RSS

Archiwa tagu: Wampiry

Flaki z olejem w polewce z przeciętności. „Bloodrayne”.

Unikam produkcji filmowych Uwe Bolla jak ognia. Marnowanie godzin z życia na jego nakręcone na kolanie projekty, to naprawdę coś czego nie potrzeba mi do szczęścia. Co mnie jednak zaintrygowało w Bloodrayne to przypadkowo znaleziona wypowiedź scenarzystki. Otóż, podobno w trakcie kręcenia filmu dostała telefon od jednego z producentów, który poinformował ją, że film może odrobinę różnić się od jej wyobrażeń. Uwe Boll w zasadzie nie mówi po angielsku i stąd może być ona trochę zaskoczona efektem końcowym. Jej reakcja?

Podczas premiery filmu, pani scenarzystka śmiała się do rozpuku. Oczywiście, jak to w wypadku produkcji Uwe Bolla była jedyną osobą, która okazywała jakiekolwiek pozytywne emocje w trakcie projekcji. Chociaż wyobrażam sobie, że sam Uwe siedział dumny jak paw, niczym Ed Wood, kontemplując swoją wspaniałość. W każdym razie, uznałem, że może warto spróbować. Może film będzie tak zły, że aż dobry.
Czasami ludzka naiwność nie zna granic…

Czuję jednak pewną sympatię do „Bloodrayne”. Znam i swego czasu, dość ostro zagrywałem się w grę komputerową o tym samym tytule. Bardzo brutalna zręcznościówka, z przyjemnym sterowaniem. Biega się tam w zwolnionym tempie i rozczłonkowuje nazistów. Niekoniecznie więc była to ambitna produkcja, ale nie można jej było odmówić pewnego uroku. Do tego była porządnie wykonana i grywalna. Przyjemność płynąca z grania była naprawdę znaczna. Ogólnie, był to taki „Matrix” w wersji komputerowej, oblany kubłami krwi i z latającymi kończynami w roli głównej.

Niestety ekranizacjom gier komputerowych zawsze brakuje jakiejkolwiek jakości. U podstaw kładzie się znaną markę i na niej buduje wieżę z plastiku i kiepskiego aktorstwa. Historię z gry, natomiast, przerabia się nieudolnie w taki sposób, żeby nadać jej Hollywoodzką strukturę. W rezultacie, film przestaje przypominać to co miał naśladować. Bloodrayne w grze walczyła z nazistami, a tutaj z jakimiś wieśniakami i wampirami przebranymi za wieśniaków. Tam było niesmaczne gore, a tutaj śladowe ilości krwi. Do tego Uwe Boll jest reżyserem… Także mierny efekt końcowy chyba od razu był zawarty w kontrakcie.

Co do opowieści jaką snuje reżyser, to opisywanie jej tutaj mijałoby się z celem. Żeby wspomnieć o każdym absurdzie zawartym w filmie, potrzeba by kosmicznych ilości zdań, które i tak donikąd by nas nie doprowadziły. Logiki tam nie ma. Półwampirzyca trzymana w niewoli, ucieka. Trafia do losowego kościoła w którym znajduje potężny artefakt. Potem, spotyka łowców wampirów i przekonuje ich, że jest OK. Z nieznanych nikomu powodów, uprawia z jednym z nich seks na kratach więziennych. Wszystko aby zabić swojego tatę, bo zabił mamę. A Boll po prostu kręcił to, i sklejał tak, żeby wszystko wyglądało o tyle, o ile.

Chociaż nie do końca. Jeden aspekt może się bardzo podobać. Mianowicie, kostiumy i lokacje. Stroje są porządnie wyszyte i wyglądają jak coś w czym można by chodzić mimo, że nie zawsze pasują do realiów filmu. Wszystkie sceny kręcone na świeżym powietrzu również wyglądają często całkiem nieźle, a zamki całkiem sympatycznie. Jednak sztuczność wkrada się do filmu z każdej strony, bo rekwizyty są miernej jakości. Rzuca to się w oczy na przykład, kiedy na końcu filmu Rayne przechodzi przez salę pełną trupów i zasiada na wampirzym tronie. Wydaje mi się, że miało być spektakularnie, a jest po prostu komicznie. Tron wygląda jak drewniane krzesło, niespecjalnie duże i wyraźnie niewygodne. W domu mam lepsze. A aktorstwo Kristiny Loken nie przekazuje zupełnie nic.

Poza tym, tak, gra tu kilka bardziej znanych Hollywoodzkich gwiazd jak Michael Madsen czy Michelle Rodriguez, a nawet Ben Kingsley! Widać, że reżyser wyciąga z aktorów wszystko co najgorsze. Każde z nich jednakowo beznamiętnie wypowiada swoje kwestie i macha plastikowymi mieczami obleczonymi sreberkiem od czekoladek. Madsen jest szczególnie bezpłciowy i wyraźnie liczy na to, że nikt tego filmu nie będzie oglądać. Kiedy go już zabijają to wygląda to jakby umierał z nudów i był mocno poirytowany, że zajęło to tak długo. Wspomniana Kristina Loken, grająca tytułową rolę, też jest przeciętna, ale to chyba akurat zgodnie z jej możliwościami. Idealnie nadawała się do „Terminatora 3” – dysponuje ona jedną miną i porusza się bardzo nienaturalnie w czasie wszelkich scen akcji. Czyli jest zupełną przeciwnością Michelle Rodriguez, która oprócz tego, że jest jedyną aktorką w filmie która potrafi walczyć mieczem, to jeszcze gra całkiem przekonująco. Sama jednak „Bloodrayne nie uratuje.

Najbardziej w filmie uderzyły mnie te wszystkie sceny akcji. Jak łatwo jest zapomnieć, że stoi za nimi zwykle armia kaskaderów i choreografów! Boll wydaje mi się, że nie miał ani jednego, ani drugiego, ani w sumie niczego. Kiedy Loken próbuje wykonać firmowy ruch Bloodrayne czyli naskok na przeciwnika z opleceniem nogami jego korpusu wygląda to po prostu dziwnie. Jak dzieci na podwórku nieudolnie naśladujące ciosy z filmów kung fu. Tutaj jednak punkt dla filmu, bo wywołał u mnie jakąś reakcję. Zrobiło mi się bardzo przykro, że biorę udział w tym widowisku.

Słabe filmy stają się zwykle kultowe, z tego względu, że potrafią widowni coś zaoferować w zamian za swój brak jakości. Dostarczają frajdę dzięki swojej nieudolności. Mają elementy które potrafią zauroczyć. Nie nudzą, a ciekawią. I tu jest największy problem „Bloodrayne”. Film jest przeszywająco wręcz nużący. Musiałem podchodzić do niego trzy razy. Dotrwałem do końca tylko dlatego, że przeczytałem, że gdzieś tam w jednej ze scen wystąpi Meatloaf otoczony przez prawdziwe rumuńskie prostytutki. Ot, następna ciekawostka, których jest dużo za mało, żeby powstrzymać się przed ziewaniem i przewijaniem.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 12, 2012 w Tragicznie Słaby Horror

 

Tagi: , , , , , , , , , , , ,