RSS

Archiwa miesięczne: Luty 2012

Flaki z olejem w polewce z przeciętności. „Bloodrayne”.

Unikam produkcji filmowych Uwe Bolla jak ognia. Marnowanie godzin z życia na jego nakręcone na kolanie projekty, to naprawdę coś czego nie potrzeba mi do szczęścia. Co mnie jednak zaintrygowało w Bloodrayne to przypadkowo znaleziona wypowiedź scenarzystki. Otóż, podobno w trakcie kręcenia filmu dostała telefon od jednego z producentów, który poinformował ją, że film może odrobinę różnić się od jej wyobrażeń. Uwe Boll w zasadzie nie mówi po angielsku i stąd może być ona trochę zaskoczona efektem końcowym. Jej reakcja?

Podczas premiery filmu, pani scenarzystka śmiała się do rozpuku. Oczywiście, jak to w wypadku produkcji Uwe Bolla była jedyną osobą, która okazywała jakiekolwiek pozytywne emocje w trakcie projekcji. Chociaż wyobrażam sobie, że sam Uwe siedział dumny jak paw, niczym Ed Wood, kontemplując swoją wspaniałość. W każdym razie, uznałem, że może warto spróbować. Może film będzie tak zły, że aż dobry.
Czasami ludzka naiwność nie zna granic…

Czuję jednak pewną sympatię do „Bloodrayne”. Znam i swego czasu, dość ostro zagrywałem się w grę komputerową o tym samym tytule. Bardzo brutalna zręcznościówka, z przyjemnym sterowaniem. Biega się tam w zwolnionym tempie i rozczłonkowuje nazistów. Niekoniecznie więc była to ambitna produkcja, ale nie można jej było odmówić pewnego uroku. Do tego była porządnie wykonana i grywalna. Przyjemność płynąca z grania była naprawdę znaczna. Ogólnie, był to taki „Matrix” w wersji komputerowej, oblany kubłami krwi i z latającymi kończynami w roli głównej.

Niestety ekranizacjom gier komputerowych zawsze brakuje jakiejkolwiek jakości. U podstaw kładzie się znaną markę i na niej buduje wieżę z plastiku i kiepskiego aktorstwa. Historię z gry, natomiast, przerabia się nieudolnie w taki sposób, żeby nadać jej Hollywoodzką strukturę. W rezultacie, film przestaje przypominać to co miał naśladować. Bloodrayne w grze walczyła z nazistami, a tutaj z jakimiś wieśniakami i wampirami przebranymi za wieśniaków. Tam było niesmaczne gore, a tutaj śladowe ilości krwi. Do tego Uwe Boll jest reżyserem… Także mierny efekt końcowy chyba od razu był zawarty w kontrakcie.

Co do opowieści jaką snuje reżyser, to opisywanie jej tutaj mijałoby się z celem. Żeby wspomnieć o każdym absurdzie zawartym w filmie, potrzeba by kosmicznych ilości zdań, które i tak donikąd by nas nie doprowadziły. Logiki tam nie ma. Półwampirzyca trzymana w niewoli, ucieka. Trafia do losowego kościoła w którym znajduje potężny artefakt. Potem, spotyka łowców wampirów i przekonuje ich, że jest OK. Z nieznanych nikomu powodów, uprawia z jednym z nich seks na kratach więziennych. Wszystko aby zabić swojego tatę, bo zabił mamę. A Boll po prostu kręcił to, i sklejał tak, żeby wszystko wyglądało o tyle, o ile.

Chociaż nie do końca. Jeden aspekt może się bardzo podobać. Mianowicie, kostiumy i lokacje. Stroje są porządnie wyszyte i wyglądają jak coś w czym można by chodzić mimo, że nie zawsze pasują do realiów filmu. Wszystkie sceny kręcone na świeżym powietrzu również wyglądają często całkiem nieźle, a zamki całkiem sympatycznie. Jednak sztuczność wkrada się do filmu z każdej strony, bo rekwizyty są miernej jakości. Rzuca to się w oczy na przykład, kiedy na końcu filmu Rayne przechodzi przez salę pełną trupów i zasiada na wampirzym tronie. Wydaje mi się, że miało być spektakularnie, a jest po prostu komicznie. Tron wygląda jak drewniane krzesło, niespecjalnie duże i wyraźnie niewygodne. W domu mam lepsze. A aktorstwo Kristiny Loken nie przekazuje zupełnie nic.

Poza tym, tak, gra tu kilka bardziej znanych Hollywoodzkich gwiazd jak Michael Madsen czy Michelle Rodriguez, a nawet Ben Kingsley! Widać, że reżyser wyciąga z aktorów wszystko co najgorsze. Każde z nich jednakowo beznamiętnie wypowiada swoje kwestie i macha plastikowymi mieczami obleczonymi sreberkiem od czekoladek. Madsen jest szczególnie bezpłciowy i wyraźnie liczy na to, że nikt tego filmu nie będzie oglądać. Kiedy go już zabijają to wygląda to jakby umierał z nudów i był mocno poirytowany, że zajęło to tak długo. Wspomniana Kristina Loken, grająca tytułową rolę, też jest przeciętna, ale to chyba akurat zgodnie z jej możliwościami. Idealnie nadawała się do „Terminatora 3” – dysponuje ona jedną miną i porusza się bardzo nienaturalnie w czasie wszelkich scen akcji. Czyli jest zupełną przeciwnością Michelle Rodriguez, która oprócz tego, że jest jedyną aktorką w filmie która potrafi walczyć mieczem, to jeszcze gra całkiem przekonująco. Sama jednak „Bloodrayne nie uratuje.

Najbardziej w filmie uderzyły mnie te wszystkie sceny akcji. Jak łatwo jest zapomnieć, że stoi za nimi zwykle armia kaskaderów i choreografów! Boll wydaje mi się, że nie miał ani jednego, ani drugiego, ani w sumie niczego. Kiedy Loken próbuje wykonać firmowy ruch Bloodrayne czyli naskok na przeciwnika z opleceniem nogami jego korpusu wygląda to po prostu dziwnie. Jak dzieci na podwórku nieudolnie naśladujące ciosy z filmów kung fu. Tutaj jednak punkt dla filmu, bo wywołał u mnie jakąś reakcję. Zrobiło mi się bardzo przykro, że biorę udział w tym widowisku.

Słabe filmy stają się zwykle kultowe, z tego względu, że potrafią widowni coś zaoferować w zamian za swój brak jakości. Dostarczają frajdę dzięki swojej nieudolności. Mają elementy które potrafią zauroczyć. Nie nudzą, a ciekawią. I tu jest największy problem „Bloodrayne”. Film jest przeszywająco wręcz nużący. Musiałem podchodzić do niego trzy razy. Dotrwałem do końca tylko dlatego, że przeczytałem, że gdzieś tam w jednej ze scen wystąpi Meatloaf otoczony przez prawdziwe rumuńskie prostytutki. Ot, następna ciekawostka, których jest dużo za mało, żeby powstrzymać się przed ziewaniem i przewijaniem.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 12, 2012 w Tragicznie Słaby Horror

 

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

Piekielnie dobra antologia. „Vertigo Resurrected” #1

W poprzednim roku DC Comics wpadło na dość ciekawy pomysł reedycji mniej popularnych komiksów w formie stu stronicowych zeszytów. Vertigo także dostało swój odpowiednik tej linii, którą nazwano Vertigo Resurrected, ponieważ pierwotnie miała zawierać niewydane wcześniej, z tego lub innego powodu, komiksy. Dzięki zmianie na pozycji redaktora naczelnego DC, wszystko miało być możliwe. Fani spekulowali, że zobaczymy „Lobo” Alana Granta i Franka Quietely’ego i spotkanie Swamp Thinga z Jezusem. Dostaliśmy jednak jedynie ocenzurowany wcześniej zeszyt „Hellblazera” Ellisa. Potem wydano kilka wznowień starych komiksów i projekt, wydaje się umarł, cichą śmiercią.

Wróćmy jednak do pierwszego „Vertigo Resurrected” i nacieszmy się tym co mimo wszystko trafiło na rynek. Jest to w zasadzie antologia, różnych krótszych historii wielkich twórców pracujących w różnych latach dla Vertigo. Lista nazwisk jest naprawdę imponująca, tak pod względem rysowników jak i scenarzystów, a i historie praktycznie wszystkie stoją na bardzo wysokim poziomie. Znane nazwiska stanowczo przekładają się w tym wypadku na jakość. Nie ma tutaj jednak nic nowego. Wszystkie opowiadania zostały powyciągane z różnych dawnych antologii jak „Weird War Tales” czy „Strange Adventures”. Pomimo tego, dla czytelnika, który nie miał z tymi wydawnictwami styczności jest to nie lada gratka.

Jedyny ‚ożywiony’ komiks w tej kolekcji to Hellblazer #144 Warrena Ellisa i Phila Jimeneza. Komiks nie ukazał się pierwotnie dlatego, bo traktuje on o szkolnych strzelaninach, a chwilę po tym jak Jimenez skończył go rysować, doszło do strzelaniny w liceum Columbine. Stąd DC nie wydało tego zeszytu w 2000, bo bało się negatywnych reakcji prasy. Ellis natomiast zdenerwował się cenzurą i rzucił pracę dla DC w diabły, uciekając do Marvela. „Shoot” bo tak brzmi tytuł komiksu, oczywiście bardziej wykorzystuje tego typu wydarzenia do komentarzu społecznego, którego było pełno w komiksach Anglików wywodzących się z klasy robotniczej niż dla szokowania czytelnika. Realistyczne rysunki Jimeneza miło się ogląda, teoretycznie mała rola Constantine’a w komiksie nie przeszkadza i można ją odebrać jako ciekawe nawiązanie do „Sandmana”. Ogólnie są to bardzo dobre 22 strony i komiks idealnie pasowałby do „Setting Sun”, czyli tam gdzie pierwotnie miał trafić.

Następna historia w antologii to „The Kapas” Briana Bollanda i jest to raczej kiepska rzecz. Osobiście uważam, że mimo niesamowitej kreski jest on słabym scenarzystą. Tutaj nie ma Moore’a który prowadziłby rękę Bollanda tak jak w „Zabójczym żarcie”. Stąd rysunki w tej historii są bardzo statyczne, a do tego wszystko opowiedziane jest za pomocą podpisów. Nie ma żadnych dymków dialogowych i ogólnie wylewa się z tego komiksu totalny brak warsztatu scenariuszowego. To jest stanowczo najsłabszy punkt całej antologii. Inna trochę słabsza historia to „Nosh and Barry and Eddie and Joe” autorstwa Gartha Ennisa i Jima Lee. Samo opowiadanie jest ciekawe. Jak to u Ennisa bywa, jest jednak prawie w stu procentach oparte na dialogach. Tytułowych czterech bohaterów jedzie samochodem i prowadzi dyskusję. W rękach stałego współpracownika Ennisa czyli Dillona byłaby to zapewne perełka. Ale Jim Lee? Szanuję go dlatego, że wychowałem się na jego X-Men i Wild Cats. Jednak bądźmy szczerzy, wszystkie jego postaci mają takie same twarze i tak samo zbudowane ciała. Pozująca armia mężczyzn w trykotach – tego nikt lepiej niż Lee nie zilustruje. Czterech żołnierzy w samochodzie? Do dziś nie wiem który to był Nosh, który Eddie, a który Barry. Inny kolor włosów czy wąsy u jednego z nich tu nie pomogły. Także rysunki mocno obniżyły przyjemność z odbioru tego dość mocnego opowiadania.

Dalej mamy dwie historie, które zapewne nazwać możnaby romantycznymi i są to popisowe prace rysowników. „Diagnosis” Stevena Seagle’a i Tima Sale’a opowiada o pewnym chirurgu który ciągle zastanawia się, które „wnętrze” swojej ukochanej kocha bardziej. Sale niesamowicie tutaj szaleje, bawiąc się kompozycją i kolorem, a także nawiązując do pop-artu. Mistrzowsko zilustrowana mroczna historia. Z resztą tak samo jak i „Death of a Romantic” Petera Milligana i Eduardo Risso. Jak i w „Diagnosis” jest tutaj romans potraktowany z innej strony i historia ma kilka cudownych zwrotów akcji. Ale pierwsze skrzypce gra znowu rysownik. Risso znany z wydanych i u nas „100 naboi” bezbłędnie kadruje komiks i prowadzi historię w taki sposób aby wszystkie wydarzenia były opowiedziane równie dobrze za pomocą rysunku jak i słów. Obraz współgra z treścią i nawzajem się uzupełnia. Risso nie bawi się formą tak jak Sale, ale rezultat jest równie doskonały.

Również i horror ma swoje przedstawicielstwo w „Vertigo Resurrected”. Historia Berniego Wrightsona i Bruce’a Jonesa to bardzo klasyczny gotycki horror z wielką willą, zombie i sekretem rodzinnym. Klasyczny nie znaczy zły i opowiadanie to sprawia sporo frajdy. Dwaj legendarni twórcy komiksowego horroru wyraźnie są tutaj w swoim żywiole. Dziełko Briana Azzarello i Esada Ribica pod tytułem „Native Tongue” to już bardziej współczesna rzecz opowiadająca o powiązaniach pomiędzy kosmitami i seryjnymi mordercami. Malowane obrazy Ribica mogą przerażać, a sama historia również jeży włos na plecach. Horror najwyższej próby, który trzyma w niepewności do ostatniego kadru.

Dalej mamy jeszcze sympatyczną historię Billa Willinghama, „It Takes a Village”, która bardzo wyraźnie stanowi prototyp „Baśni” tego autora. Przewija się tutaj bardzo wiele pomysłów które rozwinął on później w tej właśnie serii. Jednak sama historia samodzielnie również funkcjonuje bardzo dobrze i posiada zabawną puentę oraz rysunki, w których na każdym planie coś się dzieje. Tego samego jednak nie można powiedzieć o „New Toys” Granta Morrisona i Franka Quitely’ego. Jest to duet komiksowy, który wręcz wielbię i ubóstwiam, ale Quitely nie daje z siebie w tym wypadku wszystkiego i bardzo oszczędza na rysowaniu drugiego planu. Sama historia to taka trochę moralizatorska opowieść o zabawkach z zakończeniem bardzo w stylu „Invisibles”, które trochę ratuje ten komiks. Ogólnie jako fan, cieszę się, że to przeczytałem, ale nie jest to tak wysoki poziom jak niektórych innych opowiadań z tej antologii, że już nie wspomnę o innych dziełach tego duetu.

Podsumowując, jako Polski komiksiarz i kolekcjoner wydań zbiorczych, czytałem te historie po raz pierwszy mimo, że w większości są to przedruki. Dlatego po stokroć uważam, że warto mieć tę komiksową antologię. Cena okładkowa to tylko osiem dolarów, reklam w środku jest na szczęście bardzo mało, a zawartość jest fantastyczna. Do tego komiks został wydrukowany na papierze kredowym, co jest rzadkością w wydaniach zbiorczych z Vertigo, gdzie zwykle szarzejąco-żółknący cienki papier słabo odzwierciedlający kolory to norma.
Ogólnie, warto? Warto!

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 6, 2012 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,