RSS

Archiwa tagu: Warren Ellis

Piekielnie dobra antologia. „Vertigo Resurrected” #1

W poprzednim roku DC Comics wpadło na dość ciekawy pomysł reedycji mniej popularnych komiksów w formie stu stronicowych zeszytów. Vertigo także dostało swój odpowiednik tej linii, którą nazwano Vertigo Resurrected, ponieważ pierwotnie miała zawierać niewydane wcześniej, z tego lub innego powodu, komiksy. Dzięki zmianie na pozycji redaktora naczelnego DC, wszystko miało być możliwe. Fani spekulowali, że zobaczymy „Lobo” Alana Granta i Franka Quietely’ego i spotkanie Swamp Thinga z Jezusem. Dostaliśmy jednak jedynie ocenzurowany wcześniej zeszyt „Hellblazera” Ellisa. Potem wydano kilka wznowień starych komiksów i projekt, wydaje się umarł, cichą śmiercią.

Wróćmy jednak do pierwszego „Vertigo Resurrected” i nacieszmy się tym co mimo wszystko trafiło na rynek. Jest to w zasadzie antologia, różnych krótszych historii wielkich twórców pracujących w różnych latach dla Vertigo. Lista nazwisk jest naprawdę imponująca, tak pod względem rysowników jak i scenarzystów, a i historie praktycznie wszystkie stoją na bardzo wysokim poziomie. Znane nazwiska stanowczo przekładają się w tym wypadku na jakość. Nie ma tutaj jednak nic nowego. Wszystkie opowiadania zostały powyciągane z różnych dawnych antologii jak „Weird War Tales” czy „Strange Adventures”. Pomimo tego, dla czytelnika, który nie miał z tymi wydawnictwami styczności jest to nie lada gratka.

Jedyny ‚ożywiony’ komiks w tej kolekcji to Hellblazer #144 Warrena Ellisa i Phila Jimeneza. Komiks nie ukazał się pierwotnie dlatego, bo traktuje on o szkolnych strzelaninach, a chwilę po tym jak Jimenez skończył go rysować, doszło do strzelaniny w liceum Columbine. Stąd DC nie wydało tego zeszytu w 2000, bo bało się negatywnych reakcji prasy. Ellis natomiast zdenerwował się cenzurą i rzucił pracę dla DC w diabły, uciekając do Marvela. „Shoot” bo tak brzmi tytuł komiksu, oczywiście bardziej wykorzystuje tego typu wydarzenia do komentarzu społecznego, którego było pełno w komiksach Anglików wywodzących się z klasy robotniczej niż dla szokowania czytelnika. Realistyczne rysunki Jimeneza miło się ogląda, teoretycznie mała rola Constantine’a w komiksie nie przeszkadza i można ją odebrać jako ciekawe nawiązanie do „Sandmana”. Ogólnie są to bardzo dobre 22 strony i komiks idealnie pasowałby do „Setting Sun”, czyli tam gdzie pierwotnie miał trafić.

Następna historia w antologii to „The Kapas” Briana Bollanda i jest to raczej kiepska rzecz. Osobiście uważam, że mimo niesamowitej kreski jest on słabym scenarzystą. Tutaj nie ma Moore’a który prowadziłby rękę Bollanda tak jak w „Zabójczym żarcie”. Stąd rysunki w tej historii są bardzo statyczne, a do tego wszystko opowiedziane jest za pomocą podpisów. Nie ma żadnych dymków dialogowych i ogólnie wylewa się z tego komiksu totalny brak warsztatu scenariuszowego. To jest stanowczo najsłabszy punkt całej antologii. Inna trochę słabsza historia to „Nosh and Barry and Eddie and Joe” autorstwa Gartha Ennisa i Jima Lee. Samo opowiadanie jest ciekawe. Jak to u Ennisa bywa, jest jednak prawie w stu procentach oparte na dialogach. Tytułowych czterech bohaterów jedzie samochodem i prowadzi dyskusję. W rękach stałego współpracownika Ennisa czyli Dillona byłaby to zapewne perełka. Ale Jim Lee? Szanuję go dlatego, że wychowałem się na jego X-Men i Wild Cats. Jednak bądźmy szczerzy, wszystkie jego postaci mają takie same twarze i tak samo zbudowane ciała. Pozująca armia mężczyzn w trykotach – tego nikt lepiej niż Lee nie zilustruje. Czterech żołnierzy w samochodzie? Do dziś nie wiem który to był Nosh, który Eddie, a który Barry. Inny kolor włosów czy wąsy u jednego z nich tu nie pomogły. Także rysunki mocno obniżyły przyjemność z odbioru tego dość mocnego opowiadania.

Dalej mamy dwie historie, które zapewne nazwać możnaby romantycznymi i są to popisowe prace rysowników. „Diagnosis” Stevena Seagle’a i Tima Sale’a opowiada o pewnym chirurgu który ciągle zastanawia się, które „wnętrze” swojej ukochanej kocha bardziej. Sale niesamowicie tutaj szaleje, bawiąc się kompozycją i kolorem, a także nawiązując do pop-artu. Mistrzowsko zilustrowana mroczna historia. Z resztą tak samo jak i „Death of a Romantic” Petera Milligana i Eduardo Risso. Jak i w „Diagnosis” jest tutaj romans potraktowany z innej strony i historia ma kilka cudownych zwrotów akcji. Ale pierwsze skrzypce gra znowu rysownik. Risso znany z wydanych i u nas „100 naboi” bezbłędnie kadruje komiks i prowadzi historię w taki sposób aby wszystkie wydarzenia były opowiedziane równie dobrze za pomocą rysunku jak i słów. Obraz współgra z treścią i nawzajem się uzupełnia. Risso nie bawi się formą tak jak Sale, ale rezultat jest równie doskonały.

Również i horror ma swoje przedstawicielstwo w „Vertigo Resurrected”. Historia Berniego Wrightsona i Bruce’a Jonesa to bardzo klasyczny gotycki horror z wielką willą, zombie i sekretem rodzinnym. Klasyczny nie znaczy zły i opowiadanie to sprawia sporo frajdy. Dwaj legendarni twórcy komiksowego horroru wyraźnie są tutaj w swoim żywiole. Dziełko Briana Azzarello i Esada Ribica pod tytułem „Native Tongue” to już bardziej współczesna rzecz opowiadająca o powiązaniach pomiędzy kosmitami i seryjnymi mordercami. Malowane obrazy Ribica mogą przerażać, a sama historia również jeży włos na plecach. Horror najwyższej próby, który trzyma w niepewności do ostatniego kadru.

Dalej mamy jeszcze sympatyczną historię Billa Willinghama, „It Takes a Village”, która bardzo wyraźnie stanowi prototyp „Baśni” tego autora. Przewija się tutaj bardzo wiele pomysłów które rozwinął on później w tej właśnie serii. Jednak sama historia samodzielnie również funkcjonuje bardzo dobrze i posiada zabawną puentę oraz rysunki, w których na każdym planie coś się dzieje. Tego samego jednak nie można powiedzieć o „New Toys” Granta Morrisona i Franka Quitely’ego. Jest to duet komiksowy, który wręcz wielbię i ubóstwiam, ale Quitely nie daje z siebie w tym wypadku wszystkiego i bardzo oszczędza na rysowaniu drugiego planu. Sama historia to taka trochę moralizatorska opowieść o zabawkach z zakończeniem bardzo w stylu „Invisibles”, które trochę ratuje ten komiks. Ogólnie jako fan, cieszę się, że to przeczytałem, ale nie jest to tak wysoki poziom jak niektórych innych opowiadań z tej antologii, że już nie wspomnę o innych dziełach tego duetu.

Podsumowując, jako Polski komiksiarz i kolekcjoner wydań zbiorczych, czytałem te historie po raz pierwszy mimo, że w większości są to przedruki. Dlatego po stokroć uważam, że warto mieć tę komiksową antologię. Cena okładkowa to tylko osiem dolarów, reklam w środku jest na szczęście bardzo mało, a zawartość jest fantastyczna. Do tego komiks został wydrukowany na papierze kredowym, co jest rzadkością w wydaniach zbiorczych z Vertigo, gdzie zwykle szarzejąco-żółknący cienki papier słabo odzwierciedlający kolory to norma.
Ogólnie, warto? Warto!

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 6, 2012 w Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dystopijne piątki #1 – Uniwersum Marvela w ruinach. „Ruins”.

W 1994 roku Marvel Comics wydało „Marvels”, namalowany przez Alexa Rossa i napisany przez Kurta Busieka, komiks ukazujący superbohaterów z perspektywy ludzi zamieszkujących ich świat. Mimo, a raczej dzięki, bardzo pozytywnemu przesłaniu i gloryfikacji mitu superbohatera „Marvels” z miejsca stało się olbrzymim sukcesem. Stąd nie dziwi fakt, że rok później postanowiono wydać kontynuację. Jednak Marvel nie poszedł najprostszą ścieżką czyli nie wydał sequela, a zamiast tego wykorzystał tylko ten sam koncept – malowany komiks o życiu bohaterów z perspektywy zwykłych ludzi. Rezultat miał być kompletnym przeciwieństwem „Marvels” – antyutopią do utopijnego świata tego komiksu.

Napisana przez Warrena Ellisa historia opowiada o Philu Sheldonie, dziennikarzu pracującym dla Daily Bugle, tej samej gazety dla której pracował Peter Parker. Postać centralna fabuły jest więc taka sama jak w „Marvels”. Sheldon prowadzi kronikę otaczającego go świata, śledząc losy osób posiadających nadnaturalne umiejętności. W przeciwieństwie do „Marvels” osoby te jednak nie są fantastyczne i budzące podziw. W „Ruins” budzą jedynie nasze współczucie i żal.

Ellis doprowadza ideę realizmu w historiach superbohaterskich do absurdu, a jego cyniczne żarty tylko pogłębiają smutek jaki dzięki fantastycznym rysunkom aż emanuje ze stron. Nie ma litości dla nikogo. Niektórzy superbohaterowie dostają tylko jeden mały kadr, który podsumowuje ich los. Jeśli chcą oni być częścią naszego świata, to muszą się liczyć z jego zasadami. „Każda akcja, prowadzi do reakcji”, jak głosi wstęp komiksu. Jeśli zostaniesz napromieniowany odpadami radioaktywnymi to pewnie umrzesz.

I umierają.

W komiksie pojawiają się tak ci najbardziej znani superbohaterowie: X-Men, Avengers, a także Fantastyczna Czwórka, jak i ci mnie znani. Jednak nawet nieznajomość wszystkich postaci jakie, często pobieżnie, ukazuje Ellis tylko potęguje depresyjność tej historii. Dla przykładu, sześć stron poświęconych jest rasie Kree i Kapitanowi Marvelowi z niej się wywodzącemu. Ellis bawi się ukazując tą normalnie dość kolorową postać umieszczając ją w centrum pierwszej części historii. Pokazuje nam co stało się z tymi cudami/marvels poprzez zjadanego przez choroby Kapitana Marvela. Jednak czytelnik nie posiadający żadnej uprzedniej wiedzy o tej postaci i jego rasie, widzi tylko złamany, zniszczony i poniżony przez ludzi kosmiczny lud, trzymany w obozie koncentracyjnym.

Jeśli można się do czegoś przyczepić to do faktu, że w drugiej części historia traci trochę rytm, a także klimat. Sen zaczyna mieszać się z jawą i jesteśmy świadkami wizji lepszego świata które ma Sheldon. Wszechobecne czarne chmury rozstępują się, a on siedzi spokojnie na zielonej trawie nad jeziorem. Można oczywiście zadać sobie pytanie czy to nasz dziennikarz postradał zmysły? Czy też miało to zagranie na celu wzbudzenie w czytelniku nadziei na pozytywne zakończenie, które w tak kompletnej antyutopii jak „Ruins” nadejść nie mogło.

Od strony graficznej komiks jest niesamowity i bardzo mroczny. W palecie kolorów królują ciemne barwy i ostateczny efekt jest czymś pomiędzy Sienkiewiczem, Muthem i McKeanem. Innymi słowy, malunki małżeństwa Nielsenów czasami popadają w abstrakcję i są zupełnie różne od realizmu komiksowego jaki reprezentuje Alex Ross odpowiedzialny za „Marvels”. Komiks nie traci jednak przez to na atrakcyjności. Co więcej, te najbardziej przerażające rysunki mogą zapaść w pamięć na długo (jak na przykład los Bruce’a Bannera).  Większym problemem natomiast jest fakt że ostatnie 17 stron jest rysowane przez Chrisa Moellera. Sam w sobie jest on całkiem dobrym rysownikiem, jednakże jego styl rysunków jak i sposób w jaki nakłada kolor, bardzo odstają od obrazów tworzonych przez Nielsenów. Dlatego też końcówka komiksu cierpi nie tylko z powodu nadmiernego flirtu Ellisa z utopią, ale też od strony artystycznej.

Podsumowując, „Ruins” to jednak pomniejsze dzieło Warrena Ellisa, nie tak spektakularne jak jego późniejsze i lepsze rzeczy typu „Stormwatch”, „Transmetropolitan” czy „Planetary”. Z drugiej jednak strony „Ruins” to wciąż przyjemna lektura. Przy kolejnych czytaniach rozszyfrowywałem z pomocą Google, tożsamości superbohaterów umierających na stronicach komiksu ponieważ wszystkich nie znałem. Dla mnie była to dodatkowa frajda, tym bardziej że przy pierwszym czytaniu, jak już wspomniałem, zupełnie to nie przeszkadza.

„Ruins” niestety nie doczekał się żadnego wydania zbiorczego dostępnego w księgarniach internetowych. Zamiast tego Marvel wydał w 2009 jego reedycję jako zeszyt. Plusem takiego stanu rzeczy jest cena na okładce – $4.99. Komiks ma 64 strony i w środku żadnych reklam, więc wciąż uważam że warto go łowić na e-bayu, jeśli nadarzy się okazja.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu Lipiec 29, 2011 w Dystopijne Piątki, Komiks!

 

Tagi: , , , , , , , ,