RSS

Archiwa tagu: film

Flaki z olejem w polewce z przeciętności. „Bloodrayne”.

Unikam produkcji filmowych Uwe Bolla jak ognia. Marnowanie godzin z życia na jego nakręcone na kolanie projekty, to naprawdę coś czego nie potrzeba mi do szczęścia. Co mnie jednak zaintrygowało w Bloodrayne to przypadkowo znaleziona wypowiedź scenarzystki. Otóż, podobno w trakcie kręcenia filmu dostała telefon od jednego z producentów, który poinformował ją, że film może odrobinę różnić się od jej wyobrażeń. Uwe Boll w zasadzie nie mówi po angielsku i stąd może być ona trochę zaskoczona efektem końcowym. Jej reakcja?

Podczas premiery filmu, pani scenarzystka śmiała się do rozpuku. Oczywiście, jak to w wypadku produkcji Uwe Bolla była jedyną osobą, która okazywała jakiekolwiek pozytywne emocje w trakcie projekcji. Chociaż wyobrażam sobie, że sam Uwe siedział dumny jak paw, niczym Ed Wood, kontemplując swoją wspaniałość. W każdym razie, uznałem, że może warto spróbować. Może film będzie tak zły, że aż dobry.
Czasami ludzka naiwność nie zna granic…

Czuję jednak pewną sympatię do „Bloodrayne”. Znam i swego czasu, dość ostro zagrywałem się w grę komputerową o tym samym tytule. Bardzo brutalna zręcznościówka, z przyjemnym sterowaniem. Biega się tam w zwolnionym tempie i rozczłonkowuje nazistów. Niekoniecznie więc była to ambitna produkcja, ale nie można jej było odmówić pewnego uroku. Do tego była porządnie wykonana i grywalna. Przyjemność płynąca z grania była naprawdę znaczna. Ogólnie, był to taki „Matrix” w wersji komputerowej, oblany kubłami krwi i z latającymi kończynami w roli głównej.

Niestety ekranizacjom gier komputerowych zawsze brakuje jakiejkolwiek jakości. U podstaw kładzie się znaną markę i na niej buduje wieżę z plastiku i kiepskiego aktorstwa. Historię z gry, natomiast, przerabia się nieudolnie w taki sposób, żeby nadać jej Hollywoodzką strukturę. W rezultacie, film przestaje przypominać to co miał naśladować. Bloodrayne w grze walczyła z nazistami, a tutaj z jakimiś wieśniakami i wampirami przebranymi za wieśniaków. Tam było niesmaczne gore, a tutaj śladowe ilości krwi. Do tego Uwe Boll jest reżyserem… Także mierny efekt końcowy chyba od razu był zawarty w kontrakcie.

Co do opowieści jaką snuje reżyser, to opisywanie jej tutaj mijałoby się z celem. Żeby wspomnieć o każdym absurdzie zawartym w filmie, potrzeba by kosmicznych ilości zdań, które i tak donikąd by nas nie doprowadziły. Logiki tam nie ma. Półwampirzyca trzymana w niewoli, ucieka. Trafia do losowego kościoła w którym znajduje potężny artefakt. Potem, spotyka łowców wampirów i przekonuje ich, że jest OK. Z nieznanych nikomu powodów, uprawia z jednym z nich seks na kratach więziennych. Wszystko aby zabić swojego tatę, bo zabił mamę. A Boll po prostu kręcił to, i sklejał tak, żeby wszystko wyglądało o tyle, o ile.

Chociaż nie do końca. Jeden aspekt może się bardzo podobać. Mianowicie, kostiumy i lokacje. Stroje są porządnie wyszyte i wyglądają jak coś w czym można by chodzić mimo, że nie zawsze pasują do realiów filmu. Wszystkie sceny kręcone na świeżym powietrzu również wyglądają często całkiem nieźle, a zamki całkiem sympatycznie. Jednak sztuczność wkrada się do filmu z każdej strony, bo rekwizyty są miernej jakości. Rzuca to się w oczy na przykład, kiedy na końcu filmu Rayne przechodzi przez salę pełną trupów i zasiada na wampirzym tronie. Wydaje mi się, że miało być spektakularnie, a jest po prostu komicznie. Tron wygląda jak drewniane krzesło, niespecjalnie duże i wyraźnie niewygodne. W domu mam lepsze. A aktorstwo Kristiny Loken nie przekazuje zupełnie nic.

Poza tym, tak, gra tu kilka bardziej znanych Hollywoodzkich gwiazd jak Michael Madsen czy Michelle Rodriguez, a nawet Ben Kingsley! Widać, że reżyser wyciąga z aktorów wszystko co najgorsze. Każde z nich jednakowo beznamiętnie wypowiada swoje kwestie i macha plastikowymi mieczami obleczonymi sreberkiem od czekoladek. Madsen jest szczególnie bezpłciowy i wyraźnie liczy na to, że nikt tego filmu nie będzie oglądać. Kiedy go już zabijają to wygląda to jakby umierał z nudów i był mocno poirytowany, że zajęło to tak długo. Wspomniana Kristina Loken, grająca tytułową rolę, też jest przeciętna, ale to chyba akurat zgodnie z jej możliwościami. Idealnie nadawała się do „Terminatora 3” – dysponuje ona jedną miną i porusza się bardzo nienaturalnie w czasie wszelkich scen akcji. Czyli jest zupełną przeciwnością Michelle Rodriguez, która oprócz tego, że jest jedyną aktorką w filmie która potrafi walczyć mieczem, to jeszcze gra całkiem przekonująco. Sama jednak „Bloodrayne nie uratuje.

Najbardziej w filmie uderzyły mnie te wszystkie sceny akcji. Jak łatwo jest zapomnieć, że stoi za nimi zwykle armia kaskaderów i choreografów! Boll wydaje mi się, że nie miał ani jednego, ani drugiego, ani w sumie niczego. Kiedy Loken próbuje wykonać firmowy ruch Bloodrayne czyli naskok na przeciwnika z opleceniem nogami jego korpusu wygląda to po prostu dziwnie. Jak dzieci na podwórku nieudolnie naśladujące ciosy z filmów kung fu. Tutaj jednak punkt dla filmu, bo wywołał u mnie jakąś reakcję. Zrobiło mi się bardzo przykro, że biorę udział w tym widowisku.

Słabe filmy stają się zwykle kultowe, z tego względu, że potrafią widowni coś zaoferować w zamian za swój brak jakości. Dostarczają frajdę dzięki swojej nieudolności. Mają elementy które potrafią zauroczyć. Nie nudzą, a ciekawią. I tu jest największy problem „Bloodrayne”. Film jest przeszywająco wręcz nużący. Musiałem podchodzić do niego trzy razy. Dotrwałem do końca tylko dlatego, że przeczytałem, że gdzieś tam w jednej ze scen wystąpi Meatloaf otoczony przez prawdziwe rumuńskie prostytutki. Ot, następna ciekawostka, których jest dużo za mało, żeby powstrzymać się przed ziewaniem i przewijaniem.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 12, 2012 w Tragicznie Słaby Horror

 

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

Rob Zombie i morze przemocy. „Dom 1000 trupów” oraz „Bękarty diabła”.

Nie śledzę muzycznej twórczości Roba Zombie. Słyszałem kilka piosenek. Sympatyczne, ale nie porywające. Podobnie opinię miałem o jego filmach. W zasadzie wcześniej widziałem tylko jego remake „Halloween” z 2007 roku, który nie zrobił na mnie większego wrażenia. Poprawnie nakręcony i zagrany, nie oferował nic ponadto. Dlatego też nie garnąłem się specjalnie do obejrzenia jego wcześniejszych dokonań reżyserskich. Jak się okazało był to błąd.

Niekoniecznie błąd śmiertelny, ale głupi na pewno. Debiut Roba Zombie jako filmowca z 2003 – „Dom 1000 trupów” – to fantastyczny film. Pełen barwnych, ale też i strasznych postaci, a do tego nakręcony z dużą werwą. Niedoskonały, jednak na tyle świadomy tego co robi, że nie da się go nie lubić. Natomiast, sequel – „Bękarty diabła” – chociaż bardziej poukładany i znacznie brutalniejszy, to już trochę nie to samo. Teoretycznie Zombie poprawia wszystkie potknięcia poprzedniczki, ale w tracie, gdzieś po drodze, gubi większość frajdy jaką dawała część pierwsza.

Właściwie ta część pierwsza, czyli „Dom 1000 trupów” może wydawać się mało oryginalna. W końcu to horror w stylu „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Paczka nastolatków podróżuje przez południe Stanów Zjednoczonych i nadziewa się dosłownie i w przenośni na zgraję psychopatów. Co więcej, Rob Zombie nie stara się tu nawet wprowadzać jakichś większych urozmaiceń. Nie łamie zasad tego typu horroru, a postępuje według przyjętych reguł gry. Przynajmniej tak jest w przypadku fabuły filmu.

Wizualnie jest ciekawiej. Mamy krótkie scenki nagrane słabszej jakości kamerą, albo w czerni i bieli, albo w kompletnie psychodelicznych kolorach. Takie małe momenty, które powodują, że film wygląda taniej. Niczym produkcja telewizyjna. Kiczowato, ale w sposób pozytywny. Co więcej, w filmie jest też jedna scena gdzie w sposób genialny, Zombie kontrastuje przemoc na ekranie ze skoczną country. Bardzo tarantinowsko. Reszta filmu nakręcona jest poprawnie. Nie ma tam żadnych potknięć, których być może, można by się spodziewać, po muzyku, który zdecydował się zostać reżyserem. Ogólnie, film ma żywy rytm, ciągle coś się dzieje, a te wspomniane dziwne wstawki nadają mu dodatkowego uroku.

„Domowi” brakuje natomiast skupienia. Przez pierwszą część filmu nie wiadomo właściwie kto tu jest głównym bohaterem. W filmie występuje cała masa postaci i mniej znanych aktorów – mamy Rainna Wilsona z „The Office” i Waltona Gogginsa z „The Shield”. Jednak pozytywne postaci są nudne i niesympatyczne. Właściwie, są tylko jednowymiarowym tłem dla galerii degeneratów. Oni właśnie, te czarne charaktery, są najważniejsi w tym filmie. Chociaż, wydawać by się mogło, że taki kapitan Spaulding, grany przez Sida Haiga jest niepotrzebny dla fabuły. Jako że bez niego w historii zmieniłoby się niewiele. To jednak jaka byłaby to strata dla widzów! Gdybym miewał koszmary z klaunami, to każdy z nich miałby żółtozębą twarz Haiga.

Kolejną postacią, która dominuje w każdej scenie w jakiej występuje, to Otis, grany przez Billa Moseleya. Szaleństwo w oczach, charakterystyczny głos i wygląd niczym ghul. Do tego Otis bez przerwy wpada w dłuższe pokręcone monologi, gdzie tłumaczy swoje szaleństwo buntem przeciwko kulturze i chęcią uwolnienia swojej artystycznej duszy. Po prostu, uwielbiam tę postać. Dla równowagi, tak jak w każdym filmie Roba Zombie, występuje tu też jego żona, Sheri Moon. Jej gra aktorska momentami jest trochę sztuczna, ale widać że rola została dość dobrze dopasowana do jej osobowości. Słodka wariatka w stylu Harley Quinn.

Na końcu filmu dostajemy jeszcze Doktora Satana i jego pomagiera. Scenka z nimi jest krótka, ale makabryczna i w jakimś stopniu przyczyniła się do statusu kultowości „Domu 1000 trupów”. Doktora było jednak za mało. Każdej postaci było za mało! Aż się prosiło o więcej. I Rob Zombie rzeczywiście dał nam więcej. W drugiej części w głównej roli występuje jego żona, Otis oraz Kapitan. Idealne trio. Żal, że zabrakło Dr. Satana, ale mimo wszystko zapowiadało się świetnie.

„Bękarty diabła” zaczynają się również bardzo ciekawie. Zombie rozprawia się w końcu w realistyczny sposób z rodzinką psychopatów. Nasyła na nich policję, dobrze uzbrojoną i w dużej ilości. Czego efektem jest rozbicie ich domu 1000 trupów i zmuszenie głównych postaci do wyruszenia w drogę. Zmienia się więc otoczenie, a także klimat. Z dusznego domu, przenosimy się na słoneczne i pustynne drogi.

Transformacja zachodzi też w postaciach. O ile Baby, grana przez Sheri Moon Zombie, jest tą samą postacią co wcześniej, to Otis już niestety nie. W pierwszej części szalony i gadatliwy, w drugiej cichnie. Zombie przerabia go na Charlesa Mansona. Tym bardziej, że po zapuszczeniu brody, Moseley wygląda łudząco podobnie do tego psychopatycznego mordercy. Z resztą nawet wkrótce będzie go grał w innym filmie. Dla „Bękartów diabła” jednak ta przemiana jest bardzo negatywna. Otis wydaje się zmęczony i dostaje tylko jedną dobrą scenę, kiedy w „Domie” miał ich na pęczki. To samo, moim zdaniem, tyczy się Kapitana Spauldinga. Tutaj na szczęście postać pozostała niezmieniona. Kapitana jest też więcej, ale sceny może poza dwiema, to nie to samo co w poprzedniej części.

W zamian dostajemy jednak nową postać. Szeryfa Wydella, granego przez Williama Forsytha. Teraz to on dostaje wszystkie najlepsze teksty i występuje w najlepszych scenach. Przerabia sławną rozmowę z lustrem z „Taksówkarza” i kłóci się z krytykiem filmowym na temat braci Marx. Ogólnie, mimo że koncentracja filmu zostaje przesunięta na czarne charaktery, to właśnie Wydell jest najciekawszą postacią w „Bękartach diabła”. Jest on też godnym przeciwnikiem dla bękartów i powoduje, że w filmie pojawia się jakieś napięcie. Być może ci wariaci nie mogą już czuć się bezpiecznie?

Jak wspomniałem, w „Bękartach diabła” świata reflektorów przesuwają się na zgraje psychopatów. Z nimi w centrum, obraz zyskuje na brutalności trzykrotnie. Scena w motelu, podobnie do tej z „Od zmierzchu do świtu” może mrozić krew w żyłach. Jako że reżyser przesadnie znęca się nad niewinnymi ofiarami, które, oczywiście, są kobietami. Różnica pomiędzy filmami jest taka, że „Dom” pokazywał przemoc przerysowaną, momentami zahaczającą o gore. Zawsze gdzieś w tej przemocy był humor, czarny bo czarny ale jednak. Wizualnie leje się dużo krwi, ale wszystko jest wyraźnie fikcją. Tymczasem w „Bękartach” przemoc staje się bardziej realna. Mansonopodobny Otis i seksualna przemoc oraz psychologiczne znęcanie się w motelu raczej mierżą niż bawią. Film popada w torture porn. Na szczęście jednak, w drugiej części z powrotem odzyskuje swoje szaleństwo. W dużej mierze staje się tak dzięki pojawieniu się Danny’ego Trejo (Machete!) oraz Michaela Berrymana. Chociaż znowu, postaci jakie grają, otrzymują za mało scen. Mimo to, zakończenie jest przepięknie, i wyciąga ten film ponad przeciętność.

Warto wspomnieć też o reżyserii, która została ugrzeczniona i dopasowana do Hollywoodzkich standardów. Film ogląda się tak jak inne współczesne horrory. Metaliczne kolory i pomarańcze królują. Żadnych wstawek z inną kamerą, poza jedną na początku filmu, która jest tu chyba tylko jako gest pożegnalny dla starej stylistyki. Za to w „Bękartach” znajduje się dużo więcej scen z kontrastującą muzyką. One akurat trzymają poziom, szczególnie scena finałowa z „Freebird” Lynyrd Skynyrd.

Podsumowując, mamy tutaj do czynienia z dwoma brutalnymi horrorami. Co do tego nie można mieć wątpliwości. Pierwszy, „Dom 1000 trupów”, to film pełen pomysłów, z wieloma dobrymi, krwawymi i zapadającymi w pamięć scenami. Wart polecenia. Drugi, „Bękarty diabła” jest moim zdaniem słabszy, nadal ma jednak sporo do zaoferowania. W końcu jest to kontynuacja, która rozwija historię i zapewnia jej zakończenie. Po obejrzeniu „Domu”, tak naprawdę, ciężko sobie odmówić sprawdzenia „Bękartów”.
Na 2012 rok, Rob Zombie zapowiada kolejną niezależną produkcję spod znaku horroru, pod tytułem „The Lords of Salem”. Liczę na powrót do stylistyki „Domu 1000 trupów”. Nic nie wskazuje na to, żebym się przeliczył :]

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Grudzień 19, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

Dzieci i duchy głosu nie mają. „Kręgosłup diabła”.

Plakat. Taki sobie.Przeszukując internet w poszukiwaniu czegoś wartego obejrzenia, trafiłem na „50 najwyżej ocenianych horrorów według Rotten Tomatoes”. Żeby nie marnować czasu, od razu przeskoczyłem do pierwszych miejsc na liście. Są tam bardzo bardzo dobre filmy – pierwsza jest „Psychoza” Hitchcocka, trzeci „Wysyp Żywych Trupów” Wrighta, czwarte „Dziecko Rosemary” Polańskiego. Natomiast, na piątym miejscu znajduje się film Guillermo del Toro, reżysera którego cenię za stronę wizualną jego filmów, a także fantastyczny klimat który w nich wytwarza. Zawsze dba on o to aby potwory wyglądały wyjątkowo i zapadały w pamięć. Del Toro unika przeciętności. Bardzo dobra cecha u twórcy horrorów. Kocham oba jego „Hellboye” i „Labirynt Fauna”, a nawet „Blade 2”. Jednakże na tym piątym miejscu listy Rotten Tomatoes znajduje się inny film – „Kręgosłup diabła”.

Jest to produkcja z 2001 roku, czyli jeszcze z czasów kiedy del Toro nie pracował dla Hollywood. Wiąże się to z niższym niż zwykle budżetem. Jednak to prawie nigdy nie stanowi problemu w horrorach. Nie jest inaczej i tutaj. Film jest cudowny, trochę baśniowy, trochę poetycki, a jednocześnie brutalny. Czy jest też straszny? Nie powiedziałbym, ale nie to jest siłą del Toro. Jego siłą jest to, że daje filmom serce i duszę.

„Kręgosłup diabła” rozgrywa się w czasie wojny domowej w Hiszpanii w latach trzydziestych a w głównej roli są dzieci. Naprawdę dobrze grające dzieci. Innymi słowy, są tu pewne podobieństwa do „Labiryntu Fauna”. Zagrożenie jest jednak bardziej realne, nie ma tu takiego wymieszania ze snem i fantazją jak w „Labiryncie”. Sam del Toro nazywa oba te filmy rodzeństwem, „Kręgosłup” jest chłopcem, a „Labirynt” dziewczynką.

Fabuła filmu wydaje się na początku przewidywalna i ograna. Chłopiec trafia do sierocińca. Inne dzieci go nie lubią, jeden się nad nim znęca. Jednak chłopiec wykazuje się dużą odwagą i zdobywa szacunek kolegów. To jest na szczęście tylko pierwszy akt. Del Toro buduje swoje postaci, które w drugiej części filmu spotkają wyzwania, którym nie każda z nich będzie w stanie sprostać. W tym powolnym wstępie nadal pojawiają się ciekawe pomysły – bomba która „żyje” i specyficzny sposób pędzenia rumu przez jednego z głównych bohaterów. Dzięki temu łatwiej jest wytrzymać do momentu kiedy del Toro odkrywa wszystkie karty i mistrzowsko rozwija swoją historię.

W przeciwieństwie do innych filmów Guillermo, nie ma tu żadnych potworów. To ludzie grają tu główną rolę i oni są źródłem zła. Jedynym elementem fantastycznym jest duch, którego obrazek znajduje się powyżej. Moim zdaniem wygląda naprawdę dobrze. Widać inspiracje japońskimi horrorami, ale bardzo dobrze wpasowuje się on także i do tej hiszpańskiej produkcji.

Film „Kręgosłup diabła” ma bardzo satysfakcjonujące zakończenie, historia opowiedziana w filmie oferuje też wiele niespodzianek. Aktorstwo stoi na wysokim poziomie, tak u dorosłych aktorów, jak i tych dziecięcych. Warto, warto, warto obejrzeć.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Sierpień 17, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , ,

Dystopijne piątki #2 – Uwięzieni w latach pięćdziesiątych. „Harrison Bergeron”.

Plakat "Harrison Bergerona"

Kurt Vonnegut jest świetnym pisarzem, ale bardzo ciężko byłoby zekranizować któreś z jego dzieł. Nie tylko z powodu specyficznego humoru, ale też dlatego że trzyma się on z dala od realizmu. Jego historie są często przepełnione absurdalnymi wydarzeniami, które w żadnym innym medium nie sprawdziły by się tak dobrze jak w formie książkowej. Jednak nie przeszkodziło to reżyserom w ciągłym dobieraniu się do dość krótkiego opowiadania z 1961, pod tytułem „Harrison Bergeron”. Skąd to zainteresowanie i czy przekłada się ono na interesujące rezultaty?

Jest rok 2081, a w USA wiele się zmieniło od 1961. Do konstytucji wprowadzono ponad 200 poprawek, a te kilka ostatnich doprowadziło do osiągnięcia całkowitego równouprawnienia – każdy we wszystkim ma takie same możliwości. Utopia? Oczywiście, że nie. Tę cudowną równość osiągnięto poprzez przytemperowanie tych wszystkich obrzydliwych ludzi wywyższających się ponad przeciętność. Odpowiednie ograniczniki zostały przypisane do każdego aby nikt nie mógł się wybijać przed szereg – ani intelektem ani cechami fizycznymi. Syn państwa Bergeron, Harrison, był jednak zbyt wyjątkowy. Ciągle trzeba było dodawać mu nowe ograniczenia, był zbyt silny, zbyt mądry, praktycznie boski. A miał dopiero 14 lat. Stąd państwo zareagowało pozbywając się jednostki która miała problemy z przestrzeganiem prawa. Wrzucono go do więzienia aby nie irytował innych praworządnych i równych obywateli.

Teoretycznie tak zaczyna się opowiadanie, a tuż później się kończy. Nie ma za wiele materiału z którym można pracować. Za to jest bardzo ciekawa historia na temat wyrównywania szans jednostek w społeczeństwie. Filmowcy zostali postawieni przed wyborem – opowiedzieć to dokładnie tak samo w krótkometrażowej formie, albo rozbudować tą historię aby mogła wypełnić półtoragodzinny film. W wypadku „Harrisona Bergerona” oba podejścia zostały wypróbowane z zaskakującym rezultatem.

Sean Astin jako Harrison BergeronNapiszę to od razu – film telewizyjny z 1995 jest świetny. Czerpie ile się da z opowiadania i rozszerza je w sposób fantastyczny. Przynajmniej przez pierwsze pół godziny. Wtedy ukazane są nam wszystkie te małe pomysły na które twórcy wpadli, które z humorem uzupełniają treść opowiadania. Sama idea, żeby umieścić akcję w permanentnych latach pięćdziesiątych Ameryki jest natchniona. Jedna z postaci tłumaczy to tym, że po prostu wtedy ludzie byli najbardziej zadowoleni i ten okres wspominają z największą nostalgią. Dlatego władze zdecydowały się utrwalić rozwój społeczeństwa i technologii w tym okresie. Należy też zauważyć, że ten czas jest współcześnie postrzegany jako okres nudnej stagnacji – wszystko co było ‚inne’ należało tępić i ograniczać. Dlatego też lata 60. w USA były takim wybuchem na płaszczyźnie społecznej – rewolucja seksualna, narkotyki, hipisi. Wracając jednak do filmu, jest w nim też sporo innych smaczków, których próżno szukać w historii Vonneguta – najbardziej pożądana ocena w szkole to 3, prezydent jest idiotą rzucającym na lewo i prawo przekleństwami, stworzono nawet intelektualne domy publiczne, gdzie panie oferują możliwość rozegrania partyjki w szachy albo poprowadzeniem poważnej dyskusji na tematy naukowe.

Niestety schody zaczynają się w drugiej półgodzinie filmu. Tutaj dodatki scenarzystów nie sprawdzają się już tak dobrze i nie współgrają z duchem Vonnegutowskim. Zmiany względem oryginału okazują się dużo drastyczniejsze niż wcześniej można by podejrzewać. Film wchodzi na wszystkie dystopijne klisze, sięgające „Roku 1984” Orwella. Przede wszystkim nagle okazuje się że władze dążą do równości żeby zapobiec wojnom i przemocy. Powód to dość naiwny i ograny. Vonnegutowi chodziło raczej o równość jako klucz do lepszego życia i zadowolenia. Twórcy filmowi zeszli trochę z tego tematu i weszli na terytorium totalitaryzmu/autorytaryzmu i tych tajnych społeczeństw którym żyje się lepiej kiedy szarzy obywatele cierpią. Mamy nawet postać Wielkiego Brata, przywódcy który jest jak wszyscy inni fikcyjni autorytarni przywódcy – wydaje się płaski. Na szczęście z czasem okazuje się że ma trochę więcej wymiarów. Niestety nie można tego samego powiedzieć o głównej postaci kobiecej. Mimo że zagrana jest ona bardzo dobrze, to jednak rola jest bardzo słaba – całkowicie podporządkowana rozwojowi Harrisona. Szczególnie rzuca się to w oczy w końcówce.

Te ostatnie półgodziny właśnie, momentami się dłuży i pojawia się w nim kilka dziur fabularnych. Jednak twórcy są w stanie przepięknie wyciągnąć się z tego dołka – dwie ostatnie sceny są idealne i w bardzo logiczny sposób zamykają wszystkie wątki.

Film więc mimo pewnych problemów jest wart obejrzenia i ma do zaoferowania dużo dobrego. Bardzo luźno traktuje inspiracje opowiadaniem. Widać to już z resztą na pierwszy rzut oka, jako że Sean Astin, który gra główną rolę w filmie, nie wygląda na 14 letniego Adonisa, którego mamy w opowiadaniu. Najważniejsze jednak, że twórcy próbowali zrobić coś ciekawego, nie wszystko się udaje, ale jak pisałem, rezultat jest bardzo ciekawy. Zupełne przeciwieństwo dokładnej interpretacji jaką jest „2081”.

Harrison Bergeron w "2081"Ten film krótkometrażowy z 2009, wydaje się bardzo wierną adaptacją opowiadania Vonneguta. Pierwsze sceny są wręcz doskonałe pod każdym względem. Gra aktorska stoi na bardzo wysokim poziomie, a sami aktorzy zostali wybrani z niesamowitą dbałością – po przeczytaniu opowiadania, dokładnie tak wyobrażałem sobie państwa Bergeron. Co więcej, scenariusz cytuje opowiadanie słowo w słowo przez większość filmu. Modyfikacje wprowadzając jedynie z rzadka. Niestety, kiedy Harrison Bergeron wchodzi na scenę, zaczyna gadać i gadać i gadać. Zamiast prostoty i humoru Vonneguta – „Jam jest cesarzem! Kto chce być moją cesarzową!?”, mamy ideologiczną nadbudówkę. Harrison tłumaczy nam jak to się biedny męczył w niewoli i do tego straszy ludzi bombą. Tu jest największy problem tego filmu. Jest on w stu procentach poważny. Nie twierdzę, że nie dałoby się tego zrobić w sposób dramatyczny, szczególnie że muzyka w filmie jest cudowna. Bardzo klimatyczne orkiestralne utwory świetnie potęgują klimat. Niestety wystąpienie Harrisona nie wydaje się szczere, a rozwiązanie konfliktu, mimo pewnych podobieństw do książki jest dużo słabsze i znowu mamy bzdurnie poprowadzoną rolę kobiecą. Za to ograniczniki i ogólnie kostiumy są bardzo porządne i właśnie ze względów wizualnych myślę że warto poświecić te pół godziny na ten film. Co prawda reżyseria jest nieszczególna i widać, że reżyser bardziej starał się ukryć niski budżet niż zadziwić widza ciekawymi ujęciami, ale „2081” stanowi dobre uzupełnienie „Harrisona Bergerona”. Inne podejście, inne rezultaty, ale ten trochę absurdalny Vonnegutowski klimat udało się zachować w połowie scen dziejących się w mieszkaniu państwa Bergeron. Dla nich można to obejrzeć – link.

Podsumowując, Kurt Vonnegut wielkim pisarzem jest, jego opowiadanie sprzed dokładnie pięćdziesięciu lat nadal jest świetne i nie postarzało się ani trochę. Vonnegut patrzy z przekąsem na socjalistyczne dążenia do wyrównywania szans. Każdy z nas rodzi się równym, ale nie takim samym. Jeśli pozwolimy systemowi zajść za daleko w próbach równania nas wszystkich do jednego poziomu może dojść do tragedii. Vonnegut jednak patrzy na to z charakterystycznym sobie dystansem, przez co jego wiadomość jest bardziej efektywna. Filmy nie radzą sobie z tym tak dobrze, niepotrzebnie przegadując przesłanie. Nie zmienia to faktu, że w wersji z 1995 zbudowano kompletny świat i społeczeństwo, dzięki czemu film w oddzieleniu od opowiadania trzyma się również bardzo silnie, jest po prostu ciekawą dystopią.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Sierpień 4, 2011 w Dystopijne Piątki

 

Tagi: , , , , , ,

Nie bój się rednecka, mała! „Tucker & Dale vs Evil”.

Tucker i Dale, troszkę upaprani krwią.To będzie krótka recenzja, bo naprawdę nie ma nad czym się rozpisywać. „Tucker and Dale vs Evil” to mistrzowsko poprowadzona i brutalna, a zarazem sprytna czarna komedia. To zdeformowane dziecko „Martwego zła” i „Piątku trzynastego” z nieprawego łoża.

Scenariusz filmu ma kilka fantastycznych zwrotów akcji i nie chcę zaspoilerować żadnego z nich. Co jednak warto, a wręcz powinno się zaznaczyć to, to że mamy do czynienia z cudownym odwróceniem slaszerowych kliszy. „Zgraja nastolatków wyjeżdża na wakacje na dalekie południe USA. Następnie są kolejno zabijani.” Jasne, tak, tak jak zawsze. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Nieporozumienia i nagłe śmierci, które napędzają ten film, nadają mu specyficzną oryginalność. W rezultacie „Tucker & Dale” mają świeżość pierwszego „Krzyku” i wszystkich części „Martwego zła”. Oglądaniu filmu towarzyszy głupi szeroki uśmiech na twarzy widza.

Również aktorstwo jest bardzo dobre jak na tego typu produkcję. Każdy gra swoje – trochę wariactwa, trochę niewinności, kubły czerwonej farby robią resztę. Główni bohaterowie są bardzo sympatyczni, a ci źli mają poważne problemy psychiczne. Wszystko jest takie jakim być powinno.

Dla każdego fana slasher horroru, obejrzenie „Tucker & Dale vs Evil” to absolutna konieczność. Film bawi się konwencją i igra z oczekiwaniami widzów, zapewniając krwawe i pocieszne półtora godziny. Dla fanów gatunku i nie tylko, acz sugerowany jest mocny żołądek.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Czerwiec 23, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , ,

Szkło, kosiarka i fontanny krwi. „Hobo with a Shotgun”.

Zły Rutger ze strzelbą, prostytutka o złotym sercu i żółte tło.

Czego można się spodziewać po filmie, który nosi tytuł „Bezdomny ze strzelbą”? Taniej produkcji pełnej przemocy i wszechobecnego brudu? Czy też prostytutki o złotym sercu kochającej niedźwiadki? Ten niesamowity obraz filmowy dostarcza nam wszystko to  i jeszcze więcej!

„Hobo with a shotgun” zapoczątkował swój żywot jako jeden z fałszywych trailerów towarzyszących Grindhouseowym produkcjom Tarantino i Rodrigueza. Teraz „Hobo” stał się  drugim już filmem pełnometrażowym, po „Machete”, który możemy obejrzeć w całej jego półtora godzinnej chwale.

Scenariusz jest nader prosty. Tytułowy bezdomny, który podróżuje po świecie zbierając pieniądze na wymarzoną kosiarkę, trafia do miasta grzechu rządzonego przez brutalny gang. Tam widząc co się się dzieje na ulicach postanawia samotnie wymierzyć bandziorom sprawiedliwość. Przez cały film trup ściele się gęsto, farbowana krew wylewa się z ekranu, a sztuczne flaki lądują bez przerwy na podłodze.

Aktorstwo jest momentami naprawdę fatalne. Czarne charaktery dużo się śmieją i denerwują, natomiast główna bohaterka dużo się przejmuje i krzyczy. Z drugiej strony, do Rutgera Hauera ciężko się przyczepić, bo to aktor o kilka klas wyższy niż cała ekipa tworząca ten film razem wzięta. Oczywiście gra tutaj bezdomnego ze strzelbą, więc jego aktorstwo też nie sięga artystycznych szczytów, ale miło jest go znowu zobaczyć i powspominać jego legendarną kreację z „Łowcy Androidów”.

Jednak co jest tutaj najważniejsze, moim zdaniem, to przemoc. Film kipi od wulgarnej brutalności, ale zarazem jest przepięknie finezyjny na ten swój krwawy sposób. Nie ma tutaj takiej kreatywnej stagnacji jak chociażby w ostatnim remake’u „Halloween”, gdzie Mike Myers nudnie dźgał każdą ze swoich ofiar. W „Hobo” głowy są urywane, a kończyny rozszarpywane na kawałki, w tle natomiast tańczy striptizerka.

Niestety, „Hobo with a Shotgun” to bardzo tania, a zarazem niszowa produkcja. Poziom przemocy, nieznany reżyser i ograniczona dystrybucja powodują że nie jest, ani nie będzie on zbyt znany. Film nawet nie trafi do naszych kin. Pozostaje więc sprowadzać sobie DVD/Bluray z zagranicy. Oczywiście, najlepiej wtedy kiedy już będzie dostępny w jakiejś niższej cenie. Z całą pewnością jednak można go obejrzeć więcej niż raz. Wystarczą duże ilości alkoholu i znajomi o podobnej „wrażliwości”.

Gdybym miał ocenić ten film, to dałbym mu dziesięć na dziesięć i sto na sto. „Hobo” dostarcza to co obiecał. Rutger dużo strzela i żuje szkło, bo nadal jest twardzielem, mimo że bezdomnym. Każdy zły charakter jest  naprawdę zły. Wszystko co się postaciom przytrafia, absolutnie im się należy. Podsumowując, jest to tani niesmaczny horror, który zaspokoi wszelkie potrzeby fanów taniego niesmacznego horroru.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Maj 28, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , ,

Pluszowy zew. Maskotki z Horrorów.

Marketing jest nieodłączną częścią horroru. Początków tego stanu rzeczy można doszukiwać się w latach siedemdziesiątych/osiemdziesiątych, kiedy ukazały się pierwsze części serii slasherów, które ciągną się po dziś dzień. Trzynaście „Piątków trzynastego”, osiem filmów z Freddim Kruegerem i dziesięć „Halloweenów”. Współcześnie po palcach dzielnie depcze im “Piła”, która ma już sześć części. Im dalej w danej serii tym więcej krwi i więcej pięknych kobiet ochlapanych krwią. Czymś trzeba przyciągać ludzi do kin. Kreatywna przemoc z faworytami dzierżącymi ostre narzędzia, sprawdza się najlepiej. Co, w takim razie, mają z tym wspólnego pluszowe misie?

Otóż każda filmowa marka otoczona jest tysiącami gadżetów. Koszulki, figurki, gry, kubki, maski, książki. Wystarczy spojrzeć na „Gwiezdne Wojny” czy na „Władcę Pierścieni”. Fan kupi wszystko ze znanym logo. Z takiego założeniPluszowy Ash z odczepianą piłą.a zdają się wychodzić producenci. Kiedy jeszcze oferują coś tematycznie powiązanego, to czemu nie? Noże kuchenne z logiem „Piątku trzynastego”? „Tak ostre, że przekroją każdy rodzaj mięsa.”. Podoba mi się. Chcę.

Co mnie jednak zastanawia to moment, w którym myśli speców od marketingu idą w kierunku przytulanek, i łączą je, jakimś cudem, z horrorem. „Jak widzę Obcego to co myślę? Chcę przytulić!” Geiger na pewno projektował go z tą myślą w głowie. „Pluszowy Facehugger! On ma przytulanie w nazwie! To było tak oczywiste!”

Niemiecka strona S.P.A.C.E. oferowała pluszowe wersje Facehuggerów (z jajem bądź bez), oraz Chestbusterów. Ósmy pasażer Nostromo we wczesnych stadiach rozwoju. Ceny między 30 a 35 euro. Drogo, ale trudno sobie odmówić mięciutkiej główki Aliena na swoim podbrzuszu. Ponadto Twarzoprzytulacz był w skali 1:1. Jeśli jest coś słodszego, to chyba tylko rozszczepialny zombi.

Na stronie Think Geek znajdujemy Dismember-me Zombie, czyli pluszaczka, któremu można odłączać kończyny i głowę. Jest też możliwość rozłączenia go przez środek, tam odnajdujemy pluszowe flaki. W komplecie też pluszowy mózg. Pysznie, cena $13. W temacie zombi i rozczłonkowania, nie można pomijać Asha z serii Martwe Zło. Odczepiana piła łańcuchowa, to to o czym marzą dziewczyny, 6 funtów.

Na stronie Mezco Toys znajdujemy pluszowe wersje Jasona Voorheesa, Freddiego Kruegera oraz Leatherface’a. Nie ma to jak poprzytulać się do bohatera jednego ze swoich ulubionych Slasher Horrorów. Kosztują one po $30 od sztuki. Zrobione w specyficznym stylu, mogą się podobać. Pan Układanka z serii Piła? Oczywiście. Znikąd pozycja najbardziej opłacalnej horrorowej serii się nie wzięła. Sideshow wyprodukowało swoją wersję – 12-calową za 20 dolarów. Wyprzedana. Neca nadPrzerażający? Te jego słodkie oczka i długie macki. Mmmmm.al oferuje za $16 swoją 9 calową maskotkę. O dziwo, Cenobici z „Hellraisera” i Michael Myers z „Halloween” uniknęli mody na pluszaki. Zupełnie nie wiem z czego to wynika. Maskotki nie lubią gwoździ? Chyba kochają, bo znalazłem misia przebranego za najsławniejszego cenobitę, czyli Pinheada.

To, że plusz nie uznaje żadnych świętości, widać na przykładzie Wielkich Przedwiecznych. Istoty żyjące od eonów, gotowe pochłonąć świat kiedy się przebudzą. Na stronie Entertainment Earth, znajdujemy pluszowego Cthulhu z przyssawkami na kończynach. Przynajmniej jest jednym z tańszych pluszaków – tylko $12. Z opisu: „Cthulhu Cię obserwuje. (…) Nie odwracaj się plecami do tego słodkiego i kolorowego pluszaka, który udowadnia, że nawet sam wielki Cthulhu ma naturę podglądacza.” Na tej samej stronie znajdujemy również szmacianką lalkę Cthulhu, którą możemy wykorzystać jako marionetkę i odgrywać teatrzyk. Proponuję scenki z pożeraniem wyznawców (Kulfona i Moniki?). Zresztą Toy Vault wyprodukował też zwykłego pluszaka Cthulhu za $10. Dłuższe macki u twarzy ma. Zielony bobasek. Można go jednak jeszcze bardziej osłodzić: ElvisCthulhu, Cthulhu-Superbohater i Cthulhu Agent Specjalny. Na szczęście produkty posiadają też małe elementy, którymi łatwo można się zadławić. Albo można pokrzyczeć, razem z krzyczącym Cthulhu.

Nie mam zamiaru opisywać pluszaków Draculi, potwora Frankensteina oraz laleczki Chucky, ponieważ pierwsze dwa potwory są tak głęboko zakorzenione w popkulturze, że zdziwiłbym się gdybym nie odnalazł żadnych pluszaków z nimi (nie zdziwiłem się, było dużo, bardzo, np. Dracthulhu). Chucky? Ona jako jedyna tu względnie pasuje, jak sądzę. Także ciężko się obrażać, że ktoś chce się przytulać do brzydkiej lalki.

Na koniec dla zabawy sprawdziłem czy istnieje pluszowa wersja Necronomiconu. Jak się okazało nie powinienem sobie żartować w tej materii… 100 dolców na Amazonie… Pluszowa oprawka. W środku wesołe obrazki Przedwiecznych i krótkie opisy, napisane dużą czcionką. Recenzje na stronie sugerują, że dzieci to kochają!

Całe zjawisko pluszanych horror-maskotek ma dość ograniczony zasięg. Jak sądzę, nie każdy o nich wie, nie każdy by je tolerował i nie są szeroko reklamowane. Większość z wymienionych przeze mnie pluszaków jest już wyprzedana, co jednak świadczy, że popyt na nie istnieje… Może płeć żeńska lubi się przytulić do pluszowego psychopaty/potwora? Może te maskotki to świetne prezenty na 31 października, a może po prostu ojcowie mogą dzięki nim bezboleśnie i bezkrwawo wprowadzić swoje małe pociechy w świat horroru? Pewnie tak, ja zaspokoję się koszulką „Głosuj na Cthulhu”. On by nigdy do tego zamieszania nie dopuścił.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 21, 2009 w Inne

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,