RSS

Archiwa tagu: dystopijne piątki

Dystopijne piątki #4 – W metalowym ciele zdrowy mózg, a dookoła miasto złomu. „Battle Angel Alita”.

Świat w „Battle Angel Alita” to kolejna przeludniona przyszłość, w której na każdym kroku mieszkańców czeka śmierć za byle błahostkę. Jednak tutaj, czytelnik otrzymuje obietnicę, że to jest tylko miasto złomu, jeden wielki slums na powierzchni ziemi. Natomiast wystarczy spojrzeć w niebo, żeby zobaczyć Zalem, niebo-utopię, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Tam na pewno mieszkają anioły.

Poza kreowaniem świata, Yukito Kishiro dużo swojej uwagi poświęca też postaciom. Sama historia „BAA” prezentuje się następująco: Doktor-mechanik, Daisuke Ido, odnajduje pewnego dnia na śmietnisku szczątki kobiety cyborga. Jej mózg okazuje się nietknięty, więc Ido decyduje się ją odbudować. Kiedy nasza bohaterka odzyskuje świadomość wychodzi na jaw, że nic nie pamięta, nawet swojego imienia. Dlatego pan doktor sam nadaje jej imię – Alita. Alita szybko okazuje się niespokojną duszą i, w zasadzie, archetypową wojowniczką. Z wyglądu i z charakteru przypomina wiele innych postaci tego typu. Jak choćby Navis, bohaterkę francuskiej serii „Armada”, wydawanej u nas przez Egmont.

Pomimo tego, ciężko jest mówić żeby seria była wtórna. Autor silnie osadza stworzone przez siebie postaci na fundamentach przerażającego miasta złomu. Dba on też, o to aby dystopia funkcjonowała logicznie i dostarcza nam wiele informacji na temat jej działania. Na końcu każdego tomu zawsze znajdują się dwie dodatkowe strony, gdzie autor dodaje jakieś szczególiki na temat tego jak operują fabryki czy objaśnia technologiczne zawiłości miasta złomu. Rzeczy niekoniecznie potrzebne, czasami humorystyczne, ale na pewno uwiarygodniające stworzony przez niego świat.

Wróćmy jednak do postaci. Niczym w japońskich grach RPG, każda z nich aż się pali, żeby wyłożyć nam swoją filozofię życia. „Zadaję cierpienie i sam nie czuję cierpienia.” „Mam marzenie i zrobię wszystko, żeby je spełnić.” Nawet pozornie sympatyczne postaci jak Ido i Alita mają w rzeczywistości dość czarne charaktery. Oboje jednogłośnie uznają, że miłość to możliwość posiadania drugiej osoby na wyłączność, a zabijanie to jedna z rzeczy, które robimy dla siebie, żeby czuć się lepiej.

Jednak jest to część opowieści jaką snuje Yukito Kishiro. Dorastanie to stanowczo temat przewodni komiksu. Alita rodzi się na nowo w pierwszym tomie i ponownie przechodzi przez różne etapy całego swojego życia. Bywa dziecinna, naiwna, irracjonalna i samolubna. Los jednak nie pozostaje jej dłużny i głęboko ją doświadcza, nie szczędząc bólu i cierpienia. Nie jest też tak, że zmiany jakie w niej zachodzą kompletnie zmieniają jej charakter. Do ostatniej kartki komiksu Alita pozostaje tą narwaną kobietką, której nic nie powstrzyma kiedy postawi sobie cel. Jednak pojawia się w niej jakieś większe zrozumienie dla otaczającego świata i większa empatia, a jej naiwność znika bezpowrotnie.

Nadal dość wyraźnie pamiętam jak czytałem tę mangę po raz pierwszy te 6 czy 7 lat temu. Wtedy przeleciałem przez całą serię bardzo szybko. Podążałem za wciągającą akcją. Teraz kiedy ponownie czytałem wszystkie tomy, żeby odświeżyć sobie komiks do tego tekstu, bardziej skupiałem się na samych postaciach i ich pobudkach. Ciężko spodziewać się, żeby osoby wychowane w takim środowisku jak miasto złomu czy na „Mad Maxowych” pustkowiach je otaczających wyrosły na jakieś wzory do naśladowania. Stąd te charaktery i charakterki nie są niczym zaskakującym. Z ciekawością analizowałem też wszystkie romanse w jakie główna bohaterka się pakowała. Ciągle pojawiał się w nich wątek kontroli, kto ma nad kim władzę, czego można oczekiwać od drugiej osoby. Alita na pewno sporo dawała sobą manipulować i popełniała wiele błędów. Czyni ją to ciekawą postacią.

Pod względem tonu komiksu, autor lawiruje pomiędzy powagą opartą na ekstremalnej przemocy, która kojarzy się z komiksem europejskim spod znaku Metal Hurlant, a charakterystycznie japońskim humorem. Mieszanka dość wybuchowa. Jednak, jak wspomniałem, komiks wciąga. Kishiro efektywnie tworzy napięcie i buduje zagrożenia dla głównej bohaterki. Już w pierwszym tomie jej ciało rozpada się na kawałki, a ogromny cyborg prawie dobiera się do zawartości jej czaszki. Tym bardziej postaci poboczne nigdy nie mogą czuć się bezpieczne. Trup ściele się gęsto.

Jednak, co uważam za bardzo ważne, wszystko jest świetnie poprowadzone artystycznie. Kishiro komponuje akcję bardzo świadomie i na ciekawe sposoby. Alita jest drobna i zwinna i zawsze to wykorzystuje w trakcie walki. Jest w komiksie kilka scen, w których wręcz wyskakuje ona z kadrów na czytelnika. Jest efekciarsko, ale bywa też brudno i nieprzyjemnie. Trafiamy w niebezpieczne zaułki i tajemnicze kanały. Miasto złomu to naprawdę miasto złomu. Ogólnie, styl rysunków Yukito Kishiro jest dość skomplikowany. Nie jest to żaden realizm, ani rysowanie każdej śrubki w każdym robocie, ale jest przyjemnie gęsto od kresek.

Co ciekawe, Yukito Kishiro to autor obeznany tak w kulturze jak i w popkulturze Zachodu. Nieczęsto zdarza się w komiksie japońskim, żeby postaci cytowały Nietzschego. Dodatkowo mamy też całą masę easter eggów rozsianych po tomach. Postać poboczna wygląda jak Slaine, przez jeden kadr przewija się Facehugger, przez inny Superman, a jeden z głównych sportów miasta złomu przywodzi na myśl Rollerball. Mimo wszystko te szczegóły nie przeszkadzają w odbiorze i nie psują rytmu komiksu. Autor ma bardzo jasną wizję swojej dystopii i chowa swoje inspiracje dość dokładnie pod bardzo efektowną kreską. (Może poza małym Millerowym wyjątkiem.)

„Battle Angel Alita” to 9 dość opasłych tomów po ponad 200 stron. Każdy z nich opleciony jest obwolutą, a okładki rzucają się w oczy malowaną główną bohaterką. Jak to bywa w wypadku mang, każdy tom jest dokładnie oznaczony i kiedy stoją obok siebie na półce prezentują się fantastycznie. Papier na którym wydrukowany jest komiks jest dość gruby, ale żółknący. Mimo to, moim zdaniem, idealnie pasuje on do treści mangi i tworzy dodatkowy klimat. Wydanie współgra z treścią. Nie zapominajmy też o tłumaczeniu, które jak zwykle w wypadku wydawnictwa JPF jest świetne i na pewno wpływa pozytywnie na odbiór komiksu, tak w chwilach humorystycznych jak i piekielnie poważnych.

Podsumowując, po prostu lubię ten komiks. Nie jest to klasyczne science fiction, jako że technologia często schodzi na drugi plan względem walk i rozwoju postaci. Jednakże zawsze gdzieś w tle śmigają nanoboty, a autor potrafi rozpisać się na temat płynów znajdujących się w naszym mózgu. Potem wkradają się też do fabuły klasyczne dystopijne tropy – „ten system musi upaść, teraz i zaraz!”, ale nie jest nudno. Nigdy, ani przez chwilę. Także, lubię ten komiks i cieszę się, że mam go na półce.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Grudzień 2, 2011 w Dystopijne Piątki, Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

Dystopijne piątki #3 – Seks i przemoc w przeludnionym Los Angeles. „Hard Boiled”.

Mistrzowie Komiksu - Hard BoiledPrzyszłość będzie brutalna. Bardzo brutalna. Nikogo to jednak nie będzie obchodzić. Wszyscy będą zajęci seksem albo narkotykami. Geof Darrow ukazuje w „Hard Boiled” wyjątkowo smutny obraz przyszłości. Rysuje on przeludnione Los Angeles z niewyobrażalną dbałością o szczegóły. Każda z setek postaci, przewijających się na kadrach komiksu, ma własną twarz, własny styl ubioru i zajęta jest własnymi sprawami. To co ich łączy to apatia.

Zacznijmy jednak od początku. Komiks opowiada historię pewnego cyborga, który nie chce zaakceptować tego, że jest cyborgiem. Pisząc więcej opowiedział bym całą historię. Oś fabularna jest bardzo krótka i w rzeczywistości drugo- lub trzecioplanowa. Najważniejsze są tu rysunki. One są centrum historii. Dlatego też mimo że na okładce jak byk stoi że komiks jest autorstwa Geofa Darrowa i Franka Millera, wkład tego drugiego jest tu raczej niewielki. Sama historia jest bardzo luźno oparta na opowiadaniu „Elektryczna mrówka” Philipa K. Dicka, a dialogi ograniczają się do minimum. „- Eh! – Uf! – Ah!” – to jedna z wymian zdań pomiędzy bohaterami. Nie chodzi mi tu o atakowanie Millera, bo wielkim pisarzem był on. Jednak „Hard Boiled” to wyraźnie w 90% owoc pracy Geofa Darrowa i jako taki go traktuję.

Kreska Darrowa jest w dużym stopniu realistyczna, a dwie rzeczy które lubi on rysować najbardziej to roboty/części mechaniczne i przemoc. „Hard Boiled” to właśnie rezultat tego połączenia. Być może z tego wynika ta nieczułość postaci występujących w komiksie. W przyszłości albo będziemy robotami albo będziemy się jak one zachowywać.

Dystopii tej wizualnie najbliżej chyba do japońskiego „Ghost in the Shell”, chociaż największe inspiracje pod względem kreski wyraźnie wywarli na Darrowie europejscy twórcy Moebius i Hegré. W tym ponad stustronicowym albumie rzadko kiedy trafiają się strony z więcej niż trzema kadrami. Rysownik woli duże obrazki, gdzie w pełni realizuje swoją nerwicę natręctw i wypełnia stronę najdrobniejszymi szczegółami. Dzięki temu przy czytaniu i przeglądaniu czuje się ogrom Los Angeles. Tym bardziej, że komiks wydrukowany jest w formacie odrobinę większym niż A4.

Strona 44 i widok na zakorkowaną ulicę.„Hard Boiled” wyraźnie igra z tradycją amerykańskiej popkultury. W USA przemoc jest okej. Dużo łatwiej akceptowana jest ona w fikcyjnych tworach – w telewizji, kinie czy komiksie – niż seks. Chociaż może seks to zbyt duże słowo. Zwykły damski sutek to już obraz który może totalnie zdeprawować niepełnoletniego! Dlatego właśnie ciekawie jest spojrzeć na „Hard Boiled” z tej perspektywy. Na pierwszym planie jest tu przemoc, doprowadzona do ekstremy, a wręcz do absurdu. Nasz główny bohater bez wytchnienia jest bity, rozszarpywany bądź w inny sposób okaleczany, a jego przeciwnicy kończą jeszcze gorzej. Natomiast na drugim i trzecim planie jest dziki zdeprawowany seks. Te małe postaci w tle uprawiają go na ulicy, na chodniku, na stojąco, leżąco, z gadżetami i bez uwagi na płeć.

Co więcej, Darrow wyraźnie przedstawia wszystkie postaci w komiksie jako nie zaskoczone przemocą i jawnie ją ignorujące. Nawet jeśli jakieś szalone rzeczy odbywają się kilka metrów obok. Na przykład nikt nie reaguje jak czołgający się z odpadającymi kawałkami skóry cyborg strzela do starszej pani z dzieckiem na ręku. Hedonizm rządzi, a przemoc jest zwyczajna i nudna.

Jerzy Szyłak pisał w swojej recenzji na Gildii komiksu, że każdy może zobaczyć w „Hard Boiled” co tylko zechce. Ja widzę społeczeństwo amerykańskie, które zblazowało się do granic możliwości. I tak wszystkim rządzą korporacje, i tak jest nas za dużo, więc umierajmy i rozmnażajmy się. Jedyny cel życia.

Ciekawym jest również to że gdzieś w tle przewija się dom głównego bohatera – najbardziej fałszywe miejsce w całym świecie tego komiksu. Okolica wygląda jakby na żywo wyjęta z USA w latach 50tych. Jest spokojnie i zielono, a także pusto. W domu czeka żona, dzieci i psy. Żona bohatera to najprawdopodobniej wynajęta aktorka, a dzieci i psy to roboty które mają kontrolować stan psychiczny naszego głównego cyborga. To jest to miejsce, ten ideał, który pozwala głównemu bohaterowi nie przyjmować do wiadomości, że jest cyborgiem i nie martwić się otaczającą go śmiercią. Idea domu z ogródkiem i żony z dwójką dzieci jest dla niego tak ważna i oddziałuje na na niego tak silnie, że jest gotów zrobić wszystko, aby ją zatrzymać. Tutaj prawda nie ma znaczenia, a ważne jest jednostkowe szczęście. Dlatego Hollywoodzki happy end na którym komiks się kończy jest tak pusty i wymowny. W tej dystopii każdy jest zamknięty we własnym świecie, którego reguły ustalamy sami.
Dlatego Geof Darrow wypełnia „Hard Boiled” śrubkami i przemocą.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu Sierpień 12, 2011 w Dystopijne Piątki, Komiks!

 

Tagi: , , , , ,

Dystopijne piątki #2 – Uwięzieni w latach pięćdziesiątych. „Harrison Bergeron”.

Plakat "Harrison Bergerona"

Kurt Vonnegut jest świetnym pisarzem, ale bardzo ciężko byłoby zekranizować któreś z jego dzieł. Nie tylko z powodu specyficznego humoru, ale też dlatego że trzyma się on z dala od realizmu. Jego historie są często przepełnione absurdalnymi wydarzeniami, które w żadnym innym medium nie sprawdziły by się tak dobrze jak w formie książkowej. Jednak nie przeszkodziło to reżyserom w ciągłym dobieraniu się do dość krótkiego opowiadania z 1961, pod tytułem „Harrison Bergeron”. Skąd to zainteresowanie i czy przekłada się ono na interesujące rezultaty?

Jest rok 2081, a w USA wiele się zmieniło od 1961. Do konstytucji wprowadzono ponad 200 poprawek, a te kilka ostatnich doprowadziło do osiągnięcia całkowitego równouprawnienia – każdy we wszystkim ma takie same możliwości. Utopia? Oczywiście, że nie. Tę cudowną równość osiągnięto poprzez przytemperowanie tych wszystkich obrzydliwych ludzi wywyższających się ponad przeciętność. Odpowiednie ograniczniki zostały przypisane do każdego aby nikt nie mógł się wybijać przed szereg – ani intelektem ani cechami fizycznymi. Syn państwa Bergeron, Harrison, był jednak zbyt wyjątkowy. Ciągle trzeba było dodawać mu nowe ograniczenia, był zbyt silny, zbyt mądry, praktycznie boski. A miał dopiero 14 lat. Stąd państwo zareagowało pozbywając się jednostki która miała problemy z przestrzeganiem prawa. Wrzucono go do więzienia aby nie irytował innych praworządnych i równych obywateli.

Teoretycznie tak zaczyna się opowiadanie, a tuż później się kończy. Nie ma za wiele materiału z którym można pracować. Za to jest bardzo ciekawa historia na temat wyrównywania szans jednostek w społeczeństwie. Filmowcy zostali postawieni przed wyborem – opowiedzieć to dokładnie tak samo w krótkometrażowej formie, albo rozbudować tą historię aby mogła wypełnić półtoragodzinny film. W wypadku „Harrisona Bergerona” oba podejścia zostały wypróbowane z zaskakującym rezultatem.

Sean Astin jako Harrison BergeronNapiszę to od razu – film telewizyjny z 1995 jest świetny. Czerpie ile się da z opowiadania i rozszerza je w sposób fantastyczny. Przynajmniej przez pierwsze pół godziny. Wtedy ukazane są nam wszystkie te małe pomysły na które twórcy wpadli, które z humorem uzupełniają treść opowiadania. Sama idea, żeby umieścić akcję w permanentnych latach pięćdziesiątych Ameryki jest natchniona. Jedna z postaci tłumaczy to tym, że po prostu wtedy ludzie byli najbardziej zadowoleni i ten okres wspominają z największą nostalgią. Dlatego władze zdecydowały się utrwalić rozwój społeczeństwa i technologii w tym okresie. Należy też zauważyć, że ten czas jest współcześnie postrzegany jako okres nudnej stagnacji – wszystko co było ‚inne’ należało tępić i ograniczać. Dlatego też lata 60. w USA były takim wybuchem na płaszczyźnie społecznej – rewolucja seksualna, narkotyki, hipisi. Wracając jednak do filmu, jest w nim też sporo innych smaczków, których próżno szukać w historii Vonneguta – najbardziej pożądana ocena w szkole to 3, prezydent jest idiotą rzucającym na lewo i prawo przekleństwami, stworzono nawet intelektualne domy publiczne, gdzie panie oferują możliwość rozegrania partyjki w szachy albo poprowadzeniem poważnej dyskusji na tematy naukowe.

Niestety schody zaczynają się w drugiej półgodzinie filmu. Tutaj dodatki scenarzystów nie sprawdzają się już tak dobrze i nie współgrają z duchem Vonnegutowskim. Zmiany względem oryginału okazują się dużo drastyczniejsze niż wcześniej można by podejrzewać. Film wchodzi na wszystkie dystopijne klisze, sięgające „Roku 1984” Orwella. Przede wszystkim nagle okazuje się że władze dążą do równości żeby zapobiec wojnom i przemocy. Powód to dość naiwny i ograny. Vonnegutowi chodziło raczej o równość jako klucz do lepszego życia i zadowolenia. Twórcy filmowi zeszli trochę z tego tematu i weszli na terytorium totalitaryzmu/autorytaryzmu i tych tajnych społeczeństw którym żyje się lepiej kiedy szarzy obywatele cierpią. Mamy nawet postać Wielkiego Brata, przywódcy który jest jak wszyscy inni fikcyjni autorytarni przywódcy – wydaje się płaski. Na szczęście z czasem okazuje się że ma trochę więcej wymiarów. Niestety nie można tego samego powiedzieć o głównej postaci kobiecej. Mimo że zagrana jest ona bardzo dobrze, to jednak rola jest bardzo słaba – całkowicie podporządkowana rozwojowi Harrisona. Szczególnie rzuca się to w oczy w końcówce.

Te ostatnie półgodziny właśnie, momentami się dłuży i pojawia się w nim kilka dziur fabularnych. Jednak twórcy są w stanie przepięknie wyciągnąć się z tego dołka – dwie ostatnie sceny są idealne i w bardzo logiczny sposób zamykają wszystkie wątki.

Film więc mimo pewnych problemów jest wart obejrzenia i ma do zaoferowania dużo dobrego. Bardzo luźno traktuje inspiracje opowiadaniem. Widać to już z resztą na pierwszy rzut oka, jako że Sean Astin, który gra główną rolę w filmie, nie wygląda na 14 letniego Adonisa, którego mamy w opowiadaniu. Najważniejsze jednak, że twórcy próbowali zrobić coś ciekawego, nie wszystko się udaje, ale jak pisałem, rezultat jest bardzo ciekawy. Zupełne przeciwieństwo dokładnej interpretacji jaką jest „2081”.

Harrison Bergeron w "2081"Ten film krótkometrażowy z 2009, wydaje się bardzo wierną adaptacją opowiadania Vonneguta. Pierwsze sceny są wręcz doskonałe pod każdym względem. Gra aktorska stoi na bardzo wysokim poziomie, a sami aktorzy zostali wybrani z niesamowitą dbałością – po przeczytaniu opowiadania, dokładnie tak wyobrażałem sobie państwa Bergeron. Co więcej, scenariusz cytuje opowiadanie słowo w słowo przez większość filmu. Modyfikacje wprowadzając jedynie z rzadka. Niestety, kiedy Harrison Bergeron wchodzi na scenę, zaczyna gadać i gadać i gadać. Zamiast prostoty i humoru Vonneguta – „Jam jest cesarzem! Kto chce być moją cesarzową!?”, mamy ideologiczną nadbudówkę. Harrison tłumaczy nam jak to się biedny męczył w niewoli i do tego straszy ludzi bombą. Tu jest największy problem tego filmu. Jest on w stu procentach poważny. Nie twierdzę, że nie dałoby się tego zrobić w sposób dramatyczny, szczególnie że muzyka w filmie jest cudowna. Bardzo klimatyczne orkiestralne utwory świetnie potęgują klimat. Niestety wystąpienie Harrisona nie wydaje się szczere, a rozwiązanie konfliktu, mimo pewnych podobieństw do książki jest dużo słabsze i znowu mamy bzdurnie poprowadzoną rolę kobiecą. Za to ograniczniki i ogólnie kostiumy są bardzo porządne i właśnie ze względów wizualnych myślę że warto poświecić te pół godziny na ten film. Co prawda reżyseria jest nieszczególna i widać, że reżyser bardziej starał się ukryć niski budżet niż zadziwić widza ciekawymi ujęciami, ale „2081” stanowi dobre uzupełnienie „Harrisona Bergerona”. Inne podejście, inne rezultaty, ale ten trochę absurdalny Vonnegutowski klimat udało się zachować w połowie scen dziejących się w mieszkaniu państwa Bergeron. Dla nich można to obejrzeć – link.

Podsumowując, Kurt Vonnegut wielkim pisarzem jest, jego opowiadanie sprzed dokładnie pięćdziesięciu lat nadal jest świetne i nie postarzało się ani trochę. Vonnegut patrzy z przekąsem na socjalistyczne dążenia do wyrównywania szans. Każdy z nas rodzi się równym, ale nie takim samym. Jeśli pozwolimy systemowi zajść za daleko w próbach równania nas wszystkich do jednego poziomu może dojść do tragedii. Vonnegut jednak patrzy na to z charakterystycznym sobie dystansem, przez co jego wiadomość jest bardziej efektywna. Filmy nie radzą sobie z tym tak dobrze, niepotrzebnie przegadując przesłanie. Nie zmienia to faktu, że w wersji z 1995 zbudowano kompletny świat i społeczeństwo, dzięki czemu film w oddzieleniu od opowiadania trzyma się również bardzo silnie, jest po prostu ciekawą dystopią.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Sierpień 4, 2011 w Dystopijne Piątki

 

Tagi: , , , , , ,

Dystopijne piątki #1 – Uniwersum Marvela w ruinach. „Ruins”.

W 1994 roku Marvel Comics wydało „Marvels”, namalowany przez Alexa Rossa i napisany przez Kurta Busieka, komiks ukazujący superbohaterów z perspektywy ludzi zamieszkujących ich świat. Mimo, a raczej dzięki, bardzo pozytywnemu przesłaniu i gloryfikacji mitu superbohatera „Marvels” z miejsca stało się olbrzymim sukcesem. Stąd nie dziwi fakt, że rok później postanowiono wydać kontynuację. Jednak Marvel nie poszedł najprostszą ścieżką czyli nie wydał sequela, a zamiast tego wykorzystał tylko ten sam koncept – malowany komiks o życiu bohaterów z perspektywy zwykłych ludzi. Rezultat miał być kompletnym przeciwieństwem „Marvels” – antyutopią do utopijnego świata tego komiksu.

Napisana przez Warrena Ellisa historia opowiada o Philu Sheldonie, dziennikarzu pracującym dla Daily Bugle, tej samej gazety dla której pracował Peter Parker. Postać centralna fabuły jest więc taka sama jak w „Marvels”. Sheldon prowadzi kronikę otaczającego go świata, śledząc losy osób posiadających nadnaturalne umiejętności. W przeciwieństwie do „Marvels” osoby te jednak nie są fantastyczne i budzące podziw. W „Ruins” budzą jedynie nasze współczucie i żal.

Ellis doprowadza ideę realizmu w historiach superbohaterskich do absurdu, a jego cyniczne żarty tylko pogłębiają smutek jaki dzięki fantastycznym rysunkom aż emanuje ze stron. Nie ma litości dla nikogo. Niektórzy superbohaterowie dostają tylko jeden mały kadr, który podsumowuje ich los. Jeśli chcą oni być częścią naszego świata, to muszą się liczyć z jego zasadami. „Każda akcja, prowadzi do reakcji”, jak głosi wstęp komiksu. Jeśli zostaniesz napromieniowany odpadami radioaktywnymi to pewnie umrzesz.

I umierają.

W komiksie pojawiają się tak ci najbardziej znani superbohaterowie: X-Men, Avengers, a także Fantastyczna Czwórka, jak i ci mnie znani. Jednak nawet nieznajomość wszystkich postaci jakie, często pobieżnie, ukazuje Ellis tylko potęguje depresyjność tej historii. Dla przykładu, sześć stron poświęconych jest rasie Kree i Kapitanowi Marvelowi z niej się wywodzącemu. Ellis bawi się ukazując tą normalnie dość kolorową postać umieszczając ją w centrum pierwszej części historii. Pokazuje nam co stało się z tymi cudami/marvels poprzez zjadanego przez choroby Kapitana Marvela. Jednak czytelnik nie posiadający żadnej uprzedniej wiedzy o tej postaci i jego rasie, widzi tylko złamany, zniszczony i poniżony przez ludzi kosmiczny lud, trzymany w obozie koncentracyjnym.

Jeśli można się do czegoś przyczepić to do faktu, że w drugiej części historia traci trochę rytm, a także klimat. Sen zaczyna mieszać się z jawą i jesteśmy świadkami wizji lepszego świata które ma Sheldon. Wszechobecne czarne chmury rozstępują się, a on siedzi spokojnie na zielonej trawie nad jeziorem. Można oczywiście zadać sobie pytanie czy to nasz dziennikarz postradał zmysły? Czy też miało to zagranie na celu wzbudzenie w czytelniku nadziei na pozytywne zakończenie, które w tak kompletnej antyutopii jak „Ruins” nadejść nie mogło.

Od strony graficznej komiks jest niesamowity i bardzo mroczny. W palecie kolorów królują ciemne barwy i ostateczny efekt jest czymś pomiędzy Sienkiewiczem, Muthem i McKeanem. Innymi słowy, malunki małżeństwa Nielsenów czasami popadają w abstrakcję i są zupełnie różne od realizmu komiksowego jaki reprezentuje Alex Ross odpowiedzialny za „Marvels”. Komiks nie traci jednak przez to na atrakcyjności. Co więcej, te najbardziej przerażające rysunki mogą zapaść w pamięć na długo (jak na przykład los Bruce’a Bannera).  Większym problemem natomiast jest fakt że ostatnie 17 stron jest rysowane przez Chrisa Moellera. Sam w sobie jest on całkiem dobrym rysownikiem, jednakże jego styl rysunków jak i sposób w jaki nakłada kolor, bardzo odstają od obrazów tworzonych przez Nielsenów. Dlatego też końcówka komiksu cierpi nie tylko z powodu nadmiernego flirtu Ellisa z utopią, ale też od strony artystycznej.

Podsumowując, „Ruins” to jednak pomniejsze dzieło Warrena Ellisa, nie tak spektakularne jak jego późniejsze i lepsze rzeczy typu „Stormwatch”, „Transmetropolitan” czy „Planetary”. Z drugiej jednak strony „Ruins” to wciąż przyjemna lektura. Przy kolejnych czytaniach rozszyfrowywałem z pomocą Google, tożsamości superbohaterów umierających na stronicach komiksu ponieważ wszystkich nie znałem. Dla mnie była to dodatkowa frajda, tym bardziej że przy pierwszym czytaniu, jak już wspomniałem, zupełnie to nie przeszkadza.

„Ruins” niestety nie doczekał się żadnego wydania zbiorczego dostępnego w księgarniach internetowych. Zamiast tego Marvel wydał w 2009 jego reedycję jako zeszyt. Plusem takiego stanu rzeczy jest cena na okładce – $4.99. Komiks ma 64 strony i w środku żadnych reklam, więc wciąż uważam że warto go łowić na e-bayu, jeśli nadarzy się okazja.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu Lipiec 29, 2011 w Dystopijne Piątki, Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , ,