RSS

Archiwa tagu: science fiction

Spacer przez miasto z kotem w wiaderku. „King City”.

Ten komiks mógłby spokojnie zaczynać się od cytatu z Marka Twaina: ktokolwiek będzie próbował doszukać się tu fabuły, powinien zostać rozstrzelany. „King City” rozdarte jest gdzieś pomiędzy science fiction, komedią i obyczajówką, ale tak naprawdę historia płynie sobie spokojnie w najprzeróżniejsze strony. Główna oś wydaje się prezentować następująco: Joe trenował wraz ze swoim kotem przez dwa lata, aby móc w przyszłości stawić czoła wszelkim przeciwnościom losu. Teraz wraca do swojego miasta rodzinnego. Głównie za pracą, ponieważ Joe jest szpiegiem i złodziejem. No i ma tego kota, którego nie zawaha się użyć.

Komiks zaczął swój żywot jeszcze w 2007 roku w amerykańskim wydawnictwie mangowym, TokyoPop. “King City” to efekt połączenia tych japońskich wpływów z amerykańskim komiksem niezależnym. Rezultat jest, trzeba to podkreślić, bardzo dziwny i niespodziewany. Brandon Graham łączy te dwa style na swój sposób. Z jednej strony historia rozwija się bardzo powoli, pewne mangowe klisze co jakiś czas się lekko naznaczają, kadrowanie jest bardzo japońskie i oszczędne, a i sam rysunek pod wieloma względami również. Jednak kiedy przychodzi co do czego, to okazuje się, że główny bohater nie dąży do zostania najlepszym kocimistrzem na świecie. Raczej snuje się bez celu, wykonuje różne prace na boku i marzy o utraconej dziewczynie. Innymi słowy, nasze zachodnie indie/hipsterstwo w pełnej krasie.

Ale co z tym kotem w wiaderku? Otóż jest to mała fabularna deus ex machina. Joker który bije wszystkie karty przeciwników. Główny bohater nie może zostać zapędzony w kozi róg, bo wystarczy, że wstrzyknie swojemu kotu ‚juice’ i kot będzie zdolny do wszystkiego. Stanie się bezwzględną maszyną do pokonywania przeciwników, schowkiem na mózgi i klucze, matematycznym geniuszem czy, co jest jednym z najgłupszych, ale jednocześnie najzabawniejszych pomysłów w komiksie, kocim peryskopem.

Ogólnie, humoru jest tu bardzo dużo i inspirowany jest w największym stopniu „Dr Slumpem”. Podobnie do autora tej mangi, Graham lubi bawić się grami słownymi i wymyślać najdziwniejsze futurystyczne gadżety. Charakteryzuje się też podobną sympatią do skatologii. Ale nie w ten niesmaczny sposób, tylko w podobnie uroczy jak w „Slumpie”. Nie śmiałem się może zbyt dużo, ale uśmiech pojawiał się na mojej twarzy nie raz.

Ciekawe jest też to, że Brandon Graham, czyli autor całości, zaczynał swoją komiksową karierę od rysowania pornografii. Nie widać tego jednak przesadnie wyraźnie w jego kresce. Oczywiście, jego kobiety prezentowane są w osobliwy sposób, chociażby usta mają dość duże, ale gdyby porównać je z mainstreamem amerykańskim czy japońskim, to wypadają całkiem przyzwoicie. Przynajmniej się normalnie ubierają. Już bardziej przeszkadza to, że wszystkie oddelegowane są do schematycznych ról: femme fatale, dream girl i damsel in distress. To jednak też zanadto nie uwiera, ponieważ postacie męskie również głębią nie grzeszą. Także specyficzne równouprawnienie jest w komiksie utrzymane. Wszystkie postaci są po prostu dość dwuwymiarowe, chociaż bardzo sympatyczne.

Wizualnie „King City” jest w większym stopniu zróżnicowane i trafia w mój gust idealnie. Autor pisze w posłowiu, że rysował to na co miał akurat ochotę danego dnia, i to widać. Przemoc pojawia się może w dwóch scenach, jakaś dynamiczniejsza akcja może w trzech. Zbłąkane piersi i członki natomiast przewijają się tylko przez parę plakatów na mieście. I to właśnie miasto jest tutaj głównym bohaterem, i z jego rysowania Graham wyraźnie czerpał największą przyjemność. Kiedy tylko pojawia się ono w kadrze to kreska staje się nagle bardziej szczegółowa. Momentami nawet przywołuje na myśl klasyków japońskiego science fiction. Wielka futurystyczna metropolia, jaką jest King City, żyje własnym życiem. Autor realizuje się poza głównym wątkiem fabularnym i tam właśnie upycha większość swoich szalonych pomysłów, a że wyobraźnię ma sporą, to jest na co popatrzeć.

Samo wydanie Image Comics jest fantastyczne. Komiks ma 424 strony i miękką okładkę ze skrzydełkami. Format jest odrobinę większy od amerykańskich standardów – szerszy od zwykłych wydań zbiorczych. Główna historia natomiast jest czarno-biała, ale w środku komiksu znajduje się też dwadzieścia stron w kolorze. Głównie są to dodatki, których jest po prostu cała masa. Część z nich to różnego rodzaju głupotki, typu gra planszowa, historyjki napisane dla żartu lub przez znajomych rysowników. Ogólnie, rzeczy bez których można by się obejść. Jednak doceniam to, że są. Od całości bije życie i ta szczególna wesołość tworzenia. Różne rysunki znajdują się nawet na skrzydełkach. To nie jest korporacyjny produkt, a autorowi zależy na czytelniku i to się czuje. Ten komiks mnie kocha i chce być kochanym! Podobne odczucia miałem czytając zbiorcze „Osiedle swoboda”. Do tego cena okładkowa jest bardzo niska ($20), biorąc pod uwagę obszerność i zawartość tego dziełka.

„King City” to, według mnie, bardzo ciekawy komiks. Historia wciąga, mimo że nie wywołuje szybszego bicia serca. Przyjemnie napędzana jest przez bogaty świat i ciekawy drugi plan. Dziwacy spacerujący po King City często zwracają najwięcej naszej uwagi. Chociaż głupie pomysły jak wykorzystanie kota jako środka destrukcji, również bawią. Należy jednak pamiętać i zaakceptować to, że na końcu zło nie zostanie pokonane. Głównych bohaterów ono niezbyt zajmuje, sam autor też nie jest zainteresowany. Niech ktoś inny ratuje świat. Mało to (super)bohaterów gdzie indziej?

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Marzec 31, 2012 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , ,

Tesla miał robota, Edison wrócił zza grobu, a Lovecraftowi potwór wyrósł z głowy. „Atomic Robo, tomy 1, 3 i 4”.

Atomic Robo! Kiedyś skosztowałem go trochę czytając historie z Dnia Darmowego Komiksu i byłem zauroczony. To jest komiks w dawnym tego słowa znaczeniu. Miła i szybka przygoda, którą można konsumować gdziekolwiek i kiedykolwiek. Jest dobry na chandrę i jest dobry na miłe popołudnie. Ogólnie, Robo to coś jakby połączenie Indiany Jonesa z Hellboyem. Głównie pod względem fantastycznego humoru. Aczkolwiek bicie nazistów po twarzach również wchodzi tutaj w grę.

Oczywiście, galeria łotrów jest dużo bardziej rozbudowana. Jednak i reszta: wampiry, roboty, dinozaur, duchy, potwory, piramidy, jest równie mocno przeżarta przez popkulturę. Dla komiksu ważne jest tylko to, żeby nie było żadnych moralnych przesłanek, ku temu aby ich nie wysadzać w powietrze. Także jest to prosty komiks, bez przesłania i bez przydługich przerw na myślenie. Robo nadrabia jednak dużym urokiem osobistym. Plus nic tutaj nie jest na serio, autorzy zachowują ogromny dystans do swojego tworu, co przekłada się bezpośrednio na kosmiczną wręcz przyjemność wynikająca z czytania. Swoje oczekiwania należy więc odpowiednio dostosować. Coś będzie wybuchało co zeszyt, postaci będą rozgadane niczym w komiksach Bendisa, a zło zostanie zgniecione pod ciężkim butem sprawiedliwości. To twórcy solennie przysięgają.

Sama historia natomiast przedstawia się następująco: W 1923 Nikola Tesla powołał do życia pierwszego na świecie robota. Robot, jak to robot, szybko znalazł sobie cel w życiu, zakasał rękawy i założył grupę do zwalczania problemów paranormalnych. Potem przejął też korporację swojego twórcy – Tesladyne – i niczym Hellboy od kilku dekad eliminuje wszelkie dziwadła, kreatury i inne mutanty. Jednak Robo na pewno nie stoi, ani nie ma zamiaru stać na tym samym poziomie co twór Mike’a Mignoli. Nie ma tu za dużo mroku – ani w kwestii kreski, ani fabuły. Robo to luźna komedia przygodowa.

Najlepiej to widać w tomie czwartym, czyli „Atomic Robo and Other Strangenss”. Zawiera on w sobie mini-serię składająca się z 4 samodzielnych i bardzo różnych historii. Tutaj wprowadzeni są ci bardziej oryginalni i ciekawsi łotrzy, jak wygadany i szczerze nienawidzący parszywych ssaków, Dr Dinozaur oraz wyglądający na dystyngowanego kuzyna LeChucka, Nieumarły Edison. W pierwszym zeszycie mamy jeszcze do czynienia z inwazją wampirów z innego wymiaru, a w drugim z parodią Power Rangers i Godzilli. Przez to, że ta mini-seria jest dość krótka stanowi świetne wprowadzenie do „Atomic Robo”. Jednak równocześnie brakuje jej jakieś składności, dzięki której mogłaby bronić się jako całość. Nie ma tu żadnego wątku przewijającego się przez cały tom. Po prostu zaprezentowany jest zwykły dzień z życia Robo. Przyjemnie zakręcony i wypełniony dużą ilością świetnych dialogów, ale pozbawiony wyraźnego finału.

Warto też zaznaczyć, że pierwszy tom, czyli „Atomic Robo and the Fightin’ Scientists of Tesladyne”, to stanowczo nie jest rzecz od której powinno się zaczynać. Bardzo wyraźnie widać, że scenarzysta jeszcze się wtedy rozkręcał i szlifował warsztat. Tom jest po prostu nierówny. Co prawda wstęp jest całkiem dobry, a zeszyt numer cztery, w którym Robo podróżuje na Marsa jest po prostu świetny, to jednak reszta już jest odrobinę przeciętna. To tu, to tam zdarzają się nadal ciekawe lub zabawne dialogi, ale całość nie sprawia aż tak dobrego wrażenia jak choćby te darmowe zeszyty podlinkowane we wstępie. Przeciwnikami bohatera są naziści, gigantyczne mrówki, ruchoma piramida strzelająca laserami śmierci i armia robotów morderców. Innymi słowy nudno być nie powinno, ale schematycznie już tak. Poza tym niektóre historie są ze sobą powiązane, inne nie. Najciekawszy okazuje się wspomniany zeszyt ze spokojną wycieczką promem bezzałogowym na Marsa, w którym jest kilka fantastycznych występów gościnnych prawdziwych postaci. Jako całość, tom jest jednak słabszy.

Ogólnie, więc jest to coś do przeczytania później, jeśli postać i sam komiks przypadnie nam do gust. Poza tym po zawodzie jaki mi sprawił „Fightin’ Scientists of Tesladyne”, pominąłem tom drugi, który rozgrywa się w czasie II Wojny Światowej. W tomie pierwszym się to kiepsko sprawdziło, wątpię żeby w drugim było lepiej. Trzeciego tomu darować sobie jednak nie mogłem – stoi w końcu pod znakiem Lovecrafta! Zdecydowanie jest też moim faworytem wśród tego co przeczytałem.

„Atomic Robo: Shadow from Beyond Time” spokojnie przewyższa jakością swoich poprzedników. Przede wszystkim fabuła bawiąca się trochę mitologią Lovecrafta, trochę horrorem, jest naprawdę wciągająca i pewnie zmierza ku zakończeniu, które rewelacyjnie związuje wszystkie wątki. Mamy tutaj cztery historie, cztery spotkania z przypominającą Cthulhu miedzywymiarową istotą, która bardzo znielubiła Robo. Jest też w tym tomie sporo komiksowej pseudonauki. Czas i przestrzeń stają się polem do wysnuwania szalonych teorii, w których nie ma miejsca dla Einsteina. Jednak gdzie indziej jak poza naszym pojmowaniem mogłyby się znajdować koszmarne twory Lovecrafta? Bardzo mi się spodobała ta interpretacja, a i miło się te wywody czytało. Poza tym realizmu nikt tu nie obiecywał. Jest to historia alternatywna z wielkim ośmiornico-podobnym stworem terroryzującym Nowy Jork w latach dwudziestych, któremu z nosa wystaje Lovecraft – to też się pewnie nie wydarzyło.

Rysunki Scotta Wegenera we wszystkich trzech tomach trzymają ten sam niezły poziom. Ilustracje są miłe dla oka, a jego styl można by określić jako kreskówkowy. Postaci bywają kanciaste, ale rysownik świetnie kontroluje ich ekspresję i ruchy. Wyciąga całą gamę emocji nawet z robota, którego twarz składa się w zasadzie z dwóch niebieskich żarówek. Wegener ma też doskonałe wyczucie sedna żartów. Jest tu sporo humoru sytuacyjnego i bardziej realistycznie rysujący artysta mógłby spalić niektóre dowcipy. Jedyna słabość tego rysownika to tła. Potrafi on rysować miłe dla oka krajobrazy i zawsze dba o to, żeby akcja w kadrach była przejrzysta, jednak czasami po prostu nie wypełnia kadrów do końca. Nie jest to nic utrudniającego bądź uprzykrzającego czytanie, ale pewna słabość na pewno.

Nie wiem za bardzo jak wyglądają wersje fizyczne tych wydań zbiorczych, ale wiem że są za drogie. Red 5 to niszowe wydawnictwo, więc ciężko się czepiać. Jednak, moim zdaniem „Atomic Robo” to idealny zakup digitalny. Każdy zeszyt kosztuje niecały dolar, a pierwszy jest za darmo. Innymi słowy, cały pierwszy tom wyniósł mnie około 16 złotych, trzeci też, a czwarty 13. Wersję papierową miałbym trzy razy drożej i pewnie doszłaby za tydzień albo dwa. Z resztą Robo to nie jest komiks, który trzeba mieć na półce i napawać się jego widokiem, więc akurat taka forma połączona z niską ceną bardzo mi pasowały.
Stosunek cena/jakość jest optymalny.

„Atomic Robo” jest niepoważny, odrobinę szalony i momentami dziecinny. Zgraja jego łotrów najchętniej nic by nie robiła tylko wygłaszała bez przerwy cudownie rozwiązłe monologi. Jemu natomiast brakuje czasami cierpliwości, żeby ich zabijać. Angielskie słowo ‘awesome’ powstało tylko po to, żeby można było nim dosadnie i dokładnie opisać „Atomic Robo”. W słowniku dumnie widnieje on pod tym hasłem. Naprawdę! Tuż obok „Scotta Pilgrima”.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Marzec 3, 2012 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dystopijne piątki #4 – W metalowym ciele zdrowy mózg, a dookoła miasto złomu. „Battle Angel Alita”.

Świat w „Battle Angel Alita” to kolejna przeludniona przyszłość, w której na każdym kroku mieszkańców czeka śmierć za byle błahostkę. Jednak tutaj, czytelnik otrzymuje obietnicę, że to jest tylko miasto złomu, jeden wielki slums na powierzchni ziemi. Natomiast wystarczy spojrzeć w niebo, żeby zobaczyć Zalem, niebo-utopię, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Tam na pewno mieszkają anioły.

Poza kreowaniem świata, Yukito Kishiro dużo swojej uwagi poświęca też postaciom. Sama historia „BAA” prezentuje się następująco: Doktor-mechanik, Daisuke Ido, odnajduje pewnego dnia na śmietnisku szczątki kobiety cyborga. Jej mózg okazuje się nietknięty, więc Ido decyduje się ją odbudować. Kiedy nasza bohaterka odzyskuje świadomość wychodzi na jaw, że nic nie pamięta, nawet swojego imienia. Dlatego pan doktor sam nadaje jej imię – Alita. Alita szybko okazuje się niespokojną duszą i, w zasadzie, archetypową wojowniczką. Z wyglądu i z charakteru przypomina wiele innych postaci tego typu. Jak choćby Navis, bohaterkę francuskiej serii „Armada”, wydawanej u nas przez Egmont.

Pomimo tego, ciężko jest mówić żeby seria była wtórna. Autor silnie osadza stworzone przez siebie postaci na fundamentach przerażającego miasta złomu. Dba on też, o to aby dystopia funkcjonowała logicznie i dostarcza nam wiele informacji na temat jej działania. Na końcu każdego tomu zawsze znajdują się dwie dodatkowe strony, gdzie autor dodaje jakieś szczególiki na temat tego jak operują fabryki czy objaśnia technologiczne zawiłości miasta złomu. Rzeczy niekoniecznie potrzebne, czasami humorystyczne, ale na pewno uwiarygodniające stworzony przez niego świat.

Wróćmy jednak do postaci. Niczym w japońskich grach RPG, każda z nich aż się pali, żeby wyłożyć nam swoją filozofię życia. „Zadaję cierpienie i sam nie czuję cierpienia.” „Mam marzenie i zrobię wszystko, żeby je spełnić.” Nawet pozornie sympatyczne postaci jak Ido i Alita mają w rzeczywistości dość czarne charaktery. Oboje jednogłośnie uznają, że miłość to możliwość posiadania drugiej osoby na wyłączność, a zabijanie to jedna z rzeczy, które robimy dla siebie, żeby czuć się lepiej.

Jednak jest to część opowieści jaką snuje Yukito Kishiro. Dorastanie to stanowczo temat przewodni komiksu. Alita rodzi się na nowo w pierwszym tomie i ponownie przechodzi przez różne etapy całego swojego życia. Bywa dziecinna, naiwna, irracjonalna i samolubna. Los jednak nie pozostaje jej dłużny i głęboko ją doświadcza, nie szczędząc bólu i cierpienia. Nie jest też tak, że zmiany jakie w niej zachodzą kompletnie zmieniają jej charakter. Do ostatniej kartki komiksu Alita pozostaje tą narwaną kobietką, której nic nie powstrzyma kiedy postawi sobie cel. Jednak pojawia się w niej jakieś większe zrozumienie dla otaczającego świata i większa empatia, a jej naiwność znika bezpowrotnie.

Nadal dość wyraźnie pamiętam jak czytałem tę mangę po raz pierwszy te 6 czy 7 lat temu. Wtedy przeleciałem przez całą serię bardzo szybko. Podążałem za wciągającą akcją. Teraz kiedy ponownie czytałem wszystkie tomy, żeby odświeżyć sobie komiks do tego tekstu, bardziej skupiałem się na samych postaciach i ich pobudkach. Ciężko spodziewać się, żeby osoby wychowane w takim środowisku jak miasto złomu czy na „Mad Maxowych” pustkowiach je otaczających wyrosły na jakieś wzory do naśladowania. Stąd te charaktery i charakterki nie są niczym zaskakującym. Z ciekawością analizowałem też wszystkie romanse w jakie główna bohaterka się pakowała. Ciągle pojawiał się w nich wątek kontroli, kto ma nad kim władzę, czego można oczekiwać od drugiej osoby. Alita na pewno sporo dawała sobą manipulować i popełniała wiele błędów. Czyni ją to ciekawą postacią.

Pod względem tonu komiksu, autor lawiruje pomiędzy powagą opartą na ekstremalnej przemocy, która kojarzy się z komiksem europejskim spod znaku Metal Hurlant, a charakterystycznie japońskim humorem. Mieszanka dość wybuchowa. Jednak, jak wspomniałem, komiks wciąga. Kishiro efektywnie tworzy napięcie i buduje zagrożenia dla głównej bohaterki. Już w pierwszym tomie jej ciało rozpada się na kawałki, a ogromny cyborg prawie dobiera się do zawartości jej czaszki. Tym bardziej postaci poboczne nigdy nie mogą czuć się bezpieczne. Trup ściele się gęsto.

Jednak, co uważam za bardzo ważne, wszystko jest świetnie poprowadzone artystycznie. Kishiro komponuje akcję bardzo świadomie i na ciekawe sposoby. Alita jest drobna i zwinna i zawsze to wykorzystuje w trakcie walki. Jest w komiksie kilka scen, w których wręcz wyskakuje ona z kadrów na czytelnika. Jest efekciarsko, ale bywa też brudno i nieprzyjemnie. Trafiamy w niebezpieczne zaułki i tajemnicze kanały. Miasto złomu to naprawdę miasto złomu. Ogólnie, styl rysunków Yukito Kishiro jest dość skomplikowany. Nie jest to żaden realizm, ani rysowanie każdej śrubki w każdym robocie, ale jest przyjemnie gęsto od kresek.

Co ciekawe, Yukito Kishiro to autor obeznany tak w kulturze jak i w popkulturze Zachodu. Nieczęsto zdarza się w komiksie japońskim, żeby postaci cytowały Nietzschego. Dodatkowo mamy też całą masę easter eggów rozsianych po tomach. Postać poboczna wygląda jak Slaine, przez jeden kadr przewija się Facehugger, przez inny Superman, a jeden z głównych sportów miasta złomu przywodzi na myśl Rollerball. Mimo wszystko te szczegóły nie przeszkadzają w odbiorze i nie psują rytmu komiksu. Autor ma bardzo jasną wizję swojej dystopii i chowa swoje inspiracje dość dokładnie pod bardzo efektowną kreską. (Może poza małym Millerowym wyjątkiem.)

„Battle Angel Alita” to 9 dość opasłych tomów po ponad 200 stron. Każdy z nich opleciony jest obwolutą, a okładki rzucają się w oczy malowaną główną bohaterką. Jak to bywa w wypadku mang, każdy tom jest dokładnie oznaczony i kiedy stoją obok siebie na półce prezentują się fantastycznie. Papier na którym wydrukowany jest komiks jest dość gruby, ale żółknący. Mimo to, moim zdaniem, idealnie pasuje on do treści mangi i tworzy dodatkowy klimat. Wydanie współgra z treścią. Nie zapominajmy też o tłumaczeniu, które jak zwykle w wypadku wydawnictwa JPF jest świetne i na pewno wpływa pozytywnie na odbiór komiksu, tak w chwilach humorystycznych jak i piekielnie poważnych.

Podsumowując, po prostu lubię ten komiks. Nie jest to klasyczne science fiction, jako że technologia często schodzi na drugi plan względem walk i rozwoju postaci. Jednakże zawsze gdzieś w tle śmigają nanoboty, a autor potrafi rozpisać się na temat płynów znajdujących się w naszym mózgu. Potem wkradają się też do fabuły klasyczne dystopijne tropy – „ten system musi upaść, teraz i zaraz!”, ale nie jest nudno. Nigdy, ani przez chwilę. Także, lubię ten komiks i cieszę się, że mam go na półce.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Grudzień 2, 2011 w Dystopijne Piątki, Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

Deckard w krainie japońskich robotów. „Pluto”, tom 1.

Naoki Urasawa to jeden z najbardziej znanych japońskich twórców komiksowych, nie tylko w swojej ojczyźnie, ale też i na świecie. Co ciekawe, nie koncentruje on wszystkich swoich pomysłów na jednej serii, a tworzy krótsze, jak na mangowe standardy, zamknięte historie.  Na przestrzeni lat napisał i narysował już wiele klasyków – ma on na koncie „Monster”, „20th Century Boys” i właśnie „Pluto”.
Pluto tom 1„Pluto” jest wyjątkowe pod wieloma względami. Komiks bazuje na jednej z opowieści w mandze „Astro Boy” autorstwa boga japońskiego komiksu Osamu Tezuki. „Pluto” jednak różni się znacznie od swojego pierwowzoru. Tam mieliśmy mangę bitewną, tutaj thriller detektywistyczny. Urasawa przeobraża fantastyczny dziecięcy świat robotów w twór bardziej poważny i osadzony w rzeczywistości. Wizualnie, jak i tematycznie eksploruje on tropy science-fiction związane z robotami. Jednak zajmuje się również bardziej humanistycznymi wątki. Czy żołnierz po powrocie do domu może żyć spokojnie, pozostawiając za sobą brutalną przeszłość? Czy możliwe jest odkupienie swoich grzechów?

Seria liczy sobie w sumie 8 tomów. Stąd recenzowany tutaj komiks to tylko przygrywka. Przedstawione zostaje kilka głównych postaci, na czele z detektywem-robotem Gesichtem, a główne wątki zostają lekko nakreślone. „Pluto” dopiero nabiera rozpędu. Jednak już w pierwszym tomie dzieje się całkiem dużo i po przeczytaniu zostaje ochota na więcej. Z czasem będzie ona rosnąć.

Ogólnie rzecz biorąc „Pluto” to bardzo kosmopolityczna manga. Akcja pierwszego tomu zaczyna się w Europie, nazywanej tutaj Związkiem Europejskim, a kończy w Japonii. Jak już wspomniałem głównym bohaterem przez większość tomu jest Gesicht. Jednak dużą część komiksu zajmuje także historia North no.2, jednego z potężnych robotów, który po wojnie na Bliskim Wschodzie, próbuje odszukać spokój, pracując jako kamerdyner. Gesicht natomiast stara się odnaleźć mordercę, który zabija swoje ofiary, tak ludzi jak i roboty, po czym dorabia ciałom rogi. Widzimy jak Gesicht odkrywa pierwsze poszlaki a także obserwujemy jego życie codzienne i dręczące go wizje.

Kreska Urasawy jest dość realistyczna i często bardzo dokładna. Szczególnie dotyczy to krajobrazów miast, natury i różnych urządzeń. Postaci natomiast rysuje on trochę prościej. Oczywiście, jednak, nie popada w stereotypowe wielkie oczy, ale zamiast nich, wydaje się większość swoich postaci obdarowywać wielkimi nosami. Jest to jednak zgodne z wizją Tezuki, który w swoim „Astro Boyu”, również rysował te nosy z rozmachem. Fakt ten może trochę świeżego czytelnika rozpraszać. Nie stanowi to jednak większego problemu na dłuższą metę. Ponadto, Urasawa doskonale panuje nad wyrazami twarzy swoich postaci i mimo różnorakich wyglądów, bohaterowie są pełni życia. W komiksie nie ma za wiele walk i strzelanin, a za to jest wiele rozmów pomiędzy postaciami, do czego umiejętności Urasawy są jak najbardziej odpowiednie. Potrafi on nadać swoim rysunkom dynamizm, nawet w tych spokojnych scenach.

Jakość wydania jest bardzo wysoka. Już sam projekt okładki cieszy oczy. Zwykle wydawnictwo Hanami stawia na prostotę i tworzy bardzo minimalistyczne oprawy komiksów – proste czcionki i dużo pustej białej przestrzeni. Nie jest to złe podejście, ale w wypadku „Pluto” jest dużo ciekawiej. Jak widać powyżej manga ma efektowne logo i wyraźne oznaczenie numeru tomu. Ponadto, czego akurat nie widać, okładka rozciąga się przez grzbiet aż na tył tomiku. Bardzo przyjemnie trzyma się go w rękach. Wewnątrz komiks prezentuje stały wysoki poziom Hanami. Dobre tłumaczenie, porządny, gruby niekredowy papier. Nawet kilka pierwszych stron tomiku jest w kolorze, co było dla mnie miłym zaskoczeniem. Cena przy odpowiednich zniżkach też nie jest zastraszająca. 23-27 złotych za lekko ponad 200 stron, to moim zdaniem dobra oferta.

W tamtym roku, skończono wydawać „Pluto” w USA i został tam bardzo ciepło przyjęty. Obdarowano go nagrodami dla najlepszego zagranicznego komiksu i napisano niejedną pozytywną recenzję. Teraz my w Polsce, też mamy szansę się nią nacieszyć w naszym ojczystym języku. Nie powinniśmy tej szansy marnować.

 
5 Komentarzy

Opublikował/a w dniu Wrzesień 19, 2011 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , ,