan Furuyama to z zawodu historyk, także nie ma co się dziwić, że w komiksie wykreowane jest bardzo dokładne tło historyczne. Na samym początku zasypani jesteśmy taką ilością terminów, że można się trochę pogubić. Jednak to komiks, nie film. Zawsze można zwolnić, pomyśleć. Wszystko jest objaśnione w przypisach pod kadrami, ale pewnie bez zajrzenia do Wikipedii też się nie obejdzie. Dlatego początek komiksu ma taki dość rwany rytm. Tym bardziej, że pierwsze cztery rozdziały są w identyczny sposób skonstruowane: najpierw fakty, informacje, rozwój osi fabularnej, potem akcja. Na szczęście, im dalej tym walki jest coraz więcej.

Właśnie ta akcja samurajska to powód, dla którego bardzo cenię ten komiks i coś co czyni go wyjątkowym. Jiro Taniguchi to rysunkowy weteran. Sztuka komiksu nie ma przed nim tajemnic. Jego kreska choć na pierwszy rzut oka wydawać się może dość prosta jest piekielnie dokładna. Ogólnie jest ona mieszanką europejskich i japońskich wpływów, ale bez popadania w wielkie oczy. Obserwowanie walk przedstawionych w komiksie to dla mnie zupełnie jak oglądanie filmów Akiry Kurosawy. Taniguchi dba o realizm ruchów jakie wykonują wojownicy i pozwala, żeby walki kończyły się w mgnieniu oka. Cięcie mieczem to śmierć. Dodatkowo akcja jest bardzo ale to bardzo dynamiczna. Odpowiednie ułożenie kadrów i ujęć tworzy iluzję poruszania się postaci, którą się po prostu chłonie.

Do jakości wydania też ciężko się przyczepić. Okładka jest miękka ze skrzydełkami, a papier kredowy. Wymiary są takie jak w innych mangach Hanami: odrobinę większe niż standardowe mangi i trochę mniejsze niż komiksy amerykańskie. Stron mamy 230, cena w okolicach 30 złotych, czyli też bez szaleństwa. Natomiast przyczepić można się do tłumaczenia i korekty. Jest kilka literówek i nienaturalnie złożonych zdań, a także dziwnie dobranych słów. Co w połączeniu z dużą liczbą terminów japońskich powoduje, że dość ciężko przebić się przez początek mangi.

Jednak, jak wspomniałem wcześniej, ja tu jestem tylko dla rysunków i samurajów. Historia jest trochę koślawo zbudowana, tłumaczenie ma pewne braki, ale starcia na miecze są pierwsza klasa. Dlatego ja ten komiks mam i zakupu nie żałuję. Z czystym sumieniem jednak go polecić nie mogę. Chociaż jeśli ktoś lubi Taniguchiego, to bez zastanowienia kupować należy!

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu Grudzień 3, 2011 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , ,

Dystopijne piątki #4 – W metalowym ciele zdrowy mózg, a dookoła miasto złomu. „Battle Angel Alita”.

Świat w „Battle Angel Alita” to kolejna przeludniona przyszłość, w której na każdym kroku mieszkańców czeka śmierć za byle błahostkę. Jednak tutaj, czytelnik otrzymuje obietnicę, że to jest tylko miasto złomu, jeden wielki slums na powierzchni ziemi. Natomiast wystarczy spojrzeć w niebo, żeby zobaczyć Zalem, niebo-utopię, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Tam na pewno mieszkają anioły.

Poza kreowaniem świata, Yukito Kishiro dużo swojej uwagi poświęca też postaciom. Sama historia „BAA” prezentuje się następująco: Doktor-mechanik, Daisuke Ido, odnajduje pewnego dnia na śmietnisku szczątki kobiety cyborga. Jej mózg okazuje się nietknięty, więc Ido decyduje się ją odbudować. Kiedy nasza bohaterka odzyskuje świadomość wychodzi na jaw, że nic nie pamięta, nawet swojego imienia. Dlatego pan doktor sam nadaje jej imię – Alita. Alita szybko okazuje się niespokojną duszą i, w zasadzie, archetypową wojowniczką. Z wyglądu i z charakteru przypomina wiele innych postaci tego typu. Jak choćby Navis, bohaterkę francuskiej serii „Armada”, wydawanej u nas przez Egmont.

Pomimo tego, ciężko jest mówić żeby seria była wtórna. Autor silnie osadza stworzone przez siebie postaci na fundamentach przerażającego miasta złomu. Dba on też, o to aby dystopia funkcjonowała logicznie i dostarcza nam wiele informacji na temat jej działania. Na końcu każdego tomu zawsze znajdują się dwie dodatkowe strony, gdzie autor dodaje jakieś szczególiki na temat tego jak operują fabryki czy objaśnia technologiczne zawiłości miasta złomu. Rzeczy niekoniecznie potrzebne, czasami humorystyczne, ale na pewno uwiarygodniające stworzony przez niego świat.

Wróćmy jednak do postaci. Niczym w japońskich grach RPG, każda z nich aż się pali, żeby wyłożyć nam swoją filozofię życia. „Zadaję cierpienie i sam nie czuję cierpienia.” „Mam marzenie i zrobię wszystko, żeby je spełnić.” Nawet pozornie sympatyczne postaci jak Ido i Alita mają w rzeczywistości dość czarne charaktery. Oboje jednogłośnie uznają, że miłość to możliwość posiadania drugiej osoby na wyłączność, a zabijanie to jedna z rzeczy, które robimy dla siebie, żeby czuć się lepiej.

Jednak jest to część opowieści jaką snuje Yukito Kishiro. Dorastanie to stanowczo temat przewodni komiksu. Alita rodzi się na nowo w pierwszym tomie i ponownie przechodzi przez różne etapy całego swojego życia. Bywa dziecinna, naiwna, irracjonalna i samolubna. Los jednak nie pozostaje jej dłużny i głęboko ją doświadcza, nie szczędząc bólu i cierpienia. Nie jest też tak, że zmiany jakie w niej zachodzą kompletnie zmieniają jej charakter. Do ostatniej kartki komiksu Alita pozostaje tą narwaną kobietką, której nic nie powstrzyma kiedy postawi sobie cel. Jednak pojawia się w niej jakieś większe zrozumienie dla otaczającego świata i większa empatia, a jej naiwność znika bezpowrotnie.

Nadal dość wyraźnie pamiętam jak czytałem tę mangę po raz pierwszy te 6 czy 7 lat temu. Wtedy przeleciałem przez całą serię bardzo szybko. Podążałem za wciągającą akcją. Teraz kiedy ponownie czytałem wszystkie tomy, żeby odświeżyć sobie komiks do tego tekstu, bardziej skupiałem się na samych postaciach i ich pobudkach. Ciężko spodziewać się, żeby osoby wychowane w takim środowisku jak miasto złomu czy na „Mad Maxowych” pustkowiach je otaczających wyrosły na jakieś wzory do naśladowania. Stąd te charaktery i charakterki nie są niczym zaskakującym. Z ciekawością analizowałem też wszystkie romanse w jakie główna bohaterka się pakowała. Ciągle pojawiał się w nich wątek kontroli, kto ma nad kim władzę, czego można oczekiwać od drugiej osoby. Alita na pewno sporo dawała sobą manipulować i popełniała wiele błędów. Czyni ją to ciekawą postacią.

Pod względem tonu komiksu, autor lawiruje pomiędzy powagą opartą na ekstremalnej przemocy, która kojarzy się z komiksem europejskim spod znaku Metal Hurlant, a charakterystycznie japońskim humorem. Mieszanka dość wybuchowa. Jednak, jak wspomniałem, komiks wciąga. Kishiro efektywnie tworzy napięcie i buduje zagrożenia dla głównej bohaterki. Już w pierwszym tomie jej ciało rozpada się na kawałki, a ogromny cyborg prawie dobiera się do zawartości jej czaszki. Tym bardziej postaci poboczne nigdy nie mogą czuć się bezpieczne. Trup ściele się gęsto.

Jednak, co uważam za bardzo ważne, wszystko jest świetnie poprowadzone artystycznie. Kishiro komponuje akcję bardzo świadomie i na ciekawe sposoby. Alita jest drobna i zwinna i zawsze to wykorzystuje w trakcie walki. Jest w komiksie kilka scen, w których wręcz wyskakuje ona z kadrów na czytelnika. Jest efekciarsko, ale bywa też brudno i nieprzyjemnie. Trafiamy w niebezpieczne zaułki i tajemnicze kanały. Miasto złomu to naprawdę miasto złomu. Ogólnie, styl rysunków Yukito Kishiro jest dość skomplikowany. Nie jest to żaden realizm, ani rysowanie każdej śrubki w każdym robocie, ale jest przyjemnie gęsto od kresek.

Co ciekawe, Yukito Kishiro to autor obeznany tak w kulturze jak i w popkulturze Zachodu. Nieczęsto zdarza się w komiksie japońskim, żeby postaci cytowały Nietzschego. Dodatkowo mamy też całą masę easter eggów rozsianych po tomach. Postać poboczna wygląda jak Slaine, przez jeden kadr przewija się Facehugger, przez inny Superman, a jeden z głównych sportów miasta złomu przywodzi na myśl Rollerball. Mimo wszystko te szczegóły nie przeszkadzają w odbiorze i nie psują rytmu komiksu. Autor ma bardzo jasną wizję swojej dystopii i chowa swoje inspiracje dość dokładnie pod bardzo efektowną kreską. (Może poza małym Millerowym wyjątkiem.)

„Battle Angel Alita” to 9 dość opasłych tomów po ponad 200 stron. Każdy z nich opleciony jest obwolutą, a okładki rzucają się w oczy malowaną główną bohaterką. Jak to bywa w wypadku mang, każdy tom jest dokładnie oznaczony i kiedy stoją obok siebie na półce prezentują się fantastycznie. Papier na którym wydrukowany jest komiks jest dość gruby, ale żółknący. Mimo to, moim zdaniem, idealnie pasuje on do treści mangi i tworzy dodatkowy klimat. Wydanie współgra z treścią. Nie zapominajmy też o tłumaczeniu, które jak zwykle w wypadku wydawnictwa JPF jest świetne i na pewno wpływa pozytywnie na odbiór komiksu, tak w chwilach humorystycznych jak i piekielnie poważnych.

Podsumowując, po prostu lubię ten komiks. Nie jest to klasyczne science fiction, jako że technologia często schodzi na drugi plan względem walk i rozwoju postaci. Jednakże zawsze gdzieś w tle śmigają nanoboty, a autor potrafi rozpisać się na temat płynów znajdujących się w naszym mózgu. Potem wkradają się też do fabuły klasyczne dystopijne tropy – „ten system musi upaść, teraz i zaraz!”, ale nie jest nudno. Nigdy, ani przez chwilę. Także, lubię ten komiks i cieszę się, że mam go na półce.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Grudzień 2, 2011 w Dystopijne Piątki, Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

Po prostu „Kill Your Boyfriend”.

Ten niewinny komiks wydany w 1995 roku, to jedno z pomniejszych dziełek Granta Morrisona. Przynajmniej za taki czasami jest uważany. Wytyka mu się płytkość i nihilizm. Jednak duża część fanów Morrisona, w tym ja, nadal uważa go za bardzo przyjemny pop-komiks. Jest to pełna energii jazda bez trzymanki. Czytając „Kill Your Boyfriend”, uśmiech z twarzy mi nie schodzi.

Fabułę komiksu najlepiej streszcza tekst z tyłu okładki „Dziewczyna spotyka Chłopca. Zakochuje się w nim. Chłopiec zabiera dziewczynę na brutalną rozróbę po angielskich przedmieściach. Potem już tylko morderstwa, seks, narkotyki i anarchia.” Tak, ogólnie jest to krótka, 50stronnicowa, czarna komedia, a także kolejna wariacja na temat Bonnie i Clyde’a. Niewątpliwie też znaleźć tu można podobieństwa do „Urodzonych morderców” Tarantino i Stone’a, który to film wszedł do kin właśnie w tym samym czasie kiedy Morrison pisał ten komiks.

Jednak pod przykrywką świetnych pełnych humoru dialogów jest też trochę komentarza społecznego, a nawet powiedziałbym drobne odwołania do teorii feministycznej. Głównym powodem działań pary bohaterów jest nuda i brak perspektyw. Chłopiec kradnie i żyje z dnia na dzień. Dziewczyna natomiast czuje się uwięziona w swoim zwyczajnym życiu. Wie, że skończy szkołę, wyjdzie za mąż za jakiegoś miłego chłopca i jej życie będzie zdążało tym wolnym tempem aż do samego końca. Konformistycznie przepłynie przez nie nawet go nie doświadczając.

Rozwiązaniem jest Chłopiec, który niczym Morfeusz w „Matrixie” oferuje jej wybór. Żyj dalej tym swoim paskudnym życiem albo uwolnij się, uwolnij swoja Ja/Id. Oddaj się szaleństwu. Chłopiec zawsze znajdzie usprawiedliwienie dla swoich czynów, jakkolwiek zły czyn, jakkolwiek absurdalne usprawiedliwienie. Liczy się tylko zabawa. Stąd mogą się pojawiać te oskarżenia o płytkość. Komiks zupełnie nie traktuje się poważnie. Obrywają starsi ludzie, inwalidzi, młodzi artyści. Natomiast duch anarchii słodko się nad wszystkim unosi. Tutaj jest też to odwołanie feministyczne, o którym wspomniałem wcześniej. Zanim bohaterowie wyruszają w drogę, bohaterka zakłada blond perukę i czerwoną sukienkę i przyznaje się czytelnikowi, że już nie jest prawdziwa. Jest wyłącznie fragmentem jego wyobraźni. Świadomie poddaje się male gaze i w zamian za to będzie robiła co tylko będzie chciała, bez żadnej odpowiedzialności.
I rzeczywiście tak jest. Dalej czekają nas jeszcze dwa absurdalne zwroty akcji, które tylko potwierdzają, że aby docenić ten komiks czarne poczucie humoru jest absolutnie wymagane.

W tym wszystkim nie zapominajmy też o rysowniku, czyli Philipie Bondzie. Zawsze lubiłem jego styl – prosty i nieefekciarski, ale bardzo za to bardzo sympatyczny. Nie jest on mistrzem techniki, ani realizmu, a mimo to nadaje swoim rysunkom dużo życia i zawsze przejrzyście prowadzi akcję. Nie popada on też w żadne ekstremy w wyglądzie postaci. Jest po prostu estetycznie. Gdybym miał porównać jego kreskę do innego rysownika, to powiedziałbym, że jest on taką trochę żywszą wersją Pia Guerry znanej z wydawanego też i u nas „Y – ostatni z mężczyzn”.

Jedynym problemem z tym komiksem może być to, że trudno go zdobyć. Pierwsze i drugie wydanie komiksu z lat 90tych już dawno się wyprzedały. Natomiast ostatnia reedycja z 2008 została wydana jako zeszyt, więc też z dostępnością może być ciężko. Jednak ze względu na świeżość tej ostatniej edycji komiks nie osiąga żadnych zawrotnych sum na e-bay czy w zagranicznych sklepach komiksowych i trzyma się w okolicach ceny okładkowej czyli $6. Wydanie również jest samo w sobie w porządku. Mamy nawet sztywną okładkę z grzbietem.

Grant Morrison czasami wspomina w wywiadach anegdotę z czasów, kiedy podróżował dookoła świata: jak poznawał jakąś kobietę która mu się podobała, wręczał jej ten komiks. Podobnież zawsze to działało i umawiały się z nim na randki. Można powiedzieć, że komiks ten składa czytelnikowi obietnicę dobrej zabawy i zawsze dotrzymuje słowa. Oczywiście, „KYB” to nie jest na pewno komiks pierwszej potrzeby, który za wszelką cenę trzeba mieć. Ale gdzieś, kiedyś, przy okazji… Warto.

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu Grudzień 1, 2011 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , , ,