RSS

Archiwa tagu: komiks digitalny

Thriller ze schizofrenikiem w roli głównej. Znowu? „Echoes”.

Co tam, że znowu. Ważne, że tak samo dobry jak te inne. Przez inne mam oczywiście na myśli choćby „Psychozę” Hitchcocka czy „Czarnego łabędzia” Aronofskiego. Dokonuję też tego porównania z pełną premedytacją. Różne media w tym wypadku nie mają znaczenia. Trzyaktowa, bardzo zwięzła struktura z niewielką ilością postaci, powoduje, że takie porównania narzucają się same. Najważniejsze, że efekt końcowy jest też równie ciekawy.

Sama historia opowiada o Brianie Cohnie, który na pierwszych stronach komiksu, żegna swojego ojca. Ten leżąc na łóżku szpitalnym, do którego przywiązany jest przez późne stadium choroby Alzheimera, wyjawia swojemu synowi sekret. Treść sekretu wskazuje bardzo wyraźnie, że tata może być zamieszany w jakieś zabójstwa lub po prostu jest psychopatycznym mordercą. To co następuje później, to droga ku szaleństwu, w której Brian powoli traci kontrolę nad swoją schizofrenią. Dalej natomiast sytuacja już się tylko pogarsza.

Fabuła według mnie jest bardzo wciągająca, a do tego świetnie napisana. Mimo pewnych oczywistości, w które w tym wypadku łatwo byłoby wpaść, scenarzysta Joshua Hale Fialkov, sprytnie omija wszelkie płycizny. Co prawda, gdzieś tak w 3/5 historii łatwo domyślić się co tak naprawdę się dzieje i dokąd historia zmierza, to jednak nie straciłem zainteresowania ani na chwilę.  Wszystkie wyjaśnienia były logiczne, bohater budzący sympatię a zło jak najbardziej rzeczywiste.

Właśnie dlatego jest to thriller a nie horror. Nie ma tutaj żadnych paranormalnych zjawisk czy demonów. Jest tylko przerażająca laleczka z okładki, która prześladuje głównego bohatera w towarzyszących mu omamach. Odbija się to też na czytelniku bo geneza tej laleczki, to materiał z którego zbudowane są koszmary. Co jednak warto podkreślić, to fakt, że nie ma w tym komiksie za dużo dosłowności. Przemoc jest cały czas w domyśle lub w pobieżnych opisach. Krew nie wylewa się z kartek, a gnieździ się w naszej własnej wyobraźni. Jest to zabieg, który bardzo doceniam i idealnie się tu sprawdza.

Duża rolę odgrywa w tym rysownik, Rahsan Ekedal. „Echoes” to komiks czarno-biały co już samo w sobie kreuje odpowiedni klimat. Jednak Ekedal swoim stylem jeszcze go potęguje. Używa on bardzo dużo cieniowania i często zamiast wykorzystywać głębokie czernie, woli on topić swoje strony w szarościach. Jego rysunki idealnie pasują do horrorów i thrillerów lub też innych historii rozgrywających się na mniejszą skalę. Ekedal mógłby być świetnym zamiennikiem dla Charliego Adlarda rysującego serię „Żywe Trupy”. Ich styl jest bardzo podobny.

Jest tutaj jedno dość ciekawe komiksowe rozwiązanie. Każdy rozdział zaczyna się w ten sam sposób pod względem rozkładu kadrów. Na pierwszej stronie trzy, a na dwóch kolejnych dwadzieścia cztery. Jest to bardzo ciekawa zagrywka, ponieważ ten początek służy właśnie najczęściej przywołaniu różnych wspomnień przez bohaterów. Czytelnik jest więc natychmiast wrzucany w wir wydarzeń, jako że również zachodzi w jego umyśle podobna reakcja. Czy ja już czegoś podobnego nie widziałem? Tak to wygląda.

Wydanie jest dość dziwne. Z jednej strony komiks ma twardą oprawę, z drugiej zmniejszony format. Być może wydawnictwo celowało w fanów mangi. Jednak cena okładkowa $20 nie do końca w tym wypadku się sprawdza. Jest za drogo. Tak więc „Echoes” to był mój kolejny eksperyment z komiksem digitalnym. Kosztował mnie $5, a wewnątrz miał wszystko to samo co wersja drukowana, czyli wstęp Steve’a Niles’a, posłowie Fialkova, komentarz i szkice z pierwszego zeszytu. Ponadto Top Cow, to najbardziej progresywne ze wszystkich większych amerykańskich wydawnictw pod względem digitalnym. Także „Echoes” można nawet zakupić w formacie pdf lub cbr i trzymać u siebie na komputerze w bezpiecznym miejscu.

Moje porównania filmowe ze wstępu, to w jakimś stopniu hiperbola. „Echoes” to nie arcydzieło gatunku tak jak „Psychoza”, ani wizualna uczta tak jak „Czarny łabędź”. Jednak jest to nadal bardzo dobry komiks, świetnie napisany i z porządnymi rysunkami. Joshua Hale Fialkov nawet od niedawna pracuje dla DC Comics, także jego starania na poletku komiksu niezależnego doprowadziły go do pracy w korporacji. Ma też coraz więcej projektów i nadal zbierają one pozytywne recenzje. Innymi słowy, trzeba uważać na jego nazwisko, może jeszcze narobić szumu. „Echoes” wyraźnie wskazuje, że ma do tego możliwości.

Reklamy
 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu Marzec 11, 2012 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , ,

Tesla miał robota, Edison wrócił zza grobu, a Lovecraftowi potwór wyrósł z głowy. „Atomic Robo, tomy 1, 3 i 4”.

Atomic Robo! Kiedyś skosztowałem go trochę czytając historie z Dnia Darmowego Komiksu i byłem zauroczony. To jest komiks w dawnym tego słowa znaczeniu. Miła i szybka przygoda, którą można konsumować gdziekolwiek i kiedykolwiek. Jest dobry na chandrę i jest dobry na miłe popołudnie. Ogólnie, Robo to coś jakby połączenie Indiany Jonesa z Hellboyem. Głównie pod względem fantastycznego humoru. Aczkolwiek bicie nazistów po twarzach również wchodzi tutaj w grę.

Oczywiście, galeria łotrów jest dużo bardziej rozbudowana. Jednak i reszta: wampiry, roboty, dinozaur, duchy, potwory, piramidy, jest równie mocno przeżarta przez popkulturę. Dla komiksu ważne jest tylko to, żeby nie było żadnych moralnych przesłanek, ku temu aby ich nie wysadzać w powietrze. Także jest to prosty komiks, bez przesłania i bez przydługich przerw na myślenie. Robo nadrabia jednak dużym urokiem osobistym. Plus nic tutaj nie jest na serio, autorzy zachowują ogromny dystans do swojego tworu, co przekłada się bezpośrednio na kosmiczną wręcz przyjemność wynikająca z czytania. Swoje oczekiwania należy więc odpowiednio dostosować. Coś będzie wybuchało co zeszyt, postaci będą rozgadane niczym w komiksach Bendisa, a zło zostanie zgniecione pod ciężkim butem sprawiedliwości. To twórcy solennie przysięgają.

Sama historia natomiast przedstawia się następująco: W 1923 Nikola Tesla powołał do życia pierwszego na świecie robota. Robot, jak to robot, szybko znalazł sobie cel w życiu, zakasał rękawy i założył grupę do zwalczania problemów paranormalnych. Potem przejął też korporację swojego twórcy – Tesladyne – i niczym Hellboy od kilku dekad eliminuje wszelkie dziwadła, kreatury i inne mutanty. Jednak Robo na pewno nie stoi, ani nie ma zamiaru stać na tym samym poziomie co twór Mike’a Mignoli. Nie ma tu za dużo mroku – ani w kwestii kreski, ani fabuły. Robo to luźna komedia przygodowa.

Najlepiej to widać w tomie czwartym, czyli „Atomic Robo and Other Strangenss”. Zawiera on w sobie mini-serię składająca się z 4 samodzielnych i bardzo różnych historii. Tutaj wprowadzeni są ci bardziej oryginalni i ciekawsi łotrzy, jak wygadany i szczerze nienawidzący parszywych ssaków, Dr Dinozaur oraz wyglądający na dystyngowanego kuzyna LeChucka, Nieumarły Edison. W pierwszym zeszycie mamy jeszcze do czynienia z inwazją wampirów z innego wymiaru, a w drugim z parodią Power Rangers i Godzilli. Przez to, że ta mini-seria jest dość krótka stanowi świetne wprowadzenie do „Atomic Robo”. Jednak równocześnie brakuje jej jakieś składności, dzięki której mogłaby bronić się jako całość. Nie ma tu żadnego wątku przewijającego się przez cały tom. Po prostu zaprezentowany jest zwykły dzień z życia Robo. Przyjemnie zakręcony i wypełniony dużą ilością świetnych dialogów, ale pozbawiony wyraźnego finału.

Warto też zaznaczyć, że pierwszy tom, czyli „Atomic Robo and the Fightin’ Scientists of Tesladyne”, to stanowczo nie jest rzecz od której powinno się zaczynać. Bardzo wyraźnie widać, że scenarzysta jeszcze się wtedy rozkręcał i szlifował warsztat. Tom jest po prostu nierówny. Co prawda wstęp jest całkiem dobry, a zeszyt numer cztery, w którym Robo podróżuje na Marsa jest po prostu świetny, to jednak reszta już jest odrobinę przeciętna. To tu, to tam zdarzają się nadal ciekawe lub zabawne dialogi, ale całość nie sprawia aż tak dobrego wrażenia jak choćby te darmowe zeszyty podlinkowane we wstępie. Przeciwnikami bohatera są naziści, gigantyczne mrówki, ruchoma piramida strzelająca laserami śmierci i armia robotów morderców. Innymi słowy nudno być nie powinno, ale schematycznie już tak. Poza tym niektóre historie są ze sobą powiązane, inne nie. Najciekawszy okazuje się wspomniany zeszyt ze spokojną wycieczką promem bezzałogowym na Marsa, w którym jest kilka fantastycznych występów gościnnych prawdziwych postaci. Jako całość, tom jest jednak słabszy.

Ogólnie, więc jest to coś do przeczytania później, jeśli postać i sam komiks przypadnie nam do gust. Poza tym po zawodzie jaki mi sprawił „Fightin’ Scientists of Tesladyne”, pominąłem tom drugi, który rozgrywa się w czasie II Wojny Światowej. W tomie pierwszym się to kiepsko sprawdziło, wątpię żeby w drugim było lepiej. Trzeciego tomu darować sobie jednak nie mogłem – stoi w końcu pod znakiem Lovecrafta! Zdecydowanie jest też moim faworytem wśród tego co przeczytałem.

„Atomic Robo: Shadow from Beyond Time” spokojnie przewyższa jakością swoich poprzedników. Przede wszystkim fabuła bawiąca się trochę mitologią Lovecrafta, trochę horrorem, jest naprawdę wciągająca i pewnie zmierza ku zakończeniu, które rewelacyjnie związuje wszystkie wątki. Mamy tutaj cztery historie, cztery spotkania z przypominającą Cthulhu miedzywymiarową istotą, która bardzo znielubiła Robo. Jest też w tym tomie sporo komiksowej pseudonauki. Czas i przestrzeń stają się polem do wysnuwania szalonych teorii, w których nie ma miejsca dla Einsteina. Jednak gdzie indziej jak poza naszym pojmowaniem mogłyby się znajdować koszmarne twory Lovecrafta? Bardzo mi się spodobała ta interpretacja, a i miło się te wywody czytało. Poza tym realizmu nikt tu nie obiecywał. Jest to historia alternatywna z wielkim ośmiornico-podobnym stworem terroryzującym Nowy Jork w latach dwudziestych, któremu z nosa wystaje Lovecraft – to też się pewnie nie wydarzyło.

Rysunki Scotta Wegenera we wszystkich trzech tomach trzymają ten sam niezły poziom. Ilustracje są miłe dla oka, a jego styl można by określić jako kreskówkowy. Postaci bywają kanciaste, ale rysownik świetnie kontroluje ich ekspresję i ruchy. Wyciąga całą gamę emocji nawet z robota, którego twarz składa się w zasadzie z dwóch niebieskich żarówek. Wegener ma też doskonałe wyczucie sedna żartów. Jest tu sporo humoru sytuacyjnego i bardziej realistycznie rysujący artysta mógłby spalić niektóre dowcipy. Jedyna słabość tego rysownika to tła. Potrafi on rysować miłe dla oka krajobrazy i zawsze dba o to, żeby akcja w kadrach była przejrzysta, jednak czasami po prostu nie wypełnia kadrów do końca. Nie jest to nic utrudniającego bądź uprzykrzającego czytanie, ale pewna słabość na pewno.

Nie wiem za bardzo jak wyglądają wersje fizyczne tych wydań zbiorczych, ale wiem że są za drogie. Red 5 to niszowe wydawnictwo, więc ciężko się czepiać. Jednak, moim zdaniem „Atomic Robo” to idealny zakup digitalny. Każdy zeszyt kosztuje niecały dolar, a pierwszy jest za darmo. Innymi słowy, cały pierwszy tom wyniósł mnie około 16 złotych, trzeci też, a czwarty 13. Wersję papierową miałbym trzy razy drożej i pewnie doszłaby za tydzień albo dwa. Z resztą Robo to nie jest komiks, który trzeba mieć na półce i napawać się jego widokiem, więc akurat taka forma połączona z niską ceną bardzo mi pasowały.
Stosunek cena/jakość jest optymalny.

„Atomic Robo” jest niepoważny, odrobinę szalony i momentami dziecinny. Zgraja jego łotrów najchętniej nic by nie robiła tylko wygłaszała bez przerwy cudownie rozwiązłe monologi. Jemu natomiast brakuje czasami cierpliwości, żeby ich zabijać. Angielskie słowo ‘awesome’ powstało tylko po to, żeby można było nim dosadnie i dokładnie opisać „Atomic Robo”. W słowniku dumnie widnieje on pod tym hasłem. Naprawdę! Tuż obok „Scotta Pilgrima”.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Marzec 3, 2012 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,