RSS

Archiwum kategorii: Dobry Horror

Recenzje horrorów, które w jakiś sposób mnie zaskoczyły lub zainteresowały swoimi pomysłami. Horror, wbrew pozorom to często bardzo ciekawy gatunek filmowy.

Rob Zombie i morze przemocy. „Dom 1000 trupów” oraz „Bękarty diabła”.

Nie śledzę muzycznej twórczości Roba Zombie. Słyszałem kilka piosenek. Sympatyczne, ale nie porywające. Podobnie opinię miałem o jego filmach. W zasadzie wcześniej widziałem tylko jego remake „Halloween” z 2007 roku, który nie zrobił na mnie większego wrażenia. Poprawnie nakręcony i zagrany, nie oferował nic ponadto. Dlatego też nie garnąłem się specjalnie do obejrzenia jego wcześniejszych dokonań reżyserskich. Jak się okazało był to błąd.

Niekoniecznie błąd śmiertelny, ale głupi na pewno. Debiut Roba Zombie jako filmowca z 2003 – „Dom 1000 trupów” – to fantastyczny film. Pełen barwnych, ale też i strasznych postaci, a do tego nakręcony z dużą werwą. Niedoskonały, jednak na tyle świadomy tego co robi, że nie da się go nie lubić. Natomiast, sequel – „Bękarty diabła” – chociaż bardziej poukładany i znacznie brutalniejszy, to już trochę nie to samo. Teoretycznie Zombie poprawia wszystkie potknięcia poprzedniczki, ale w tracie, gdzieś po drodze, gubi większość frajdy jaką dawała część pierwsza.

Właściwie ta część pierwsza, czyli „Dom 1000 trupów” może wydawać się mało oryginalna. W końcu to horror w stylu „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Paczka nastolatków podróżuje przez południe Stanów Zjednoczonych i nadziewa się dosłownie i w przenośni na zgraję psychopatów. Co więcej, Rob Zombie nie stara się tu nawet wprowadzać jakichś większych urozmaiceń. Nie łamie zasad tego typu horroru, a postępuje według przyjętych reguł gry. Przynajmniej tak jest w przypadku fabuły filmu.

Wizualnie jest ciekawiej. Mamy krótkie scenki nagrane słabszej jakości kamerą, albo w czerni i bieli, albo w kompletnie psychodelicznych kolorach. Takie małe momenty, które powodują, że film wygląda taniej. Niczym produkcja telewizyjna. Kiczowato, ale w sposób pozytywny. Co więcej, w filmie jest też jedna scena gdzie w sposób genialny, Zombie kontrastuje przemoc na ekranie ze skoczną country. Bardzo tarantinowsko. Reszta filmu nakręcona jest poprawnie. Nie ma tam żadnych potknięć, których być może, można by się spodziewać, po muzyku, który zdecydował się zostać reżyserem. Ogólnie, film ma żywy rytm, ciągle coś się dzieje, a te wspomniane dziwne wstawki nadają mu dodatkowego uroku.

„Domowi” brakuje natomiast skupienia. Przez pierwszą część filmu nie wiadomo właściwie kto tu jest głównym bohaterem. W filmie występuje cała masa postaci i mniej znanych aktorów – mamy Rainna Wilsona z „The Office” i Waltona Gogginsa z „The Shield”. Jednak pozytywne postaci są nudne i niesympatyczne. Właściwie, są tylko jednowymiarowym tłem dla galerii degeneratów. Oni właśnie, te czarne charaktery, są najważniejsi w tym filmie. Chociaż, wydawać by się mogło, że taki kapitan Spaulding, grany przez Sida Haiga jest niepotrzebny dla fabuły. Jako że bez niego w historii zmieniłoby się niewiele. To jednak jaka byłaby to strata dla widzów! Gdybym miewał koszmary z klaunami, to każdy z nich miałby żółtozębą twarz Haiga.

Kolejną postacią, która dominuje w każdej scenie w jakiej występuje, to Otis, grany przez Billa Moseleya. Szaleństwo w oczach, charakterystyczny głos i wygląd niczym ghul. Do tego Otis bez przerwy wpada w dłuższe pokręcone monologi, gdzie tłumaczy swoje szaleństwo buntem przeciwko kulturze i chęcią uwolnienia swojej artystycznej duszy. Po prostu, uwielbiam tę postać. Dla równowagi, tak jak w każdym filmie Roba Zombie, występuje tu też jego żona, Sheri Moon. Jej gra aktorska momentami jest trochę sztuczna, ale widać że rola została dość dobrze dopasowana do jej osobowości. Słodka wariatka w stylu Harley Quinn.

Na końcu filmu dostajemy jeszcze Doktora Satana i jego pomagiera. Scenka z nimi jest krótka, ale makabryczna i w jakimś stopniu przyczyniła się do statusu kultowości „Domu 1000 trupów”. Doktora było jednak za mało. Każdej postaci było za mało! Aż się prosiło o więcej. I Rob Zombie rzeczywiście dał nam więcej. W drugiej części w głównej roli występuje jego żona, Otis oraz Kapitan. Idealne trio. Żal, że zabrakło Dr. Satana, ale mimo wszystko zapowiadało się świetnie.

„Bękarty diabła” zaczynają się również bardzo ciekawie. Zombie rozprawia się w końcu w realistyczny sposób z rodzinką psychopatów. Nasyła na nich policję, dobrze uzbrojoną i w dużej ilości. Czego efektem jest rozbicie ich domu 1000 trupów i zmuszenie głównych postaci do wyruszenia w drogę. Zmienia się więc otoczenie, a także klimat. Z dusznego domu, przenosimy się na słoneczne i pustynne drogi.

Transformacja zachodzi też w postaciach. O ile Baby, grana przez Sheri Moon Zombie, jest tą samą postacią co wcześniej, to Otis już niestety nie. W pierwszej części szalony i gadatliwy, w drugiej cichnie. Zombie przerabia go na Charlesa Mansona. Tym bardziej, że po zapuszczeniu brody, Moseley wygląda łudząco podobnie do tego psychopatycznego mordercy. Z resztą nawet wkrótce będzie go grał w innym filmie. Dla „Bękartów diabła” jednak ta przemiana jest bardzo negatywna. Otis wydaje się zmęczony i dostaje tylko jedną dobrą scenę, kiedy w „Domie” miał ich na pęczki. To samo, moim zdaniem, tyczy się Kapitana Spauldinga. Tutaj na szczęście postać pozostała niezmieniona. Kapitana jest też więcej, ale sceny może poza dwiema, to nie to samo co w poprzedniej części.

W zamian dostajemy jednak nową postać. Szeryfa Wydella, granego przez Williama Forsytha. Teraz to on dostaje wszystkie najlepsze teksty i występuje w najlepszych scenach. Przerabia sławną rozmowę z lustrem z „Taksówkarza” i kłóci się z krytykiem filmowym na temat braci Marx. Ogólnie, mimo że koncentracja filmu zostaje przesunięta na czarne charaktery, to właśnie Wydell jest najciekawszą postacią w „Bękartach diabła”. Jest on też godnym przeciwnikiem dla bękartów i powoduje, że w filmie pojawia się jakieś napięcie. Być może ci wariaci nie mogą już czuć się bezpiecznie?

Jak wspomniałem, w „Bękartach diabła” świata reflektorów przesuwają się na zgraje psychopatów. Z nimi w centrum, obraz zyskuje na brutalności trzykrotnie. Scena w motelu, podobnie do tej z „Od zmierzchu do świtu” może mrozić krew w żyłach. Jako że reżyser przesadnie znęca się nad niewinnymi ofiarami, które, oczywiście, są kobietami. Różnica pomiędzy filmami jest taka, że „Dom” pokazywał przemoc przerysowaną, momentami zahaczającą o gore. Zawsze gdzieś w tej przemocy był humor, czarny bo czarny ale jednak. Wizualnie leje się dużo krwi, ale wszystko jest wyraźnie fikcją. Tymczasem w „Bękartach” przemoc staje się bardziej realna. Mansonopodobny Otis i seksualna przemoc oraz psychologiczne znęcanie się w motelu raczej mierżą niż bawią. Film popada w torture porn. Na szczęście jednak, w drugiej części z powrotem odzyskuje swoje szaleństwo. W dużej mierze staje się tak dzięki pojawieniu się Danny’ego Trejo (Machete!) oraz Michaela Berrymana. Chociaż znowu, postaci jakie grają, otrzymują za mało scen. Mimo to, zakończenie jest przepięknie, i wyciąga ten film ponad przeciętność.

Warto wspomnieć też o reżyserii, która została ugrzeczniona i dopasowana do Hollywoodzkich standardów. Film ogląda się tak jak inne współczesne horrory. Metaliczne kolory i pomarańcze królują. Żadnych wstawek z inną kamerą, poza jedną na początku filmu, która jest tu chyba tylko jako gest pożegnalny dla starej stylistyki. Za to w „Bękartach” znajduje się dużo więcej scen z kontrastującą muzyką. One akurat trzymają poziom, szczególnie scena finałowa z „Freebird” Lynyrd Skynyrd.

Podsumowując, mamy tutaj do czynienia z dwoma brutalnymi horrorami. Co do tego nie można mieć wątpliwości. Pierwszy, „Dom 1000 trupów”, to film pełen pomysłów, z wieloma dobrymi, krwawymi i zapadającymi w pamięć scenami. Wart polecenia. Drugi, „Bękarty diabła” jest moim zdaniem słabszy, nadal ma jednak sporo do zaoferowania. W końcu jest to kontynuacja, która rozwija historię i zapewnia jej zakończenie. Po obejrzeniu „Domu”, tak naprawdę, ciężko sobie odmówić sprawdzenia „Bękartów”.
Na 2012 rok, Rob Zombie zapowiada kolejną niezależną produkcję spod znaku horroru, pod tytułem „The Lords of Salem”. Liczę na powrót do stylistyki „Domu 1000 trupów”. Nic nie wskazuje na to, żebym się przeliczył :]

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Grudzień 19, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

Oldskulowe bieganie z nożem za nastolatkami. „Halloween” (1978).

John Carpenter stworzył w 1978 nowy gatunek Horroru. Ofiarami stały się, prawie ekskluzywnie, nastolatki, a głównym „bohaterem” demon obleczony ludzką skórą, który wybitnie lubi je sztyletować. Najczęściej raz do roku z jakiejś szczególnej okazji. Czy to piątek trzynastego czy też właśnie trzydziesty pierwszy października, święto Halloween.

Noc, której ON wrócił do domu!

Ogólnie schematów fabularnych jest więcej. Praktycznie każdą scenę z „Halloween” można znaleźć skopiowaną w innych Horrorach. Jednak, oczywiście, Carpenter nie był tu pionierem, a czerpał pełnymi garściami ze schedy jaką zostawił po sobie Hitchcock. Stąd liczne głuche telefony i sceny kręcone z punktu widzenia podglądacza oraz powolne budowanie napięcia, aż do finalnej sekwencji pościgu z mordercą.

Ten seryjny morderca to też najważniejsza i najbardziej interesująca postać w filmie. Mike to killer bardzo konserwatywny. To, co go szczególnie rozjusza to seks przedmałżeński. Jeśli nastolatki dopuszczą się tego grzechu i zaczną oddawać się nagiej niepohamowanej żądzy to pewnym jest, że morderca ich zabije. W „Halloween” jest to szczególnie widoczne, jako że tylko główna bohaterka-dziewica jest w stanie przeżyć masakrę. Natomiast jej koleżanki, które ze swoimi chłopcami do łóżka chadzały, zostają wybite co do nogi.

Także seks i przemoc są absolutnie w centrum filmu. Co ciekawe jednak, nie powiedziałbym że to produkcja dla dorosłych. Wręcz przeciwnie. Po przekroczeniu osiemnastego roku życia, a i czasami nawet wcześniej, „Halloween” może nużyć. Dla dzisiejszego widza Horroru, film nie ma wiele do zaoferowania. Krwi jest w gruncie rzeczy niewiele, a nagich piersi tyle co kot napłakał.

Fabuła też nie zaskakuje, bo przerabialiśmy już te sceny po tysiąc razy w nowszych filmach. Oczywiście, nadal możemy podziwiać kunszt Carpentera, jako że film jest bardzo sprawnie wyreżyserowany. Jednak trudniej mu trzymać widza w napięciu. Wiemy co się wydarzy. Dlatego właśnie jest to, moim zdaniem Horror dla młodszego mniej wyrobionego widza. Tak jak dzieci w filmie oglądają „The Thing” i inne stare czarno-białe klasyki Horroru, tak współczesny nastolatek spokojnie odnalazłby się w „Halloween”.

Weźmy jednak jeszcze pod uwagę kilka rzeczy, które wciąż bronią film Carpentera i oddziałują na widza równie mocno jak dawniej. Przede wszystkim muzyka! Temat przewodni niesamowicie wpada w ucho i tworzy fantastyczny klimat, pomimo a może dzięki swojej prostocie. Po drugie, Mike Myers to cudownie przerażający antagonista. Niby poznajemy go jeszcze w młodości, kiedy zabija swoją pierwszą ofiarę, to jednak Carpenter nie podaje nam na talerzu źródła jego zła. Żadnego bicia/picia w rodzinie czy innych patologii. Mike to czyste zło w ludzkiej postaci. Nie widzimy też jego twarzy po tym jak dorasta, ponieważ zawsze skrywa ją pod maską. Młody Myers wyrasta na prawdziwego dźgającego antychrysta.

Nie chcę też żeby wyszło na to, że film mi się nie podobał. Wydaje mi się, iż ma on specyficzny magnetyzm. Jednak bardzo ważne jest jak się coś opowiada. Carpenter potrafi wciągnąć w ten świat i całkowicie zahipnotyzować widza opowieścią. Do tego powiedziałbym, że zakończenie jednocześnie satysfakcjonuje i nadal pozostawia widza głodnym. Koniecznie chce się obejrzeć też część drugą. Najlepiej od razu!

„Halloween” to bez dwóch zdań klasyk Horroru. John Carpenter wychodził ścieżkę dla Slasherów, którą podążyli potem twórcy Jasona i Freddy’ego. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, „Krzyk” i „Straszny film” nabijały się ze schematów, w które tenże Slasher Horror popadł. Jednak nie były one w stanie go zatrzymać. Mike i Jason powrócili w ciągu ostatnich kilku lat, z wygnania, prosto na ekrany kin w nowiutkich lśniących remake’ach. Nawet jeśli są one całkiem dobre, to wszak to nie jest to samo. Warto odkurzyć pierwowzory i zobaczyć młodziutką Jamie Lee Curtis uciekającą przed Mike’m Myers’em po raz pierwszy, te 33 lata temu…

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 20, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , , ,

Dzieci i duchy głosu nie mają. „Kręgosłup diabła”.

Plakat. Taki sobie.Przeszukując internet w poszukiwaniu czegoś wartego obejrzenia, trafiłem na „50 najwyżej ocenianych horrorów według Rotten Tomatoes”. Żeby nie marnować czasu, od razu przeskoczyłem do pierwszych miejsc na liście. Są tam bardzo bardzo dobre filmy – pierwsza jest „Psychoza” Hitchcocka, trzeci „Wysyp Żywych Trupów” Wrighta, czwarte „Dziecko Rosemary” Polańskiego. Natomiast, na piątym miejscu znajduje się film Guillermo del Toro, reżysera którego cenię za stronę wizualną jego filmów, a także fantastyczny klimat który w nich wytwarza. Zawsze dba on o to aby potwory wyglądały wyjątkowo i zapadały w pamięć. Del Toro unika przeciętności. Bardzo dobra cecha u twórcy horrorów. Kocham oba jego „Hellboye” i „Labirynt Fauna”, a nawet „Blade 2”. Jednakże na tym piątym miejscu listy Rotten Tomatoes znajduje się inny film – „Kręgosłup diabła”.

Jest to produkcja z 2001 roku, czyli jeszcze z czasów kiedy del Toro nie pracował dla Hollywood. Wiąże się to z niższym niż zwykle budżetem. Jednak to prawie nigdy nie stanowi problemu w horrorach. Nie jest inaczej i tutaj. Film jest cudowny, trochę baśniowy, trochę poetycki, a jednocześnie brutalny. Czy jest też straszny? Nie powiedziałbym, ale nie to jest siłą del Toro. Jego siłą jest to, że daje filmom serce i duszę.

„Kręgosłup diabła” rozgrywa się w czasie wojny domowej w Hiszpanii w latach trzydziestych a w głównej roli są dzieci. Naprawdę dobrze grające dzieci. Innymi słowy, są tu pewne podobieństwa do „Labiryntu Fauna”. Zagrożenie jest jednak bardziej realne, nie ma tu takiego wymieszania ze snem i fantazją jak w „Labiryncie”. Sam del Toro nazywa oba te filmy rodzeństwem, „Kręgosłup” jest chłopcem, a „Labirynt” dziewczynką.

Fabuła filmu wydaje się na początku przewidywalna i ograna. Chłopiec trafia do sierocińca. Inne dzieci go nie lubią, jeden się nad nim znęca. Jednak chłopiec wykazuje się dużą odwagą i zdobywa szacunek kolegów. To jest na szczęście tylko pierwszy akt. Del Toro buduje swoje postaci, które w drugiej części filmu spotkają wyzwania, którym nie każda z nich będzie w stanie sprostać. W tym powolnym wstępie nadal pojawiają się ciekawe pomysły – bomba która „żyje” i specyficzny sposób pędzenia rumu przez jednego z głównych bohaterów. Dzięki temu łatwiej jest wytrzymać do momentu kiedy del Toro odkrywa wszystkie karty i mistrzowsko rozwija swoją historię.

W przeciwieństwie do innych filmów Guillermo, nie ma tu żadnych potworów. To ludzie grają tu główną rolę i oni są źródłem zła. Jedynym elementem fantastycznym jest duch, którego obrazek znajduje się powyżej. Moim zdaniem wygląda naprawdę dobrze. Widać inspiracje japońskimi horrorami, ale bardzo dobrze wpasowuje się on także i do tej hiszpańskiej produkcji.

Film „Kręgosłup diabła” ma bardzo satysfakcjonujące zakończenie, historia opowiedziana w filmie oferuje też wiele niespodzianek. Aktorstwo stoi na wysokim poziomie, tak u dorosłych aktorów, jak i tych dziecięcych. Warto, warto, warto obejrzeć.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Sierpień 17, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , ,

Nie bój się rednecka, mała! „Tucker & Dale vs Evil”.

Tucker i Dale, troszkę upaprani krwią.To będzie krótka recenzja, bo naprawdę nie ma nad czym się rozpisywać. „Tucker and Dale vs Evil” to mistrzowsko poprowadzona i brutalna, a zarazem sprytna czarna komedia. To zdeformowane dziecko „Martwego zła” i „Piątku trzynastego” z nieprawego łoża.

Scenariusz filmu ma kilka fantastycznych zwrotów akcji i nie chcę zaspoilerować żadnego z nich. Co jednak warto, a wręcz powinno się zaznaczyć to, to że mamy do czynienia z cudownym odwróceniem slaszerowych kliszy. „Zgraja nastolatków wyjeżdża na wakacje na dalekie południe USA. Następnie są kolejno zabijani.” Jasne, tak, tak jak zawsze. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Nieporozumienia i nagłe śmierci, które napędzają ten film, nadają mu specyficzną oryginalność. W rezultacie „Tucker & Dale” mają świeżość pierwszego „Krzyku” i wszystkich części „Martwego zła”. Oglądaniu filmu towarzyszy głupi szeroki uśmiech na twarzy widza.

Również aktorstwo jest bardzo dobre jak na tego typu produkcję. Każdy gra swoje – trochę wariactwa, trochę niewinności, kubły czerwonej farby robią resztę. Główni bohaterowie są bardzo sympatyczni, a ci źli mają poważne problemy psychiczne. Wszystko jest takie jakim być powinno.

Dla każdego fana slasher horroru, obejrzenie „Tucker & Dale vs Evil” to absolutna konieczność. Film bawi się konwencją i igra z oczekiwaniami widzów, zapewniając krwawe i pocieszne półtora godziny. Dla fanów gatunku i nie tylko, acz sugerowany jest mocny żołądek.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Czerwiec 23, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , ,

Szkło, kosiarka i fontanny krwi. „Hobo with a Shotgun”.

Zły Rutger ze strzelbą, prostytutka o złotym sercu i żółte tło.

Czego można się spodziewać po filmie, który nosi tytuł „Bezdomny ze strzelbą”? Taniej produkcji pełnej przemocy i wszechobecnego brudu? Czy też prostytutki o złotym sercu kochającej niedźwiadki? Ten niesamowity obraz filmowy dostarcza nam wszystko to  i jeszcze więcej!

„Hobo with a shotgun” zapoczątkował swój żywot jako jeden z fałszywych trailerów towarzyszących Grindhouseowym produkcjom Tarantino i Rodrigueza. Teraz „Hobo” stał się  drugim już filmem pełnometrażowym, po „Machete”, który możemy obejrzeć w całej jego półtora godzinnej chwale.

Scenariusz jest nader prosty. Tytułowy bezdomny, który podróżuje po świecie zbierając pieniądze na wymarzoną kosiarkę, trafia do miasta grzechu rządzonego przez brutalny gang. Tam widząc co się się dzieje na ulicach postanawia samotnie wymierzyć bandziorom sprawiedliwość. Przez cały film trup ściele się gęsto, farbowana krew wylewa się z ekranu, a sztuczne flaki lądują bez przerwy na podłodze.

Aktorstwo jest momentami naprawdę fatalne. Czarne charaktery dużo się śmieją i denerwują, natomiast główna bohaterka dużo się przejmuje i krzyczy. Z drugiej strony, do Rutgera Hauera ciężko się przyczepić, bo to aktor o kilka klas wyższy niż cała ekipa tworząca ten film razem wzięta. Oczywiście gra tutaj bezdomnego ze strzelbą, więc jego aktorstwo też nie sięga artystycznych szczytów, ale miło jest go znowu zobaczyć i powspominać jego legendarną kreację z „Łowcy Androidów”.

Jednak co jest tutaj najważniejsze, moim zdaniem, to przemoc. Film kipi od wulgarnej brutalności, ale zarazem jest przepięknie finezyjny na ten swój krwawy sposób. Nie ma tutaj takiej kreatywnej stagnacji jak chociażby w ostatnim remake’u „Halloween”, gdzie Mike Myers nudnie dźgał każdą ze swoich ofiar. W „Hobo” głowy są urywane, a kończyny rozszarpywane na kawałki, w tle natomiast tańczy striptizerka.

Niestety, „Hobo with a Shotgun” to bardzo tania, a zarazem niszowa produkcja. Poziom przemocy, nieznany reżyser i ograniczona dystrybucja powodują że nie jest, ani nie będzie on zbyt znany. Film nawet nie trafi do naszych kin. Pozostaje więc sprowadzać sobie DVD/Bluray z zagranicy. Oczywiście, najlepiej wtedy kiedy już będzie dostępny w jakiejś niższej cenie. Z całą pewnością jednak można go obejrzeć więcej niż raz. Wystarczą duże ilości alkoholu i znajomi o podobnej „wrażliwości”.

Gdybym miał ocenić ten film, to dałbym mu dziesięć na dziesięć i sto na sto. „Hobo” dostarcza to co obiecał. Rutger dużo strzela i żuje szkło, bo nadal jest twardzielem, mimo że bezdomnym. Każdy zły charakter jest  naprawdę zły. Wszystko co się postaciom przytrafia, absolutnie im się należy. Podsumowując, jest to tani niesmaczny horror, który zaspokoi wszelkie potrzeby fanów taniego niesmacznego horroru.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Maj 28, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , ,