RSS

Rob Zombie i morze przemocy. „Dom 1000 trupów” oraz „Bękarty diabła”.

19 Gru

Nie śledzę muzycznej twórczości Roba Zombie. Słyszałem kilka piosenek. Sympatyczne, ale nie porywające. Podobnie opinię miałem o jego filmach. W zasadzie wcześniej widziałem tylko jego remake „Halloween” z 2007 roku, który nie zrobił na mnie większego wrażenia. Poprawnie nakręcony i zagrany, nie oferował nic ponadto. Dlatego też nie garnąłem się specjalnie do obejrzenia jego wcześniejszych dokonań reżyserskich. Jak się okazało był to błąd.

Niekoniecznie błąd śmiertelny, ale głupi na pewno. Debiut Roba Zombie jako filmowca z 2003 – „Dom 1000 trupów” – to fantastyczny film. Pełen barwnych, ale też i strasznych postaci, a do tego nakręcony z dużą werwą. Niedoskonały, jednak na tyle świadomy tego co robi, że nie da się go nie lubić. Natomiast, sequel – „Bękarty diabła” – chociaż bardziej poukładany i znacznie brutalniejszy, to już trochę nie to samo. Teoretycznie Zombie poprawia wszystkie potknięcia poprzedniczki, ale w tracie, gdzieś po drodze, gubi większość frajdy jaką dawała część pierwsza.

Właściwie ta część pierwsza, czyli „Dom 1000 trupów” może wydawać się mało oryginalna. W końcu to horror w stylu „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Paczka nastolatków podróżuje przez południe Stanów Zjednoczonych i nadziewa się dosłownie i w przenośni na zgraję psychopatów. Co więcej, Rob Zombie nie stara się tu nawet wprowadzać jakichś większych urozmaiceń. Nie łamie zasad tego typu horroru, a postępuje według przyjętych reguł gry. Przynajmniej tak jest w przypadku fabuły filmu.

Wizualnie jest ciekawiej. Mamy krótkie scenki nagrane słabszej jakości kamerą, albo w czerni i bieli, albo w kompletnie psychodelicznych kolorach. Takie małe momenty, które powodują, że film wygląda taniej. Niczym produkcja telewizyjna. Kiczowato, ale w sposób pozytywny. Co więcej, w filmie jest też jedna scena gdzie w sposób genialny, Zombie kontrastuje przemoc na ekranie ze skoczną country. Bardzo tarantinowsko. Reszta filmu nakręcona jest poprawnie. Nie ma tam żadnych potknięć, których być może, można by się spodziewać, po muzyku, który zdecydował się zostać reżyserem. Ogólnie, film ma żywy rytm, ciągle coś się dzieje, a te wspomniane dziwne wstawki nadają mu dodatkowego uroku.

„Domowi” brakuje natomiast skupienia. Przez pierwszą część filmu nie wiadomo właściwie kto tu jest głównym bohaterem. W filmie występuje cała masa postaci i mniej znanych aktorów – mamy Rainna Wilsona z „The Office” i Waltona Gogginsa z „The Shield”. Jednak pozytywne postaci są nudne i niesympatyczne. Właściwie, są tylko jednowymiarowym tłem dla galerii degeneratów. Oni właśnie, te czarne charaktery, są najważniejsi w tym filmie. Chociaż, wydawać by się mogło, że taki kapitan Spaulding, grany przez Sida Haiga jest niepotrzebny dla fabuły. Jako że bez niego w historii zmieniłoby się niewiele. To jednak jaka byłaby to strata dla widzów! Gdybym miewał koszmary z klaunami, to każdy z nich miałby żółtozębą twarz Haiga.

Kolejną postacią, która dominuje w każdej scenie w jakiej występuje, to Otis, grany przez Billa Moseleya. Szaleństwo w oczach, charakterystyczny głos i wygląd niczym ghul. Do tego Otis bez przerwy wpada w dłuższe pokręcone monologi, gdzie tłumaczy swoje szaleństwo buntem przeciwko kulturze i chęcią uwolnienia swojej artystycznej duszy. Po prostu, uwielbiam tę postać. Dla równowagi, tak jak w każdym filmie Roba Zombie, występuje tu też jego żona, Sheri Moon. Jej gra aktorska momentami jest trochę sztuczna, ale widać że rola została dość dobrze dopasowana do jej osobowości. Słodka wariatka w stylu Harley Quinn.

Na końcu filmu dostajemy jeszcze Doktora Satana i jego pomagiera. Scenka z nimi jest krótka, ale makabryczna i w jakimś stopniu przyczyniła się do statusu kultowości „Domu 1000 trupów”. Doktora było jednak za mało. Każdej postaci było za mało! Aż się prosiło o więcej. I Rob Zombie rzeczywiście dał nam więcej. W drugiej części w głównej roli występuje jego żona, Otis oraz Kapitan. Idealne trio. Żal, że zabrakło Dr. Satana, ale mimo wszystko zapowiadało się świetnie.

„Bękarty diabła” zaczynają się również bardzo ciekawie. Zombie rozprawia się w końcu w realistyczny sposób z rodzinką psychopatów. Nasyła na nich policję, dobrze uzbrojoną i w dużej ilości. Czego efektem jest rozbicie ich domu 1000 trupów i zmuszenie głównych postaci do wyruszenia w drogę. Zmienia się więc otoczenie, a także klimat. Z dusznego domu, przenosimy się na słoneczne i pustynne drogi.

Transformacja zachodzi też w postaciach. O ile Baby, grana przez Sheri Moon Zombie, jest tą samą postacią co wcześniej, to Otis już niestety nie. W pierwszej części szalony i gadatliwy, w drugiej cichnie. Zombie przerabia go na Charlesa Mansona. Tym bardziej, że po zapuszczeniu brody, Moseley wygląda łudząco podobnie do tego psychopatycznego mordercy. Z resztą nawet wkrótce będzie go grał w innym filmie. Dla „Bękartów diabła” jednak ta przemiana jest bardzo negatywna. Otis wydaje się zmęczony i dostaje tylko jedną dobrą scenę, kiedy w „Domie” miał ich na pęczki. To samo, moim zdaniem, tyczy się Kapitana Spauldinga. Tutaj na szczęście postać pozostała niezmieniona. Kapitana jest też więcej, ale sceny może poza dwiema, to nie to samo co w poprzedniej części.

W zamian dostajemy jednak nową postać. Szeryfa Wydella, granego przez Williama Forsytha. Teraz to on dostaje wszystkie najlepsze teksty i występuje w najlepszych scenach. Przerabia sławną rozmowę z lustrem z „Taksówkarza” i kłóci się z krytykiem filmowym na temat braci Marx. Ogólnie, mimo że koncentracja filmu zostaje przesunięta na czarne charaktery, to właśnie Wydell jest najciekawszą postacią w „Bękartach diabła”. Jest on też godnym przeciwnikiem dla bękartów i powoduje, że w filmie pojawia się jakieś napięcie. Być może ci wariaci nie mogą już czuć się bezpiecznie?

Jak wspomniałem, w „Bękartach diabła” świata reflektorów przesuwają się na zgraje psychopatów. Z nimi w centrum, obraz zyskuje na brutalności trzykrotnie. Scena w motelu, podobnie do tej z „Od zmierzchu do świtu” może mrozić krew w żyłach. Jako że reżyser przesadnie znęca się nad niewinnymi ofiarami, które, oczywiście, są kobietami. Różnica pomiędzy filmami jest taka, że „Dom” pokazywał przemoc przerysowaną, momentami zahaczającą o gore. Zawsze gdzieś w tej przemocy był humor, czarny bo czarny ale jednak. Wizualnie leje się dużo krwi, ale wszystko jest wyraźnie fikcją. Tymczasem w „Bękartach” przemoc staje się bardziej realna. Mansonopodobny Otis i seksualna przemoc oraz psychologiczne znęcanie się w motelu raczej mierżą niż bawią. Film popada w torture porn. Na szczęście jednak, w drugiej części z powrotem odzyskuje swoje szaleństwo. W dużej mierze staje się tak dzięki pojawieniu się Danny’ego Trejo (Machete!) oraz Michaela Berrymana. Chociaż znowu, postaci jakie grają, otrzymują za mało scen. Mimo to, zakończenie jest przepięknie, i wyciąga ten film ponad przeciętność.

Warto wspomnieć też o reżyserii, która została ugrzeczniona i dopasowana do Hollywoodzkich standardów. Film ogląda się tak jak inne współczesne horrory. Metaliczne kolory i pomarańcze królują. Żadnych wstawek z inną kamerą, poza jedną na początku filmu, która jest tu chyba tylko jako gest pożegnalny dla starej stylistyki. Za to w „Bękartach” znajduje się dużo więcej scen z kontrastującą muzyką. One akurat trzymają poziom, szczególnie scena finałowa z „Freebird” Lynyrd Skynyrd.

Podsumowując, mamy tutaj do czynienia z dwoma brutalnymi horrorami. Co do tego nie można mieć wątpliwości. Pierwszy, „Dom 1000 trupów”, to film pełen pomysłów, z wieloma dobrymi, krwawymi i zapadającymi w pamięć scenami. Wart polecenia. Drugi, „Bękarty diabła” jest moim zdaniem słabszy, nadal ma jednak sporo do zaoferowania. W końcu jest to kontynuacja, która rozwija historię i zapewnia jej zakończenie. Po obejrzeniu „Domu”, tak naprawdę, ciężko sobie odmówić sprawdzenia „Bękartów”.
Na 2012 rok, Rob Zombie zapowiada kolejną niezależną produkcję spod znaku horroru, pod tytułem „The Lords of Salem”. Liczę na powrót do stylistyki „Domu 1000 trupów”. Nic nie wskazuje na to, żebym się przeliczył :]

Advertisements
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Grudzień 19, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: