RSS

Archiwa tagu: Lovecraft

Tesla miał robota, Edison wrócił zza grobu, a Lovecraftowi potwór wyrósł z głowy. „Atomic Robo, tomy 1, 3 i 4”.

Atomic Robo! Kiedyś skosztowałem go trochę czytając historie z Dnia Darmowego Komiksu i byłem zauroczony. To jest komiks w dawnym tego słowa znaczeniu. Miła i szybka przygoda, którą można konsumować gdziekolwiek i kiedykolwiek. Jest dobry na chandrę i jest dobry na miłe popołudnie. Ogólnie, Robo to coś jakby połączenie Indiany Jonesa z Hellboyem. Głównie pod względem fantastycznego humoru. Aczkolwiek bicie nazistów po twarzach również wchodzi tutaj w grę.

Oczywiście, galeria łotrów jest dużo bardziej rozbudowana. Jednak i reszta: wampiry, roboty, dinozaur, duchy, potwory, piramidy, jest równie mocno przeżarta przez popkulturę. Dla komiksu ważne jest tylko to, żeby nie było żadnych moralnych przesłanek, ku temu aby ich nie wysadzać w powietrze. Także jest to prosty komiks, bez przesłania i bez przydługich przerw na myślenie. Robo nadrabia jednak dużym urokiem osobistym. Plus nic tutaj nie jest na serio, autorzy zachowują ogromny dystans do swojego tworu, co przekłada się bezpośrednio na kosmiczną wręcz przyjemność wynikająca z czytania. Swoje oczekiwania należy więc odpowiednio dostosować. Coś będzie wybuchało co zeszyt, postaci będą rozgadane niczym w komiksach Bendisa, a zło zostanie zgniecione pod ciężkim butem sprawiedliwości. To twórcy solennie przysięgają.

Sama historia natomiast przedstawia się następująco: W 1923 Nikola Tesla powołał do życia pierwszego na świecie robota. Robot, jak to robot, szybko znalazł sobie cel w życiu, zakasał rękawy i założył grupę do zwalczania problemów paranormalnych. Potem przejął też korporację swojego twórcy – Tesladyne – i niczym Hellboy od kilku dekad eliminuje wszelkie dziwadła, kreatury i inne mutanty. Jednak Robo na pewno nie stoi, ani nie ma zamiaru stać na tym samym poziomie co twór Mike’a Mignoli. Nie ma tu za dużo mroku – ani w kwestii kreski, ani fabuły. Robo to luźna komedia przygodowa.

Najlepiej to widać w tomie czwartym, czyli „Atomic Robo and Other Strangenss”. Zawiera on w sobie mini-serię składająca się z 4 samodzielnych i bardzo różnych historii. Tutaj wprowadzeni są ci bardziej oryginalni i ciekawsi łotrzy, jak wygadany i szczerze nienawidzący parszywych ssaków, Dr Dinozaur oraz wyglądający na dystyngowanego kuzyna LeChucka, Nieumarły Edison. W pierwszym zeszycie mamy jeszcze do czynienia z inwazją wampirów z innego wymiaru, a w drugim z parodią Power Rangers i Godzilli. Przez to, że ta mini-seria jest dość krótka stanowi świetne wprowadzenie do „Atomic Robo”. Jednak równocześnie brakuje jej jakieś składności, dzięki której mogłaby bronić się jako całość. Nie ma tu żadnego wątku przewijającego się przez cały tom. Po prostu zaprezentowany jest zwykły dzień z życia Robo. Przyjemnie zakręcony i wypełniony dużą ilością świetnych dialogów, ale pozbawiony wyraźnego finału.

Warto też zaznaczyć, że pierwszy tom, czyli „Atomic Robo and the Fightin’ Scientists of Tesladyne”, to stanowczo nie jest rzecz od której powinno się zaczynać. Bardzo wyraźnie widać, że scenarzysta jeszcze się wtedy rozkręcał i szlifował warsztat. Tom jest po prostu nierówny. Co prawda wstęp jest całkiem dobry, a zeszyt numer cztery, w którym Robo podróżuje na Marsa jest po prostu świetny, to jednak reszta już jest odrobinę przeciętna. To tu, to tam zdarzają się nadal ciekawe lub zabawne dialogi, ale całość nie sprawia aż tak dobrego wrażenia jak choćby te darmowe zeszyty podlinkowane we wstępie. Przeciwnikami bohatera są naziści, gigantyczne mrówki, ruchoma piramida strzelająca laserami śmierci i armia robotów morderców. Innymi słowy nudno być nie powinno, ale schematycznie już tak. Poza tym niektóre historie są ze sobą powiązane, inne nie. Najciekawszy okazuje się wspomniany zeszyt ze spokojną wycieczką promem bezzałogowym na Marsa, w którym jest kilka fantastycznych występów gościnnych prawdziwych postaci. Jako całość, tom jest jednak słabszy.

Ogólnie, więc jest to coś do przeczytania później, jeśli postać i sam komiks przypadnie nam do gust. Poza tym po zawodzie jaki mi sprawił „Fightin’ Scientists of Tesladyne”, pominąłem tom drugi, który rozgrywa się w czasie II Wojny Światowej. W tomie pierwszym się to kiepsko sprawdziło, wątpię żeby w drugim było lepiej. Trzeciego tomu darować sobie jednak nie mogłem – stoi w końcu pod znakiem Lovecrafta! Zdecydowanie jest też moim faworytem wśród tego co przeczytałem.

„Atomic Robo: Shadow from Beyond Time” spokojnie przewyższa jakością swoich poprzedników. Przede wszystkim fabuła bawiąca się trochę mitologią Lovecrafta, trochę horrorem, jest naprawdę wciągająca i pewnie zmierza ku zakończeniu, które rewelacyjnie związuje wszystkie wątki. Mamy tutaj cztery historie, cztery spotkania z przypominającą Cthulhu miedzywymiarową istotą, która bardzo znielubiła Robo. Jest też w tym tomie sporo komiksowej pseudonauki. Czas i przestrzeń stają się polem do wysnuwania szalonych teorii, w których nie ma miejsca dla Einsteina. Jednak gdzie indziej jak poza naszym pojmowaniem mogłyby się znajdować koszmarne twory Lovecrafta? Bardzo mi się spodobała ta interpretacja, a i miło się te wywody czytało. Poza tym realizmu nikt tu nie obiecywał. Jest to historia alternatywna z wielkim ośmiornico-podobnym stworem terroryzującym Nowy Jork w latach dwudziestych, któremu z nosa wystaje Lovecraft – to też się pewnie nie wydarzyło.

Rysunki Scotta Wegenera we wszystkich trzech tomach trzymają ten sam niezły poziom. Ilustracje są miłe dla oka, a jego styl można by określić jako kreskówkowy. Postaci bywają kanciaste, ale rysownik świetnie kontroluje ich ekspresję i ruchy. Wyciąga całą gamę emocji nawet z robota, którego twarz składa się w zasadzie z dwóch niebieskich żarówek. Wegener ma też doskonałe wyczucie sedna żartów. Jest tu sporo humoru sytuacyjnego i bardziej realistycznie rysujący artysta mógłby spalić niektóre dowcipy. Jedyna słabość tego rysownika to tła. Potrafi on rysować miłe dla oka krajobrazy i zawsze dba o to, żeby akcja w kadrach była przejrzysta, jednak czasami po prostu nie wypełnia kadrów do końca. Nie jest to nic utrudniającego bądź uprzykrzającego czytanie, ale pewna słabość na pewno.

Nie wiem za bardzo jak wyglądają wersje fizyczne tych wydań zbiorczych, ale wiem że są za drogie. Red 5 to niszowe wydawnictwo, więc ciężko się czepiać. Jednak, moim zdaniem „Atomic Robo” to idealny zakup digitalny. Każdy zeszyt kosztuje niecały dolar, a pierwszy jest za darmo. Innymi słowy, cały pierwszy tom wyniósł mnie około 16 złotych, trzeci też, a czwarty 13. Wersję papierową miałbym trzy razy drożej i pewnie doszłaby za tydzień albo dwa. Z resztą Robo to nie jest komiks, który trzeba mieć na półce i napawać się jego widokiem, więc akurat taka forma połączona z niską ceną bardzo mi pasowały.
Stosunek cena/jakość jest optymalny.

„Atomic Robo” jest niepoważny, odrobinę szalony i momentami dziecinny. Zgraja jego łotrów najchętniej nic by nie robiła tylko wygłaszała bez przerwy cudownie rozwiązłe monologi. Jemu natomiast brakuje czasami cierpliwości, żeby ich zabijać. Angielskie słowo ‘awesome’ powstało tylko po to, żeby można było nim dosadnie i dokładnie opisać „Atomic Robo”. W słowniku dumnie widnieje on pod tym hasłem. Naprawdę! Tuż obok „Scotta Pilgrima”.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Marzec 3, 2012 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,