RSS

Archiwa tagu: Horror

Flaki z olejem w polewce z przeciętności. „Bloodrayne”.

Unikam produkcji filmowych Uwe Bolla jak ognia. Marnowanie godzin z życia na jego nakręcone na kolanie projekty, to naprawdę coś czego nie potrzeba mi do szczęścia. Co mnie jednak zaintrygowało w Bloodrayne to przypadkowo znaleziona wypowiedź scenarzystki. Otóż, podobno w trakcie kręcenia filmu dostała telefon od jednego z producentów, który poinformował ją, że film może odrobinę różnić się od jej wyobrażeń. Uwe Boll w zasadzie nie mówi po angielsku i stąd może być ona trochę zaskoczona efektem końcowym. Jej reakcja?

Podczas premiery filmu, pani scenarzystka śmiała się do rozpuku. Oczywiście, jak to w wypadku produkcji Uwe Bolla była jedyną osobą, która okazywała jakiekolwiek pozytywne emocje w trakcie projekcji. Chociaż wyobrażam sobie, że sam Uwe siedział dumny jak paw, niczym Ed Wood, kontemplując swoją wspaniałość. W każdym razie, uznałem, że może warto spróbować. Może film będzie tak zły, że aż dobry.
Czasami ludzka naiwność nie zna granic…

Czuję jednak pewną sympatię do „Bloodrayne”. Znam i swego czasu, dość ostro zagrywałem się w grę komputerową o tym samym tytule. Bardzo brutalna zręcznościówka, z przyjemnym sterowaniem. Biega się tam w zwolnionym tempie i rozczłonkowuje nazistów. Niekoniecznie więc była to ambitna produkcja, ale nie można jej było odmówić pewnego uroku. Do tego była porządnie wykonana i grywalna. Przyjemność płynąca z grania była naprawdę znaczna. Ogólnie, był to taki „Matrix” w wersji komputerowej, oblany kubłami krwi i z latającymi kończynami w roli głównej.

Niestety ekranizacjom gier komputerowych zawsze brakuje jakiejkolwiek jakości. U podstaw kładzie się znaną markę i na niej buduje wieżę z plastiku i kiepskiego aktorstwa. Historię z gry, natomiast, przerabia się nieudolnie w taki sposób, żeby nadać jej Hollywoodzką strukturę. W rezultacie, film przestaje przypominać to co miał naśladować. Bloodrayne w grze walczyła z nazistami, a tutaj z jakimiś wieśniakami i wampirami przebranymi za wieśniaków. Tam było niesmaczne gore, a tutaj śladowe ilości krwi. Do tego Uwe Boll jest reżyserem… Także mierny efekt końcowy chyba od razu był zawarty w kontrakcie.

Co do opowieści jaką snuje reżyser, to opisywanie jej tutaj mijałoby się z celem. Żeby wspomnieć o każdym absurdzie zawartym w filmie, potrzeba by kosmicznych ilości zdań, które i tak donikąd by nas nie doprowadziły. Logiki tam nie ma. Półwampirzyca trzymana w niewoli, ucieka. Trafia do losowego kościoła w którym znajduje potężny artefakt. Potem, spotyka łowców wampirów i przekonuje ich, że jest OK. Z nieznanych nikomu powodów, uprawia z jednym z nich seks na kratach więziennych. Wszystko aby zabić swojego tatę, bo zabił mamę. A Boll po prostu kręcił to, i sklejał tak, żeby wszystko wyglądało o tyle, o ile.

Chociaż nie do końca. Jeden aspekt może się bardzo podobać. Mianowicie, kostiumy i lokacje. Stroje są porządnie wyszyte i wyglądają jak coś w czym można by chodzić mimo, że nie zawsze pasują do realiów filmu. Wszystkie sceny kręcone na świeżym powietrzu również wyglądają często całkiem nieźle, a zamki całkiem sympatycznie. Jednak sztuczność wkrada się do filmu z każdej strony, bo rekwizyty są miernej jakości. Rzuca to się w oczy na przykład, kiedy na końcu filmu Rayne przechodzi przez salę pełną trupów i zasiada na wampirzym tronie. Wydaje mi się, że miało być spektakularnie, a jest po prostu komicznie. Tron wygląda jak drewniane krzesło, niespecjalnie duże i wyraźnie niewygodne. W domu mam lepsze. A aktorstwo Kristiny Loken nie przekazuje zupełnie nic.

Poza tym, tak, gra tu kilka bardziej znanych Hollywoodzkich gwiazd jak Michael Madsen czy Michelle Rodriguez, a nawet Ben Kingsley! Widać, że reżyser wyciąga z aktorów wszystko co najgorsze. Każde z nich jednakowo beznamiętnie wypowiada swoje kwestie i macha plastikowymi mieczami obleczonymi sreberkiem od czekoladek. Madsen jest szczególnie bezpłciowy i wyraźnie liczy na to, że nikt tego filmu nie będzie oglądać. Kiedy go już zabijają to wygląda to jakby umierał z nudów i był mocno poirytowany, że zajęło to tak długo. Wspomniana Kristina Loken, grająca tytułową rolę, też jest przeciętna, ale to chyba akurat zgodnie z jej możliwościami. Idealnie nadawała się do „Terminatora 3” – dysponuje ona jedną miną i porusza się bardzo nienaturalnie w czasie wszelkich scen akcji. Czyli jest zupełną przeciwnością Michelle Rodriguez, która oprócz tego, że jest jedyną aktorką w filmie która potrafi walczyć mieczem, to jeszcze gra całkiem przekonująco. Sama jednak „Bloodrayne nie uratuje.

Najbardziej w filmie uderzyły mnie te wszystkie sceny akcji. Jak łatwo jest zapomnieć, że stoi za nimi zwykle armia kaskaderów i choreografów! Boll wydaje mi się, że nie miał ani jednego, ani drugiego, ani w sumie niczego. Kiedy Loken próbuje wykonać firmowy ruch Bloodrayne czyli naskok na przeciwnika z opleceniem nogami jego korpusu wygląda to po prostu dziwnie. Jak dzieci na podwórku nieudolnie naśladujące ciosy z filmów kung fu. Tutaj jednak punkt dla filmu, bo wywołał u mnie jakąś reakcję. Zrobiło mi się bardzo przykro, że biorę udział w tym widowisku.

Słabe filmy stają się zwykle kultowe, z tego względu, że potrafią widowni coś zaoferować w zamian za swój brak jakości. Dostarczają frajdę dzięki swojej nieudolności. Mają elementy które potrafią zauroczyć. Nie nudzą, a ciekawią. I tu jest największy problem „Bloodrayne”. Film jest przeszywająco wręcz nużący. Musiałem podchodzić do niego trzy razy. Dotrwałem do końca tylko dlatego, że przeczytałem, że gdzieś tam w jednej ze scen wystąpi Meatloaf otoczony przez prawdziwe rumuńskie prostytutki. Ot, następna ciekawostka, których jest dużo za mało, żeby powstrzymać się przed ziewaniem i przewijaniem.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 12, 2012 w Tragicznie Słaby Horror

 

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

Piekielnie dobra antologia. „Vertigo Resurrected” #1

W poprzednim roku DC Comics wpadło na dość ciekawy pomysł reedycji mniej popularnych komiksów w formie stu stronicowych zeszytów. Vertigo także dostało swój odpowiednik tej linii, którą nazwano Vertigo Resurrected, ponieważ pierwotnie miała zawierać niewydane wcześniej, z tego lub innego powodu, komiksy. Dzięki zmianie na pozycji redaktora naczelnego DC, wszystko miało być możliwe. Fani spekulowali, że zobaczymy „Lobo” Alana Granta i Franka Quietely’ego i spotkanie Swamp Thinga z Jezusem. Dostaliśmy jednak jedynie ocenzurowany wcześniej zeszyt „Hellblazera” Ellisa. Potem wydano kilka wznowień starych komiksów i projekt, wydaje się umarł, cichą śmiercią.

Wróćmy jednak do pierwszego „Vertigo Resurrected” i nacieszmy się tym co mimo wszystko trafiło na rynek. Jest to w zasadzie antologia, różnych krótszych historii wielkich twórców pracujących w różnych latach dla Vertigo. Lista nazwisk jest naprawdę imponująca, tak pod względem rysowników jak i scenarzystów, a i historie praktycznie wszystkie stoją na bardzo wysokim poziomie. Znane nazwiska stanowczo przekładają się w tym wypadku na jakość. Nie ma tutaj jednak nic nowego. Wszystkie opowiadania zostały powyciągane z różnych dawnych antologii jak „Weird War Tales” czy „Strange Adventures”. Pomimo tego, dla czytelnika, który nie miał z tymi wydawnictwami styczności jest to nie lada gratka.

Jedyny ‚ożywiony’ komiks w tej kolekcji to Hellblazer #144 Warrena Ellisa i Phila Jimeneza. Komiks nie ukazał się pierwotnie dlatego, bo traktuje on o szkolnych strzelaninach, a chwilę po tym jak Jimenez skończył go rysować, doszło do strzelaniny w liceum Columbine. Stąd DC nie wydało tego zeszytu w 2000, bo bało się negatywnych reakcji prasy. Ellis natomiast zdenerwował się cenzurą i rzucił pracę dla DC w diabły, uciekając do Marvela. „Shoot” bo tak brzmi tytuł komiksu, oczywiście bardziej wykorzystuje tego typu wydarzenia do komentarzu społecznego, którego było pełno w komiksach Anglików wywodzących się z klasy robotniczej niż dla szokowania czytelnika. Realistyczne rysunki Jimeneza miło się ogląda, teoretycznie mała rola Constantine’a w komiksie nie przeszkadza i można ją odebrać jako ciekawe nawiązanie do „Sandmana”. Ogólnie są to bardzo dobre 22 strony i komiks idealnie pasowałby do „Setting Sun”, czyli tam gdzie pierwotnie miał trafić.

Następna historia w antologii to „The Kapas” Briana Bollanda i jest to raczej kiepska rzecz. Osobiście uważam, że mimo niesamowitej kreski jest on słabym scenarzystą. Tutaj nie ma Moore’a który prowadziłby rękę Bollanda tak jak w „Zabójczym żarcie”. Stąd rysunki w tej historii są bardzo statyczne, a do tego wszystko opowiedziane jest za pomocą podpisów. Nie ma żadnych dymków dialogowych i ogólnie wylewa się z tego komiksu totalny brak warsztatu scenariuszowego. To jest stanowczo najsłabszy punkt całej antologii. Inna trochę słabsza historia to „Nosh and Barry and Eddie and Joe” autorstwa Gartha Ennisa i Jima Lee. Samo opowiadanie jest ciekawe. Jak to u Ennisa bywa, jest jednak prawie w stu procentach oparte na dialogach. Tytułowych czterech bohaterów jedzie samochodem i prowadzi dyskusję. W rękach stałego współpracownika Ennisa czyli Dillona byłaby to zapewne perełka. Ale Jim Lee? Szanuję go dlatego, że wychowałem się na jego X-Men i Wild Cats. Jednak bądźmy szczerzy, wszystkie jego postaci mają takie same twarze i tak samo zbudowane ciała. Pozująca armia mężczyzn w trykotach – tego nikt lepiej niż Lee nie zilustruje. Czterech żołnierzy w samochodzie? Do dziś nie wiem który to był Nosh, który Eddie, a który Barry. Inny kolor włosów czy wąsy u jednego z nich tu nie pomogły. Także rysunki mocno obniżyły przyjemność z odbioru tego dość mocnego opowiadania.

Dalej mamy dwie historie, które zapewne nazwać możnaby romantycznymi i są to popisowe prace rysowników. „Diagnosis” Stevena Seagle’a i Tima Sale’a opowiada o pewnym chirurgu który ciągle zastanawia się, które „wnętrze” swojej ukochanej kocha bardziej. Sale niesamowicie tutaj szaleje, bawiąc się kompozycją i kolorem, a także nawiązując do pop-artu. Mistrzowsko zilustrowana mroczna historia. Z resztą tak samo jak i „Death of a Romantic” Petera Milligana i Eduardo Risso. Jak i w „Diagnosis” jest tutaj romans potraktowany z innej strony i historia ma kilka cudownych zwrotów akcji. Ale pierwsze skrzypce gra znowu rysownik. Risso znany z wydanych i u nas „100 naboi” bezbłędnie kadruje komiks i prowadzi historię w taki sposób aby wszystkie wydarzenia były opowiedziane równie dobrze za pomocą rysunku jak i słów. Obraz współgra z treścią i nawzajem się uzupełnia. Risso nie bawi się formą tak jak Sale, ale rezultat jest równie doskonały.

Również i horror ma swoje przedstawicielstwo w „Vertigo Resurrected”. Historia Berniego Wrightsona i Bruce’a Jonesa to bardzo klasyczny gotycki horror z wielką willą, zombie i sekretem rodzinnym. Klasyczny nie znaczy zły i opowiadanie to sprawia sporo frajdy. Dwaj legendarni twórcy komiksowego horroru wyraźnie są tutaj w swoim żywiole. Dziełko Briana Azzarello i Esada Ribica pod tytułem „Native Tongue” to już bardziej współczesna rzecz opowiadająca o powiązaniach pomiędzy kosmitami i seryjnymi mordercami. Malowane obrazy Ribica mogą przerażać, a sama historia również jeży włos na plecach. Horror najwyższej próby, który trzyma w niepewności do ostatniego kadru.

Dalej mamy jeszcze sympatyczną historię Billa Willinghama, „It Takes a Village”, która bardzo wyraźnie stanowi prototyp „Baśni” tego autora. Przewija się tutaj bardzo wiele pomysłów które rozwinął on później w tej właśnie serii. Jednak sama historia samodzielnie również funkcjonuje bardzo dobrze i posiada zabawną puentę oraz rysunki, w których na każdym planie coś się dzieje. Tego samego jednak nie można powiedzieć o „New Toys” Granta Morrisona i Franka Quitely’ego. Jest to duet komiksowy, który wręcz wielbię i ubóstwiam, ale Quitely nie daje z siebie w tym wypadku wszystkiego i bardzo oszczędza na rysowaniu drugiego planu. Sama historia to taka trochę moralizatorska opowieść o zabawkach z zakończeniem bardzo w stylu „Invisibles”, które trochę ratuje ten komiks. Ogólnie jako fan, cieszę się, że to przeczytałem, ale nie jest to tak wysoki poziom jak niektórych innych opowiadań z tej antologii, że już nie wspomnę o innych dziełach tego duetu.

Podsumowując, jako Polski komiksiarz i kolekcjoner wydań zbiorczych, czytałem te historie po raz pierwszy mimo, że w większości są to przedruki. Dlatego po stokroć uważam, że warto mieć tę komiksową antologię. Cena okładkowa to tylko osiem dolarów, reklam w środku jest na szczęście bardzo mało, a zawartość jest fantastyczna. Do tego komiks został wydrukowany na papierze kredowym, co jest rzadkością w wydaniach zbiorczych z Vertigo, gdzie zwykle szarzejąco-żółknący cienki papier słabo odzwierciedlający kolory to norma.
Ogólnie, warto? Warto!

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 6, 2012 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Rob Zombie i morze przemocy. „Dom 1000 trupów” oraz „Bękarty diabła”.

Nie śledzę muzycznej twórczości Roba Zombie. Słyszałem kilka piosenek. Sympatyczne, ale nie porywające. Podobnie opinię miałem o jego filmach. W zasadzie wcześniej widziałem tylko jego remake „Halloween” z 2007 roku, który nie zrobił na mnie większego wrażenia. Poprawnie nakręcony i zagrany, nie oferował nic ponadto. Dlatego też nie garnąłem się specjalnie do obejrzenia jego wcześniejszych dokonań reżyserskich. Jak się okazało był to błąd.

Niekoniecznie błąd śmiertelny, ale głupi na pewno. Debiut Roba Zombie jako filmowca z 2003 – „Dom 1000 trupów” – to fantastyczny film. Pełen barwnych, ale też i strasznych postaci, a do tego nakręcony z dużą werwą. Niedoskonały, jednak na tyle świadomy tego co robi, że nie da się go nie lubić. Natomiast, sequel – „Bękarty diabła” – chociaż bardziej poukładany i znacznie brutalniejszy, to już trochę nie to samo. Teoretycznie Zombie poprawia wszystkie potknięcia poprzedniczki, ale w tracie, gdzieś po drodze, gubi większość frajdy jaką dawała część pierwsza.

Właściwie ta część pierwsza, czyli „Dom 1000 trupów” może wydawać się mało oryginalna. W końcu to horror w stylu „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Paczka nastolatków podróżuje przez południe Stanów Zjednoczonych i nadziewa się dosłownie i w przenośni na zgraję psychopatów. Co więcej, Rob Zombie nie stara się tu nawet wprowadzać jakichś większych urozmaiceń. Nie łamie zasad tego typu horroru, a postępuje według przyjętych reguł gry. Przynajmniej tak jest w przypadku fabuły filmu.

Wizualnie jest ciekawiej. Mamy krótkie scenki nagrane słabszej jakości kamerą, albo w czerni i bieli, albo w kompletnie psychodelicznych kolorach. Takie małe momenty, które powodują, że film wygląda taniej. Niczym produkcja telewizyjna. Kiczowato, ale w sposób pozytywny. Co więcej, w filmie jest też jedna scena gdzie w sposób genialny, Zombie kontrastuje przemoc na ekranie ze skoczną country. Bardzo tarantinowsko. Reszta filmu nakręcona jest poprawnie. Nie ma tam żadnych potknięć, których być może, można by się spodziewać, po muzyku, który zdecydował się zostać reżyserem. Ogólnie, film ma żywy rytm, ciągle coś się dzieje, a te wspomniane dziwne wstawki nadają mu dodatkowego uroku.

„Domowi” brakuje natomiast skupienia. Przez pierwszą część filmu nie wiadomo właściwie kto tu jest głównym bohaterem. W filmie występuje cała masa postaci i mniej znanych aktorów – mamy Rainna Wilsona z „The Office” i Waltona Gogginsa z „The Shield”. Jednak pozytywne postaci są nudne i niesympatyczne. Właściwie, są tylko jednowymiarowym tłem dla galerii degeneratów. Oni właśnie, te czarne charaktery, są najważniejsi w tym filmie. Chociaż, wydawać by się mogło, że taki kapitan Spaulding, grany przez Sida Haiga jest niepotrzebny dla fabuły. Jako że bez niego w historii zmieniłoby się niewiele. To jednak jaka byłaby to strata dla widzów! Gdybym miewał koszmary z klaunami, to każdy z nich miałby żółtozębą twarz Haiga.

Kolejną postacią, która dominuje w każdej scenie w jakiej występuje, to Otis, grany przez Billa Moseleya. Szaleństwo w oczach, charakterystyczny głos i wygląd niczym ghul. Do tego Otis bez przerwy wpada w dłuższe pokręcone monologi, gdzie tłumaczy swoje szaleństwo buntem przeciwko kulturze i chęcią uwolnienia swojej artystycznej duszy. Po prostu, uwielbiam tę postać. Dla równowagi, tak jak w każdym filmie Roba Zombie, występuje tu też jego żona, Sheri Moon. Jej gra aktorska momentami jest trochę sztuczna, ale widać że rola została dość dobrze dopasowana do jej osobowości. Słodka wariatka w stylu Harley Quinn.

Na końcu filmu dostajemy jeszcze Doktora Satana i jego pomagiera. Scenka z nimi jest krótka, ale makabryczna i w jakimś stopniu przyczyniła się do statusu kultowości „Domu 1000 trupów”. Doktora było jednak za mało. Każdej postaci było za mało! Aż się prosiło o więcej. I Rob Zombie rzeczywiście dał nam więcej. W drugiej części w głównej roli występuje jego żona, Otis oraz Kapitan. Idealne trio. Żal, że zabrakło Dr. Satana, ale mimo wszystko zapowiadało się świetnie.

„Bękarty diabła” zaczynają się również bardzo ciekawie. Zombie rozprawia się w końcu w realistyczny sposób z rodzinką psychopatów. Nasyła na nich policję, dobrze uzbrojoną i w dużej ilości. Czego efektem jest rozbicie ich domu 1000 trupów i zmuszenie głównych postaci do wyruszenia w drogę. Zmienia się więc otoczenie, a także klimat. Z dusznego domu, przenosimy się na słoneczne i pustynne drogi.

Transformacja zachodzi też w postaciach. O ile Baby, grana przez Sheri Moon Zombie, jest tą samą postacią co wcześniej, to Otis już niestety nie. W pierwszej części szalony i gadatliwy, w drugiej cichnie. Zombie przerabia go na Charlesa Mansona. Tym bardziej, że po zapuszczeniu brody, Moseley wygląda łudząco podobnie do tego psychopatycznego mordercy. Z resztą nawet wkrótce będzie go grał w innym filmie. Dla „Bękartów diabła” jednak ta przemiana jest bardzo negatywna. Otis wydaje się zmęczony i dostaje tylko jedną dobrą scenę, kiedy w „Domie” miał ich na pęczki. To samo, moim zdaniem, tyczy się Kapitana Spauldinga. Tutaj na szczęście postać pozostała niezmieniona. Kapitana jest też więcej, ale sceny może poza dwiema, to nie to samo co w poprzedniej części.

W zamian dostajemy jednak nową postać. Szeryfa Wydella, granego przez Williama Forsytha. Teraz to on dostaje wszystkie najlepsze teksty i występuje w najlepszych scenach. Przerabia sławną rozmowę z lustrem z „Taksówkarza” i kłóci się z krytykiem filmowym na temat braci Marx. Ogólnie, mimo że koncentracja filmu zostaje przesunięta na czarne charaktery, to właśnie Wydell jest najciekawszą postacią w „Bękartach diabła”. Jest on też godnym przeciwnikiem dla bękartów i powoduje, że w filmie pojawia się jakieś napięcie. Być może ci wariaci nie mogą już czuć się bezpiecznie?

Jak wspomniałem, w „Bękartach diabła” świata reflektorów przesuwają się na zgraje psychopatów. Z nimi w centrum, obraz zyskuje na brutalności trzykrotnie. Scena w motelu, podobnie do tej z „Od zmierzchu do świtu” może mrozić krew w żyłach. Jako że reżyser przesadnie znęca się nad niewinnymi ofiarami, które, oczywiście, są kobietami. Różnica pomiędzy filmami jest taka, że „Dom” pokazywał przemoc przerysowaną, momentami zahaczającą o gore. Zawsze gdzieś w tej przemocy był humor, czarny bo czarny ale jednak. Wizualnie leje się dużo krwi, ale wszystko jest wyraźnie fikcją. Tymczasem w „Bękartach” przemoc staje się bardziej realna. Mansonopodobny Otis i seksualna przemoc oraz psychologiczne znęcanie się w motelu raczej mierżą niż bawią. Film popada w torture porn. Na szczęście jednak, w drugiej części z powrotem odzyskuje swoje szaleństwo. W dużej mierze staje się tak dzięki pojawieniu się Danny’ego Trejo (Machete!) oraz Michaela Berrymana. Chociaż znowu, postaci jakie grają, otrzymują za mało scen. Mimo to, zakończenie jest przepięknie, i wyciąga ten film ponad przeciętność.

Warto wspomnieć też o reżyserii, która została ugrzeczniona i dopasowana do Hollywoodzkich standardów. Film ogląda się tak jak inne współczesne horrory. Metaliczne kolory i pomarańcze królują. Żadnych wstawek z inną kamerą, poza jedną na początku filmu, która jest tu chyba tylko jako gest pożegnalny dla starej stylistyki. Za to w „Bękartach” znajduje się dużo więcej scen z kontrastującą muzyką. One akurat trzymają poziom, szczególnie scena finałowa z „Freebird” Lynyrd Skynyrd.

Podsumowując, mamy tutaj do czynienia z dwoma brutalnymi horrorami. Co do tego nie można mieć wątpliwości. Pierwszy, „Dom 1000 trupów”, to film pełen pomysłów, z wieloma dobrymi, krwawymi i zapadającymi w pamięć scenami. Wart polecenia. Drugi, „Bękarty diabła” jest moim zdaniem słabszy, nadal ma jednak sporo do zaoferowania. W końcu jest to kontynuacja, która rozwija historię i zapewnia jej zakończenie. Po obejrzeniu „Domu”, tak naprawdę, ciężko sobie odmówić sprawdzenia „Bękartów”.
Na 2012 rok, Rob Zombie zapowiada kolejną niezależną produkcję spod znaku horroru, pod tytułem „The Lords of Salem”. Liczę na powrót do stylistyki „Domu 1000 trupów”. Nic nie wskazuje na to, żebym się przeliczył :]

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Grudzień 19, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

Oldskulowe bieganie z nożem za nastolatkami. „Halloween” (1978).

John Carpenter stworzył w 1978 nowy gatunek Horroru. Ofiarami stały się, prawie ekskluzywnie, nastolatki, a głównym „bohaterem” demon obleczony ludzką skórą, który wybitnie lubi je sztyletować. Najczęściej raz do roku z jakiejś szczególnej okazji. Czy to piątek trzynastego czy też właśnie trzydziesty pierwszy października, święto Halloween.

Noc, której ON wrócił do domu!

Ogólnie schematów fabularnych jest więcej. Praktycznie każdą scenę z „Halloween” można znaleźć skopiowaną w innych Horrorach. Jednak, oczywiście, Carpenter nie był tu pionierem, a czerpał pełnymi garściami ze schedy jaką zostawił po sobie Hitchcock. Stąd liczne głuche telefony i sceny kręcone z punktu widzenia podglądacza oraz powolne budowanie napięcia, aż do finalnej sekwencji pościgu z mordercą.

Ten seryjny morderca to też najważniejsza i najbardziej interesująca postać w filmie. Mike to killer bardzo konserwatywny. To, co go szczególnie rozjusza to seks przedmałżeński. Jeśli nastolatki dopuszczą się tego grzechu i zaczną oddawać się nagiej niepohamowanej żądzy to pewnym jest, że morderca ich zabije. W „Halloween” jest to szczególnie widoczne, jako że tylko główna bohaterka-dziewica jest w stanie przeżyć masakrę. Natomiast jej koleżanki, które ze swoimi chłopcami do łóżka chadzały, zostają wybite co do nogi.

Także seks i przemoc są absolutnie w centrum filmu. Co ciekawe jednak, nie powiedziałbym że to produkcja dla dorosłych. Wręcz przeciwnie. Po przekroczeniu osiemnastego roku życia, a i czasami nawet wcześniej, „Halloween” może nużyć. Dla dzisiejszego widza Horroru, film nie ma wiele do zaoferowania. Krwi jest w gruncie rzeczy niewiele, a nagich piersi tyle co kot napłakał.

Fabuła też nie zaskakuje, bo przerabialiśmy już te sceny po tysiąc razy w nowszych filmach. Oczywiście, nadal możemy podziwiać kunszt Carpentera, jako że film jest bardzo sprawnie wyreżyserowany. Jednak trudniej mu trzymać widza w napięciu. Wiemy co się wydarzy. Dlatego właśnie jest to, moim zdaniem Horror dla młodszego mniej wyrobionego widza. Tak jak dzieci w filmie oglądają „The Thing” i inne stare czarno-białe klasyki Horroru, tak współczesny nastolatek spokojnie odnalazłby się w „Halloween”.

Weźmy jednak jeszcze pod uwagę kilka rzeczy, które wciąż bronią film Carpentera i oddziałują na widza równie mocno jak dawniej. Przede wszystkim muzyka! Temat przewodni niesamowicie wpada w ucho i tworzy fantastyczny klimat, pomimo a może dzięki swojej prostocie. Po drugie, Mike Myers to cudownie przerażający antagonista. Niby poznajemy go jeszcze w młodości, kiedy zabija swoją pierwszą ofiarę, to jednak Carpenter nie podaje nam na talerzu źródła jego zła. Żadnego bicia/picia w rodzinie czy innych patologii. Mike to czyste zło w ludzkiej postaci. Nie widzimy też jego twarzy po tym jak dorasta, ponieważ zawsze skrywa ją pod maską. Młody Myers wyrasta na prawdziwego dźgającego antychrysta.

Nie chcę też żeby wyszło na to, że film mi się nie podobał. Wydaje mi się, iż ma on specyficzny magnetyzm. Jednak bardzo ważne jest jak się coś opowiada. Carpenter potrafi wciągnąć w ten świat i całkowicie zahipnotyzować widza opowieścią. Do tego powiedziałbym, że zakończenie jednocześnie satysfakcjonuje i nadal pozostawia widza głodnym. Koniecznie chce się obejrzeć też część drugą. Najlepiej od razu!

„Halloween” to bez dwóch zdań klasyk Horroru. John Carpenter wychodził ścieżkę dla Slasherów, którą podążyli potem twórcy Jasona i Freddy’ego. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, „Krzyk” i „Straszny film” nabijały się ze schematów, w które tenże Slasher Horror popadł. Jednak nie były one w stanie go zatrzymać. Mike i Jason powrócili w ciągu ostatnich kilku lat, z wygnania, prosto na ekrany kin w nowiutkich lśniących remake’ach. Nawet jeśli są one całkiem dobre, to wszak to nie jest to samo. Warto odkurzyć pierwowzory i zobaczyć młodziutką Jamie Lee Curtis uciekającą przed Mike’m Myers’em po raz pierwszy, te 33 lata temu…

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 20, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , , ,

Dzieci i duchy głosu nie mają. „Kręgosłup diabła”.

Plakat. Taki sobie.Przeszukując internet w poszukiwaniu czegoś wartego obejrzenia, trafiłem na „50 najwyżej ocenianych horrorów według Rotten Tomatoes”. Żeby nie marnować czasu, od razu przeskoczyłem do pierwszych miejsc na liście. Są tam bardzo bardzo dobre filmy – pierwsza jest „Psychoza” Hitchcocka, trzeci „Wysyp Żywych Trupów” Wrighta, czwarte „Dziecko Rosemary” Polańskiego. Natomiast, na piątym miejscu znajduje się film Guillermo del Toro, reżysera którego cenię za stronę wizualną jego filmów, a także fantastyczny klimat który w nich wytwarza. Zawsze dba on o to aby potwory wyglądały wyjątkowo i zapadały w pamięć. Del Toro unika przeciętności. Bardzo dobra cecha u twórcy horrorów. Kocham oba jego „Hellboye” i „Labirynt Fauna”, a nawet „Blade 2”. Jednakże na tym piątym miejscu listy Rotten Tomatoes znajduje się inny film – „Kręgosłup diabła”.

Jest to produkcja z 2001 roku, czyli jeszcze z czasów kiedy del Toro nie pracował dla Hollywood. Wiąże się to z niższym niż zwykle budżetem. Jednak to prawie nigdy nie stanowi problemu w horrorach. Nie jest inaczej i tutaj. Film jest cudowny, trochę baśniowy, trochę poetycki, a jednocześnie brutalny. Czy jest też straszny? Nie powiedziałbym, ale nie to jest siłą del Toro. Jego siłą jest to, że daje filmom serce i duszę.

„Kręgosłup diabła” rozgrywa się w czasie wojny domowej w Hiszpanii w latach trzydziestych a w głównej roli są dzieci. Naprawdę dobrze grające dzieci. Innymi słowy, są tu pewne podobieństwa do „Labiryntu Fauna”. Zagrożenie jest jednak bardziej realne, nie ma tu takiego wymieszania ze snem i fantazją jak w „Labiryncie”. Sam del Toro nazywa oba te filmy rodzeństwem, „Kręgosłup” jest chłopcem, a „Labirynt” dziewczynką.

Fabuła filmu wydaje się na początku przewidywalna i ograna. Chłopiec trafia do sierocińca. Inne dzieci go nie lubią, jeden się nad nim znęca. Jednak chłopiec wykazuje się dużą odwagą i zdobywa szacunek kolegów. To jest na szczęście tylko pierwszy akt. Del Toro buduje swoje postaci, które w drugiej części filmu spotkają wyzwania, którym nie każda z nich będzie w stanie sprostać. W tym powolnym wstępie nadal pojawiają się ciekawe pomysły – bomba która „żyje” i specyficzny sposób pędzenia rumu przez jednego z głównych bohaterów. Dzięki temu łatwiej jest wytrzymać do momentu kiedy del Toro odkrywa wszystkie karty i mistrzowsko rozwija swoją historię.

W przeciwieństwie do innych filmów Guillermo, nie ma tu żadnych potworów. To ludzie grają tu główną rolę i oni są źródłem zła. Jedynym elementem fantastycznym jest duch, którego obrazek znajduje się powyżej. Moim zdaniem wygląda naprawdę dobrze. Widać inspiracje japońskimi horrorami, ale bardzo dobrze wpasowuje się on także i do tej hiszpańskiej produkcji.

Film „Kręgosłup diabła” ma bardzo satysfakcjonujące zakończenie, historia opowiedziana w filmie oferuje też wiele niespodzianek. Aktorstwo stoi na wysokim poziomie, tak u dorosłych aktorów, jak i tych dziecięcych. Warto, warto, warto obejrzeć.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Sierpień 17, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , ,

Dystopijne piątki #1 – Uniwersum Marvela w ruinach. „Ruins”.

W 1994 roku Marvel Comics wydało „Marvels”, namalowany przez Alexa Rossa i napisany przez Kurta Busieka, komiks ukazujący superbohaterów z perspektywy ludzi zamieszkujących ich świat. Mimo, a raczej dzięki, bardzo pozytywnemu przesłaniu i gloryfikacji mitu superbohatera „Marvels” z miejsca stało się olbrzymim sukcesem. Stąd nie dziwi fakt, że rok później postanowiono wydać kontynuację. Jednak Marvel nie poszedł najprostszą ścieżką czyli nie wydał sequela, a zamiast tego wykorzystał tylko ten sam koncept – malowany komiks o życiu bohaterów z perspektywy zwykłych ludzi. Rezultat miał być kompletnym przeciwieństwem „Marvels” – antyutopią do utopijnego świata tego komiksu.

Napisana przez Warrena Ellisa historia opowiada o Philu Sheldonie, dziennikarzu pracującym dla Daily Bugle, tej samej gazety dla której pracował Peter Parker. Postać centralna fabuły jest więc taka sama jak w „Marvels”. Sheldon prowadzi kronikę otaczającego go świata, śledząc losy osób posiadających nadnaturalne umiejętności. W przeciwieństwie do „Marvels” osoby te jednak nie są fantastyczne i budzące podziw. W „Ruins” budzą jedynie nasze współczucie i żal.

Ellis doprowadza ideę realizmu w historiach superbohaterskich do absurdu, a jego cyniczne żarty tylko pogłębiają smutek jaki dzięki fantastycznym rysunkom aż emanuje ze stron. Nie ma litości dla nikogo. Niektórzy superbohaterowie dostają tylko jeden mały kadr, który podsumowuje ich los. Jeśli chcą oni być częścią naszego świata, to muszą się liczyć z jego zasadami. „Każda akcja, prowadzi do reakcji”, jak głosi wstęp komiksu. Jeśli zostaniesz napromieniowany odpadami radioaktywnymi to pewnie umrzesz.

I umierają.

W komiksie pojawiają się tak ci najbardziej znani superbohaterowie: X-Men, Avengers, a także Fantastyczna Czwórka, jak i ci mnie znani. Jednak nawet nieznajomość wszystkich postaci jakie, często pobieżnie, ukazuje Ellis tylko potęguje depresyjność tej historii. Dla przykładu, sześć stron poświęconych jest rasie Kree i Kapitanowi Marvelowi z niej się wywodzącemu. Ellis bawi się ukazując tą normalnie dość kolorową postać umieszczając ją w centrum pierwszej części historii. Pokazuje nam co stało się z tymi cudami/marvels poprzez zjadanego przez choroby Kapitana Marvela. Jednak czytelnik nie posiadający żadnej uprzedniej wiedzy o tej postaci i jego rasie, widzi tylko złamany, zniszczony i poniżony przez ludzi kosmiczny lud, trzymany w obozie koncentracyjnym.

Jeśli można się do czegoś przyczepić to do faktu, że w drugiej części historia traci trochę rytm, a także klimat. Sen zaczyna mieszać się z jawą i jesteśmy świadkami wizji lepszego świata które ma Sheldon. Wszechobecne czarne chmury rozstępują się, a on siedzi spokojnie na zielonej trawie nad jeziorem. Można oczywiście zadać sobie pytanie czy to nasz dziennikarz postradał zmysły? Czy też miało to zagranie na celu wzbudzenie w czytelniku nadziei na pozytywne zakończenie, które w tak kompletnej antyutopii jak „Ruins” nadejść nie mogło.

Od strony graficznej komiks jest niesamowity i bardzo mroczny. W palecie kolorów królują ciemne barwy i ostateczny efekt jest czymś pomiędzy Sienkiewiczem, Muthem i McKeanem. Innymi słowy, malunki małżeństwa Nielsenów czasami popadają w abstrakcję i są zupełnie różne od realizmu komiksowego jaki reprezentuje Alex Ross odpowiedzialny za „Marvels”. Komiks nie traci jednak przez to na atrakcyjności. Co więcej, te najbardziej przerażające rysunki mogą zapaść w pamięć na długo (jak na przykład los Bruce’a Bannera).  Większym problemem natomiast jest fakt że ostatnie 17 stron jest rysowane przez Chrisa Moellera. Sam w sobie jest on całkiem dobrym rysownikiem, jednakże jego styl rysunków jak i sposób w jaki nakłada kolor, bardzo odstają od obrazów tworzonych przez Nielsenów. Dlatego też końcówka komiksu cierpi nie tylko z powodu nadmiernego flirtu Ellisa z utopią, ale też od strony artystycznej.

Podsumowując, „Ruins” to jednak pomniejsze dzieło Warrena Ellisa, nie tak spektakularne jak jego późniejsze i lepsze rzeczy typu „Stormwatch”, „Transmetropolitan” czy „Planetary”. Z drugiej jednak strony „Ruins” to wciąż przyjemna lektura. Przy kolejnych czytaniach rozszyfrowywałem z pomocą Google, tożsamości superbohaterów umierających na stronicach komiksu ponieważ wszystkich nie znałem. Dla mnie była to dodatkowa frajda, tym bardziej że przy pierwszym czytaniu, jak już wspomniałem, zupełnie to nie przeszkadza.

„Ruins” niestety nie doczekał się żadnego wydania zbiorczego dostępnego w księgarniach internetowych. Zamiast tego Marvel wydał w 2009 jego reedycję jako zeszyt. Plusem takiego stanu rzeczy jest cena na okładce – $4.99. Komiks ma 64 strony i w środku żadnych reklam, więc wciąż uważam że warto go łowić na e-bayu, jeśli nadarzy się okazja.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu Lipiec 29, 2011 w Dystopijne Piątki, Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , ,

Nie bój się rednecka, mała! „Tucker & Dale vs Evil”.

Tucker i Dale, troszkę upaprani krwią.To będzie krótka recenzja, bo naprawdę nie ma nad czym się rozpisywać. „Tucker and Dale vs Evil” to mistrzowsko poprowadzona i brutalna, a zarazem sprytna czarna komedia. To zdeformowane dziecko „Martwego zła” i „Piątku trzynastego” z nieprawego łoża.

Scenariusz filmu ma kilka fantastycznych zwrotów akcji i nie chcę zaspoilerować żadnego z nich. Co jednak warto, a wręcz powinno się zaznaczyć to, to że mamy do czynienia z cudownym odwróceniem slaszerowych kliszy. „Zgraja nastolatków wyjeżdża na wakacje na dalekie południe USA. Następnie są kolejno zabijani.” Jasne, tak, tak jak zawsze. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Nieporozumienia i nagłe śmierci, które napędzają ten film, nadają mu specyficzną oryginalność. W rezultacie „Tucker & Dale” mają świeżość pierwszego „Krzyku” i wszystkich części „Martwego zła”. Oglądaniu filmu towarzyszy głupi szeroki uśmiech na twarzy widza.

Również aktorstwo jest bardzo dobre jak na tego typu produkcję. Każdy gra swoje – trochę wariactwa, trochę niewinności, kubły czerwonej farby robią resztę. Główni bohaterowie są bardzo sympatyczni, a ci źli mają poważne problemy psychiczne. Wszystko jest takie jakim być powinno.

Dla każdego fana slasher horroru, obejrzenie „Tucker & Dale vs Evil” to absolutna konieczność. Film bawi się konwencją i igra z oczekiwaniami widzów, zapewniając krwawe i pocieszne półtora godziny. Dla fanów gatunku i nie tylko, acz sugerowany jest mocny żołądek.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Czerwiec 23, 2011 w Dobry Horror

 

Tagi: , , , , , ,