RSS

Archiwa tagu: antyutopia

Dystopijne piątki #2 – Uwięzieni w latach pięćdziesiątych. „Harrison Bergeron”.

Plakat "Harrison Bergerona"

Kurt Vonnegut jest świetnym pisarzem, ale bardzo ciężko byłoby zekranizować któreś z jego dzieł. Nie tylko z powodu specyficznego humoru, ale też dlatego że trzyma się on z dala od realizmu. Jego historie są często przepełnione absurdalnymi wydarzeniami, które w żadnym innym medium nie sprawdziły by się tak dobrze jak w formie książkowej. Jednak nie przeszkodziło to reżyserom w ciągłym dobieraniu się do dość krótkiego opowiadania z 1961, pod tytułem „Harrison Bergeron”. Skąd to zainteresowanie i czy przekłada się ono na interesujące rezultaty?

Jest rok 2081, a w USA wiele się zmieniło od 1961. Do konstytucji wprowadzono ponad 200 poprawek, a te kilka ostatnich doprowadziło do osiągnięcia całkowitego równouprawnienia – każdy we wszystkim ma takie same możliwości. Utopia? Oczywiście, że nie. Tę cudowną równość osiągnięto poprzez przytemperowanie tych wszystkich obrzydliwych ludzi wywyższających się ponad przeciętność. Odpowiednie ograniczniki zostały przypisane do każdego aby nikt nie mógł się wybijać przed szereg – ani intelektem ani cechami fizycznymi. Syn państwa Bergeron, Harrison, był jednak zbyt wyjątkowy. Ciągle trzeba było dodawać mu nowe ograniczenia, był zbyt silny, zbyt mądry, praktycznie boski. A miał dopiero 14 lat. Stąd państwo zareagowało pozbywając się jednostki która miała problemy z przestrzeganiem prawa. Wrzucono go do więzienia aby nie irytował innych praworządnych i równych obywateli.

Teoretycznie tak zaczyna się opowiadanie, a tuż później się kończy. Nie ma za wiele materiału z którym można pracować. Za to jest bardzo ciekawa historia na temat wyrównywania szans jednostek w społeczeństwie. Filmowcy zostali postawieni przed wyborem – opowiedzieć to dokładnie tak samo w krótkometrażowej formie, albo rozbudować tą historię aby mogła wypełnić półtoragodzinny film. W wypadku „Harrisona Bergerona” oba podejścia zostały wypróbowane z zaskakującym rezultatem.

Sean Astin jako Harrison BergeronNapiszę to od razu – film telewizyjny z 1995 jest świetny. Czerpie ile się da z opowiadania i rozszerza je w sposób fantastyczny. Przynajmniej przez pierwsze pół godziny. Wtedy ukazane są nam wszystkie te małe pomysły na które twórcy wpadli, które z humorem uzupełniają treść opowiadania. Sama idea, żeby umieścić akcję w permanentnych latach pięćdziesiątych Ameryki jest natchniona. Jedna z postaci tłumaczy to tym, że po prostu wtedy ludzie byli najbardziej zadowoleni i ten okres wspominają z największą nostalgią. Dlatego władze zdecydowały się utrwalić rozwój społeczeństwa i technologii w tym okresie. Należy też zauważyć, że ten czas jest współcześnie postrzegany jako okres nudnej stagnacji – wszystko co było ‚inne’ należało tępić i ograniczać. Dlatego też lata 60. w USA były takim wybuchem na płaszczyźnie społecznej – rewolucja seksualna, narkotyki, hipisi. Wracając jednak do filmu, jest w nim też sporo innych smaczków, których próżno szukać w historii Vonneguta – najbardziej pożądana ocena w szkole to 3, prezydent jest idiotą rzucającym na lewo i prawo przekleństwami, stworzono nawet intelektualne domy publiczne, gdzie panie oferują możliwość rozegrania partyjki w szachy albo poprowadzeniem poważnej dyskusji na tematy naukowe.

Niestety schody zaczynają się w drugiej półgodzinie filmu. Tutaj dodatki scenarzystów nie sprawdzają się już tak dobrze i nie współgrają z duchem Vonnegutowskim. Zmiany względem oryginału okazują się dużo drastyczniejsze niż wcześniej można by podejrzewać. Film wchodzi na wszystkie dystopijne klisze, sięgające „Roku 1984” Orwella. Przede wszystkim nagle okazuje się że władze dążą do równości żeby zapobiec wojnom i przemocy. Powód to dość naiwny i ograny. Vonnegutowi chodziło raczej o równość jako klucz do lepszego życia i zadowolenia. Twórcy filmowi zeszli trochę z tego tematu i weszli na terytorium totalitaryzmu/autorytaryzmu i tych tajnych społeczeństw którym żyje się lepiej kiedy szarzy obywatele cierpią. Mamy nawet postać Wielkiego Brata, przywódcy który jest jak wszyscy inni fikcyjni autorytarni przywódcy – wydaje się płaski. Na szczęście z czasem okazuje się że ma trochę więcej wymiarów. Niestety nie można tego samego powiedzieć o głównej postaci kobiecej. Mimo że zagrana jest ona bardzo dobrze, to jednak rola jest bardzo słaba – całkowicie podporządkowana rozwojowi Harrisona. Szczególnie rzuca się to w oczy w końcówce.

Te ostatnie półgodziny właśnie, momentami się dłuży i pojawia się w nim kilka dziur fabularnych. Jednak twórcy są w stanie przepięknie wyciągnąć się z tego dołka – dwie ostatnie sceny są idealne i w bardzo logiczny sposób zamykają wszystkie wątki.

Film więc mimo pewnych problemów jest wart obejrzenia i ma do zaoferowania dużo dobrego. Bardzo luźno traktuje inspiracje opowiadaniem. Widać to już z resztą na pierwszy rzut oka, jako że Sean Astin, który gra główną rolę w filmie, nie wygląda na 14 letniego Adonisa, którego mamy w opowiadaniu. Najważniejsze jednak, że twórcy próbowali zrobić coś ciekawego, nie wszystko się udaje, ale jak pisałem, rezultat jest bardzo ciekawy. Zupełne przeciwieństwo dokładnej interpretacji jaką jest „2081”.

Harrison Bergeron w "2081"Ten film krótkometrażowy z 2009, wydaje się bardzo wierną adaptacją opowiadania Vonneguta. Pierwsze sceny są wręcz doskonałe pod każdym względem. Gra aktorska stoi na bardzo wysokim poziomie, a sami aktorzy zostali wybrani z niesamowitą dbałością – po przeczytaniu opowiadania, dokładnie tak wyobrażałem sobie państwa Bergeron. Co więcej, scenariusz cytuje opowiadanie słowo w słowo przez większość filmu. Modyfikacje wprowadzając jedynie z rzadka. Niestety, kiedy Harrison Bergeron wchodzi na scenę, zaczyna gadać i gadać i gadać. Zamiast prostoty i humoru Vonneguta – „Jam jest cesarzem! Kto chce być moją cesarzową!?”, mamy ideologiczną nadbudówkę. Harrison tłumaczy nam jak to się biedny męczył w niewoli i do tego straszy ludzi bombą. Tu jest największy problem tego filmu. Jest on w stu procentach poważny. Nie twierdzę, że nie dałoby się tego zrobić w sposób dramatyczny, szczególnie że muzyka w filmie jest cudowna. Bardzo klimatyczne orkiestralne utwory świetnie potęgują klimat. Niestety wystąpienie Harrisona nie wydaje się szczere, a rozwiązanie konfliktu, mimo pewnych podobieństw do książki jest dużo słabsze i znowu mamy bzdurnie poprowadzoną rolę kobiecą. Za to ograniczniki i ogólnie kostiumy są bardzo porządne i właśnie ze względów wizualnych myślę że warto poświecić te pół godziny na ten film. Co prawda reżyseria jest nieszczególna i widać, że reżyser bardziej starał się ukryć niski budżet niż zadziwić widza ciekawymi ujęciami, ale „2081” stanowi dobre uzupełnienie „Harrisona Bergerona”. Inne podejście, inne rezultaty, ale ten trochę absurdalny Vonnegutowski klimat udało się zachować w połowie scen dziejących się w mieszkaniu państwa Bergeron. Dla nich można to obejrzeć – link.

Podsumowując, Kurt Vonnegut wielkim pisarzem jest, jego opowiadanie sprzed dokładnie pięćdziesięciu lat nadal jest świetne i nie postarzało się ani trochę. Vonnegut patrzy z przekąsem na socjalistyczne dążenia do wyrównywania szans. Każdy z nas rodzi się równym, ale nie takim samym. Jeśli pozwolimy systemowi zajść za daleko w próbach równania nas wszystkich do jednego poziomu może dojść do tragedii. Vonnegut jednak patrzy na to z charakterystycznym sobie dystansem, przez co jego wiadomość jest bardziej efektywna. Filmy nie radzą sobie z tym tak dobrze, niepotrzebnie przegadując przesłanie. Nie zmienia to faktu, że w wersji z 1995 zbudowano kompletny świat i społeczeństwo, dzięki czemu film w oddzieleniu od opowiadania trzyma się również bardzo silnie, jest po prostu ciekawą dystopią.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Sierpień 4, 2011 w Dystopijne Piątki

 

Tagi: , , , , , ,

Dystopijne piątki #1 – Uniwersum Marvela w ruinach. „Ruins”.

W 1994 roku Marvel Comics wydało „Marvels”, namalowany przez Alexa Rossa i napisany przez Kurta Busieka, komiks ukazujący superbohaterów z perspektywy ludzi zamieszkujących ich świat. Mimo, a raczej dzięki, bardzo pozytywnemu przesłaniu i gloryfikacji mitu superbohatera „Marvels” z miejsca stało się olbrzymim sukcesem. Stąd nie dziwi fakt, że rok później postanowiono wydać kontynuację. Jednak Marvel nie poszedł najprostszą ścieżką czyli nie wydał sequela, a zamiast tego wykorzystał tylko ten sam koncept – malowany komiks o życiu bohaterów z perspektywy zwykłych ludzi. Rezultat miał być kompletnym przeciwieństwem „Marvels” – antyutopią do utopijnego świata tego komiksu.

Napisana przez Warrena Ellisa historia opowiada o Philu Sheldonie, dziennikarzu pracującym dla Daily Bugle, tej samej gazety dla której pracował Peter Parker. Postać centralna fabuły jest więc taka sama jak w „Marvels”. Sheldon prowadzi kronikę otaczającego go świata, śledząc losy osób posiadających nadnaturalne umiejętności. W przeciwieństwie do „Marvels” osoby te jednak nie są fantastyczne i budzące podziw. W „Ruins” budzą jedynie nasze współczucie i żal.

Ellis doprowadza ideę realizmu w historiach superbohaterskich do absurdu, a jego cyniczne żarty tylko pogłębiają smutek jaki dzięki fantastycznym rysunkom aż emanuje ze stron. Nie ma litości dla nikogo. Niektórzy superbohaterowie dostają tylko jeden mały kadr, który podsumowuje ich los. Jeśli chcą oni być częścią naszego świata, to muszą się liczyć z jego zasadami. „Każda akcja, prowadzi do reakcji”, jak głosi wstęp komiksu. Jeśli zostaniesz napromieniowany odpadami radioaktywnymi to pewnie umrzesz.

I umierają.

W komiksie pojawiają się tak ci najbardziej znani superbohaterowie: X-Men, Avengers, a także Fantastyczna Czwórka, jak i ci mnie znani. Jednak nawet nieznajomość wszystkich postaci jakie, często pobieżnie, ukazuje Ellis tylko potęguje depresyjność tej historii. Dla przykładu, sześć stron poświęconych jest rasie Kree i Kapitanowi Marvelowi z niej się wywodzącemu. Ellis bawi się ukazując tą normalnie dość kolorową postać umieszczając ją w centrum pierwszej części historii. Pokazuje nam co stało się z tymi cudami/marvels poprzez zjadanego przez choroby Kapitana Marvela. Jednak czytelnik nie posiadający żadnej uprzedniej wiedzy o tej postaci i jego rasie, widzi tylko złamany, zniszczony i poniżony przez ludzi kosmiczny lud, trzymany w obozie koncentracyjnym.

Jeśli można się do czegoś przyczepić to do faktu, że w drugiej części historia traci trochę rytm, a także klimat. Sen zaczyna mieszać się z jawą i jesteśmy świadkami wizji lepszego świata które ma Sheldon. Wszechobecne czarne chmury rozstępują się, a on siedzi spokojnie na zielonej trawie nad jeziorem. Można oczywiście zadać sobie pytanie czy to nasz dziennikarz postradał zmysły? Czy też miało to zagranie na celu wzbudzenie w czytelniku nadziei na pozytywne zakończenie, które w tak kompletnej antyutopii jak „Ruins” nadejść nie mogło.

Od strony graficznej komiks jest niesamowity i bardzo mroczny. W palecie kolorów królują ciemne barwy i ostateczny efekt jest czymś pomiędzy Sienkiewiczem, Muthem i McKeanem. Innymi słowy, malunki małżeństwa Nielsenów czasami popadają w abstrakcję i są zupełnie różne od realizmu komiksowego jaki reprezentuje Alex Ross odpowiedzialny za „Marvels”. Komiks nie traci jednak przez to na atrakcyjności. Co więcej, te najbardziej przerażające rysunki mogą zapaść w pamięć na długo (jak na przykład los Bruce’a Bannera).  Większym problemem natomiast jest fakt że ostatnie 17 stron jest rysowane przez Chrisa Moellera. Sam w sobie jest on całkiem dobrym rysownikiem, jednakże jego styl rysunków jak i sposób w jaki nakłada kolor, bardzo odstają od obrazów tworzonych przez Nielsenów. Dlatego też końcówka komiksu cierpi nie tylko z powodu nadmiernego flirtu Ellisa z utopią, ale też od strony artystycznej.

Podsumowując, „Ruins” to jednak pomniejsze dzieło Warrena Ellisa, nie tak spektakularne jak jego późniejsze i lepsze rzeczy typu „Stormwatch”, „Transmetropolitan” czy „Planetary”. Z drugiej jednak strony „Ruins” to wciąż przyjemna lektura. Przy kolejnych czytaniach rozszyfrowywałem z pomocą Google, tożsamości superbohaterów umierających na stronicach komiksu ponieważ wszystkich nie znałem. Dla mnie była to dodatkowa frajda, tym bardziej że przy pierwszym czytaniu, jak już wspomniałem, zupełnie to nie przeszkadza.

„Ruins” niestety nie doczekał się żadnego wydania zbiorczego dostępnego w księgarniach internetowych. Zamiast tego Marvel wydał w 2009 jego reedycję jako zeszyt. Plusem takiego stanu rzeczy jest cena na okładce – $4.99. Komiks ma 64 strony i w środku żadnych reklam, więc wciąż uważam że warto go łowić na e-bayu, jeśli nadarzy się okazja.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu Lipiec 29, 2011 w Dystopijne Piątki, Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , ,